Leśna ziemianka

Mamy ziemiankę!
 Takie są skutki przeprowadzki do bloku 😉
Być może biokominek w mieszkaniu nie wystarczał i zabrakło tej cząstki lasu w codziennym życiu, a zima przecież coraz bliżej…
Lokalizacji nie zdradzę, bo projekt jest tajny. Ale potrzeba naprawdę niewiele. Kawałek lasu ( tu akurat prywatny ) i minimalne koszty. Ale przede wszystkim czterech mocnych facetów, z tak bardzo dziwnymi pomysłami jak i zapałem. Kilka przerzuconych ton ziemi, paca na kilka zmian, czasami w deszczu i w nocy  – i tak powstała nasza wspólna ziemianka. Może to początek leśnej osady…;)?.
Kupiony był jedynie komin i parę szczegółów. Ze stosika niepotrzebnego drewna niedługo powstaną ławki z prawdziwego zdarzenia. Pojawiła się też kultowa koza, która rozgrzewa wnętrze do nieprzyzwoitych 26 stopni! Tu naprawdę jest gorąco. I tak parę metrów pod ziemią przy dyskotekowej kuli zaczynają się najlepsze imprezy 😀
Zapraszam po stopniach w dół do naszej podziemnej kwatery 🙂
Woda na kawę i  „grzanka” prosto z kozy

 

 

 

Śniadanie

 

 

Wyjdźmy teraz na zewnątrz

 

 

Okienko ( bo oknem bym tego raczej nie nazwała )
Wojskowa fasolka

 

 

 

Świętujemy otwarcie ziemianki

https://www.facebook.com/plugins/like.php?href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2FLove-Krowe-nasze-podr%25C3%25B3%25C5%25BCe-668206906574432%2F%3Fref%3Dbookmarks&width=450&layout=standard&action=like&size=large&show_faces=true&share=true&height=80&appId

Kupiliśmy przyczepę

 

Przyczepa kempingowa ostatnio pochłonęła nas do reszty.
A wcale nie zamierzaliśmy jej kupować  – zaczęło się jak zwykle bardzo niewinnie od wybierania bagażnika na rowery…
Tegoroczne wakacje planowaliśmy znowu spędzić na rowerach, mieliśmy jednak trochę dosyć ciągłego składania i pakowania ich do samochodu. A gdy do tego pojawiły się norweskie deszcze zamieniające wszystko w błoto, możecie sobie wyobrazić nasz bagażnik ….
Zaczęliśmy więc poszukania. Ten idealny wymagał dokupienia haka. Bagażnik, hak, jak już szaleć to szaleć,  może jeszcze bagażnik dachowy ? – do Norwegii weźmiemy przecież dużo jedzenia  – i tak się zwróci 😉
Po przeliczeniu wszystkich wydatków nie wyszło mało…
A skoro już mamy kupić hak,..może podpiąć pod niego coś większego…?
Przyczepa 😀 !
Zaczęliśmy do szukania maleńkiej Niewiadów, która miała spełniać raczej rolę bagażnika i rozwiązałaby problem spania. Oczywiście w trakcie wymagania lekko wzrosły i tak o to mamy 4-osobowego Caravelair’a 🙂
( tylko z rowerami dalej jest problem ;P ).
Przyczepę udało nam się kupić naprawdę w dobrym stanie. Bez charakterystycznych zatęchłych aromatów. Pozostało tylko dobudować łazienkę ( to te wygórowane wymagania,,,;) ), odmalować po swojemu i można ruszać w drogę :)!
Pełną metamorfozę i każdy kąt naszego pierwszego  M0 pokażę innym razem ( musimy dopieścić jeszcze wałkiem parę ścian i dopracować detale ),
a tymczasem zapraszam was w pierwsze spotkanie z naszym  Domem 🙂
Zaczynamy
W połowie drogi.

 

Jeszcze trochę pracy przed nami.
 Pierwsza warstwa farby podeschła, czas udać się na jazdę próbną 🙂
Nauka jazdy z podwójnymi lusterkami

 

 

Gdzie teraz :)?
Ahoj :)!

https://www.facebook.com/plugins/like.php?href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2FLove-Krowe-nasze-podr%25C3%25B3%25C5%25BCe-668206906574432%2F%3Fref%3Dbookmarks&width=450&layout=standard&action=like&size=large&show_faces=true&share=true&height=80&appId

Norwegia, Preikestolen : Najlepsze miejsce na nocleg w Norwegii

Być może to jest to tajemnicze miejsce, w którym zaszywał się przed światem Włóczykij z Muminków?
Ja na jego miejscu przywędrowałabym właśnie tutaj.
Pulpit rock – kultowa półka skalna Preikestolen, wygrała w moim prywatnym rankingu na magiczne miejsca.
A skrawek na brzegu klifu ( o wysokości 604m – to prawie 3 Pałace Kultury! ), to zdecydowanie mój ulubiony metr kwadratowy Norwegii.
Pierwsze miejsce otrzymała oczywiście za widoki zamieniające nasze nogi w galarety, ale doszły też do tego inne emocje.
Radość, że po snutych zimą planach widzimy to miejsce na własne oczy, a nie tylko ludzikiem z Google maps.
 W lipcu z podróży po mapie przenieśliśmy się do samochodu i długo sunęliśmy w stronę Bergen. Stamtąd daliśmy się ponieść rowerom, aż na camping pod Preiekstolen, a potem naszym nogom na sam szczyt.
Widok pojawiał się powoli, jak delikatnie rozpakowywany, długo wyczekiwany prezent.
 Warto było.
Myślę przełamując nerwowy dreszczyk i spuszczając nogi nad przepaścią.
Przygotowania
 Wszystkie nasze przygotowania skupiły się wokół rowerów, a te typowo górskie były w zasadzie nijakie i spontaniczne…
Chociaż wejście nie było żadnym alpinistycznym wyczynem ( po drodze można było dyszeć ramię w ramię ze starszą panią, owczarkiem coli czy rodziną z małym dzieckiem ), to buty górskie są tu na pewno obowiązkowe.
 Chociaż nie mieliśmy pewności czy wyjdziemy w góry, to przez cała drogę woziliśmy na rowerach trapery. Całe szczęście, że w przypływie załamania pogodą sandały zostawiłam w samochodzie i zamieniłam na górskie buty ( które wtedy jeszcze przeklinałam ). Sandałem mogłabym co najwyżej ubić pomrowa, które atakowały nasz namiot po każdym deszczu ( czyli codziennie…)
Rozbicie namiotu na szczycie marzyło mi się od samego początku.
Pomysł rewelacja – gorzej z wykonaniem. Jak przenieść namiot, materace, śpiwory i jedzenie bez plecaka? (Plecak jakoś nie kwalifikował się do sprzętu rowerowego, a cudem zapakowany zająłby całą sakwę. )
Pojawiło się inne rozwiązanie.
Skoro nie możemy wpakować plecaka do sakwy, to sakwy staną się naszymi plecakami!
Bo zamontowaniu dwóch elastycznych linek z hakami, każdy wyruszył z nowym plecakiem, upychając pod niego poduszkę żeby mniej ocierał…Ale swoją misję wypełnił znakomicie 🙂

 

 

 
Camping
 
Na campingu pod Preiekstolen spędziliśmy dwie noce czekając na rozwianie chmur. Trzeciego dnia mimo, że niebo pozostawiało jeszcze wiele do życzenia postanowiliśmy zaryzykować. W końcu urlop nie jest z gumy, a w razie czego wyobrazimy sobie co znajduje się pod chmurami 😉
Sam camping okazał się najlepiej wyposażony z dotychczasowych, ale też najdroższy. To duże pole namiotowe z małym jeziorkiem, po którym można popływać kajakiem ( jeżeli wozicie go ze sobą, my na rowery nie zapakowaliśmy…), ciepła woda bez ograniczeń ( szaleństwo! ), wi-fi i restauracjo-sklepik gdzie można kupić nawet wino ! ( tak, trzeba doceniać takie miejsca w Norwegii 🙂 ).
Z campingu codziennie kursują busy pod punkt wyjściowy na Preiekstolen ( ok. 35 zł od osoby )
Zapakowaliśmy najważniejsze rzeczy do sawko-plecaka, rowery z resztą dobytku spięliśmy razem i zostawiliśmy samotnie na campingu ( powoli przyzwyczajamy się, że tu raczej nic nie ginie bez przyczyny ).
Wszystko gotowe – no to wskakujemy do busa !

 

Preiekstolen – podejście
 Preiekstolen jest najbardziej rozpoznawalną atrakcją w Norwegii ( zaraz obok Trolltungi ) i jak można się było spodziewać – dosłownie każdy chciał się na niej znaleźć. Ludzie pędzili tam jak po odbiór cennej nagrody i to jedyny, chociaż męczący minus tego typu atrakcji. Pozostawało skupić się na celu i cierpliwie ruszyć gęsiego pod górę.
Na  szczęście czas nas nie ograniczał – a nawet nam sprzyjał i niedługo mieliśmy mieć górę prawie tylko dla siebie 🙂
Podejście nie jest bardzo wyczerpujące i myślę, że naprawdę każdy byłby w stanie wejść. Pniemy się łagodnie pod górę, według przewodnika 3-4 godziny, ale moim zadaniem głównie ze względu na tłumy. Nam udało się wejść po ok. 2 godzinach, ale wybraliśmy porę „na spanie w namiocie”  i większość ludzi już zaczynała schodzić ( aż się boję myśleć co było rano ).

 

 Nareszcie stawiamy pierwsze kroki na półce skalnej.
 Parę godzin wcześniej musielibyśmy pogodzić się z tym, że patrząc w dół widzimy tylko otchłań pełną mętnej zupy… Leniwe chmury, które leżakowały tak cały dzień, postanowiły jednak wynagrodzić nam cały trud i odleciały zasłaniać widoczność innym turystom.
Bramy odsłonięte – przed nami jeden z najpiękniejszych fiordów – Lysefiord.
Ale dopiero patrząc pionowo w dół widać jego przerażające piękno.

 

Rozbijamy namiot

 Lysefjord zaczyna się mienić w zachodzącym słońcu. Stoimy na skalnym kawałku o kształcie idealnego kwadratu – 25 na 25 metrów, czas wybrać jeden z nich na rozbicie namiotu. 
Podczas gdy wszyscy latają po skale pozując do zdjęć, my mamy dużo czasu. Spokojnie zbieramy kamienie potrzebne do obciążenia namiotu, dmuchamy materace i powoli zadomawiamy się w naszym podniebnym lokum. Nie wierzyłam, że 5 Japończyków może przez 40 minut wymyślić tyle póz do zdjęcia, ale w końcu skała jest nasza 🙂
Czekaliśmy aż wszyscy pójdą, żeby rozkoszować się tym widokiem w spokoju, ale też dlatego, że przy skałach zauważyłam porzuconą Bardzo Ciepłą czapkę…. a moja zmarznięta głowa Bardzo chciała ją przymierzyć (  w takim momentach zasady higieniczne schodzą na dalszy plan 😉 ).

 

Opatulamy się śpiworem (  czapka jest już moja! ), otwieramy wino i kotleciki rybne – rozkoszujemy się naszym wieczorem w restauracji marzeń.
 Była to wisienka na torcie naszego wyjazdu.
Teraz siedzieć i patrzeć się przed siebie bez końca.

 

Nasz na miot ukrywa się za tym głazem po lewej

 

 

 

 

 

 

 

Czapka już na głowie

 

Pierwsze i jedyne wino jakie udało nam się kupić w Norwegii

 

 Czy było wygodnie?

 

Nie pamiętam 😉 Ale byłam taka podekscytowana, że zasnęłabym nawet w samym śpiworze wpatrując się w wody Lysefjordu. Z zimnem rozprawiliśmy odpalając od czasu do czasu butlę w namiocie i  nie zdejmując kurtek, ale za to czy można wymarzyć sobie lepsze miejsce na kawę o poranku ?
Mój „camping” Nr 1 🙂

 

Taka kawa dopiero obudza!

 

 

 

Śniadanie

 

 

 

 

 

Wiecie, że namiot „przybijaliśmy” wrzucając kamienie do środka zamiast śledzi.
Wydawałoby się, że ciężko jest je przeoczyć przy składaniu namiotu.
Najwidoczniej nie jest to niemożliwe!
Po przejechaniu kolejnych kilometrów i rozbijaniu się w następnym miejscu słyszę:
” Czy Ty mnie nienawidzisz ?! ” – mówi A. wyjmując 2 kilogramowe kamienie ze swojego worka…
🙂