Okolice Bergen: Tanie spanie i campingi w Norwegii

Po kilku deszczowych dniach, które pochłonęły każdy suchy skrawek mojego ubrania, w końcu słońce uśmiechnęło się i do nas.
Nareszcie – przecież mamy wakacje :)!
Po krótkim zwiedzaniu miasta udaliśmy w kierunku Straume, na półwysep na zachód od Bergen. Potrzebowaliśmy wolnego i co najważniejsze słonecznego popołudnia na Wielkie Suszenie. Z uśmiechem przekopałam się przez kłębek podśmierdujących już wilgocią ubrań i wskoczyłam w krótkie spodenki.  
Świat wydaje się o wiele piękniejszy kiedy masz sucho w butach!
 Podziwiamy Morze Północne i staramy się z nim dogadać, żeby podsunęło na naszą wędkę jakąś rybę. Póki co chętnych brak, zadowalamy się więc towarzystwem owiec. Zastanawia mnie tylko czy ich futro kiedykolwiek wysycha w tym klimacie? Nam nie jest tak prosto doprowadzić do porządku całą garderobę. O zachodzie słońca ( ok godziny 23-24! ) po ugrillowaniu kiełbasek zajmujemy się suszeniem skarpet w trybie przyspieszonym. Roztacza się aromat jak z kiepskiej wędzarni, ale ostatnia butelka Kadarki załatwia sprawę swoim wykwintnym bukietem. Część skarpet po przepaleniu pięty lub palucha poszła na stracenie, ale przyrumienionym na ogniu majtkom dajemy jeszcze szansę. Kolory wyglądają podejrzanie… ale kto tam się będzie przyglądał, najważniejsze, że nareszcie jest ciepło i sucho. 
A to istotne, bo następnego dnia czeka nas przeprowadzka na rower !  
A jak wyglądają campingi w Norwegii?
Ławeczka przed namiotem
Campingi
 Norwegia to raj dla podróżników. Tak gęstej sieci campingów nie widziałam, jeszcze w żadnym kraju. Znajdziemy je zarówno w dużych miastach jak np. Bergen, jak i na kompletnych odludziach. Miłośnicy Bed&Breacfast będą musieli się trochę natrudzić, żeby znaleźć hotel pośrodku niczego. Natomiast jeżeli kochacie budzić się z widokiem na fiord, jezioro lub morze jest to kraj dla was. Takich miejsc na namiot nie brakuje. A jeżeli campingu akurat nie znajdziemy, albo najzwyczajniej w świecie nie chcemy go znaleźć, bo podoba nam się przy tej skale i tyle, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby rozbić się na dziko. Norwegowie wręcz zachęcają turystów żeby w ten sposób korzystali z uroków ich kraju. Możemy spać, rozpalać ognisko i łowić ryby gdzie tylko chcemy bez żadnego pozwolenia ( oczywiście należy zachować kulturalny odstęp od czyjegoś domu ).
Pola namiotowe o dziwo są dosyć tanie. A może raczej porównywalne jak w Polsce ( czyli na ich zarobki groszowe sprawy ). Za najtańszy nocleg: 2 osoby + namiot, zapłaciliśmy 20 złotych (!), za najdroższy 120 zł. Na niektórych campingach trzeba dodatkowo płacić za ciepłą wodę – ok 5zł (10 NOK), za 5 min komfortu. Wrzucamy monetę do automatu pod prysznicem i zaczyna się odliczanie. Dobrze gdy wyświetlacz pokazuje ostatnie sekundy do końca, można wtedy zdecydować na którą zmarzniętą część ciała przeznaczyć ostatnie ciepłe chwile.
Z racji tego, że kraj nie jest zbyt łaskawy temperaturowo i pewnego dnia zamarzy nam się przytulny kącik, możemy wynająć domek. Cena takiej przyjemności to ok 180 zł (400 NOK ) za domek 4-osobowy z aneksem kuchennym. 
Mamy naprawdę duży wybór i to przy dość niskich kosztach. Możemy zacząć od bezpłatnego spania na łonie natury, a gdy poczujemy, że zbliża się czas na prysznic zacznijmy rozglądać się za campingiem lub domkiem.
  
Uwaga, nie każdy camping ma swój sklepik i restaurację. Jest to raczej miejsce gdzie możemy się przespać i przy okazji wykąpać. Warto mieć zapas jedzenia zawsze ze sobą.
Do szukania campingów używaliśmy aplikacji NorCamp. Nie mieliśmy cały czas dostępu do internetu, więc mapkę wczytaliśmy już w Polsce i nawet bez dostępu do Wi-Fi mogliśmy zlokalizować następny nocleg.
Przydatna aplikacja – NorCamp
Wielkie Suszenie
Grill Party – raz kiełbaska, raz skarpeta
Jeżeli chcemy poznać prawdziwą Norwegię, i jeszcze przed łykiem pierwszej kawy zbierać maliny wokół namiotu, albo myć zęby z widokiem na fiord wybierzmy spanie pod namiotem. Jest to dużo tańszy sposób, a wiele cenniejszy w doznania.
 Co ciekawe, specjalnie się nie starając nie trafił nam się żaden camping z brzydkim widokiem.
W Norwegii to chyba niemożliwe :).

Rower: Odda – powiało lodem

Wiedziałam, że w Norwegii jest trochę chłodniej, ale przeżyłam mały szok trafiając z 30-stopniowego upału prosto w lodowate góry. Błękitne kry pływające w jeziorach i góry śniegu pasują bardziej do pocztówki z ferii zimowych niż samego środka wakacji.
Po nocy na promie i kolejnym dniu jazdy marzymy już o rozbiciu namiotu, ale po tym co widzimy ta przytulna perspektywa trochę się oddala… Herbatka musi poczekać. Zagryzamy zmęczenie kabanosem i kierujemy się na Oddę przez kręte serpentyny Parku Narodowego Hardanger. Takie uroki krętych dróżek – po mapie w ogóle nie widać żebyśmy zmieniali położenie. Termometr wskazuje 5 stopni, czuję przeszywający lód w powietrzu i pierwszy raz w lecie włączyłam podgrzewanie siedzeń z własnej woli ( bo wcześniej pewien troll robił to ze złośliwości… 😉 ). 
Ale nie wszystko stracone – mamy jeszcze czas. Jest środek lipca co oznacza, że tutaj prawie nie robi się ciemno. Może nie były to typowe białe noce, ale przez pierwszy tydzień ani razu nie wyciągnęliśmy latarki. Po północy nastawał zmierzch,  który potem łagodnie przechodził w poranek. Zdjęcia w górach robiliśmy ok 22.30 i przez chmury widać jeszcze zachodzące słońce.
22-23 w oddali zachodzące słońce.

W końcu udało się wyjechać z gór o dobrym czasie – jest równo północ. Czuję się jakbym była w innym świecie. Mieszanki dobrego trillera i bajki pełnej magii ( nic dziwnego, że w Skandynawii powstaje tyle mrocznych kryminałów ). W dolince widać światła nielicznym domów, powoli przebijamy się przez chmury i już jesteśmy na dole w krainie fiordów. Po czym dostajemy jak z wiadra obuchem wody z olbrzymiego wodospadu! Już zapominamy o śnie i nie możemy się napatrzeć. Chwilę później rozbijamy się na campingu w Oddzie. Mimo, że od wody ciągnie niemiłosiernym chłodem zamiast piżamki zakładam moją najskuteczniejszą broń – kurtkę puchową, byleby tylko obudzić nad samą wodą.
 
 
Północ – zaraz się rozbijamy
Tak długo wyczekiwany poranek w Norwegii
Otworzyłam namiot z widokiem na ośnieżone szczyty i wpadło rześkie górskie powietrze, które postawiło nas na nogi. Słońce powoli wstaje, my też. Już nie czuliśmy zmęczenia i w końcu byliśmy tu gdzie chcieliśmy.
I chociaż cały czas czuć lód w powietrzu ( camping znajduje się przy samym lodowcu w PN Folgefonna ) ale nadchodzi ładny dzień. Żeby się trochę rozgrzać, na śniadanie koniecznie coś ciepłego – wylosuję jakiś specjał z zapasu spaghetti.
 
 
„Kochanie śniadanie !”
Widok z namiotu
 
Postanowiliśmy spędzić ten dzień spokojnie zwiedzając okolicę. Wyciągnęliśmy rowery i zrobiliśmy małą rundkę krajoznawczą ok 25km.
 Cel – Kraina Wodospadów, która umyła nasz samochód w nocy. Już z samego campingu widać było ich mnóstwo.
 
Wodospad Hardanger
Wodospad zrobił ogromne wrażenie i już po chwili byliśmy cali mokrzy.
Ale jak to już bywa, dla nas największą atrakcją była stara, skórzana kanapa na której powylegiwaliśmy się za wszystkie trudy podróży jedząc czekoladę i zbierając poziomki.
Jeden z wielu innych wodospadów
Sama Odda jest spokojnym miasteczkiem nad fiordem pomiędzy górami.
 
Wracamy pod namiot na kolację. I chociaż jeszcze świeci słońce zaraz zaczniemy rozgrzewać się (a może raczej tylko mnie.. ) przy ognisku.
 
Większość ludzi przyjeżdża do Oddy w celu wdrapania się na Trolltungę – czyli skalisty język Trolla wystający nad fiord, albo wybiera się na lodowiec. My po dniu odpoczynku też mieliśmy w planach taką wycieczkę.
Plecak spakowałam, do snu ubrałam się w 5 solidnych warstw: 2 cienkie, 2 polary i kurtkę puchową, a w nocy obudziłam się jeszcze żeby sięgnąć po czapkę.
 I kiedy pomyślałam, że ok – jestem w stanie przyzwyczaić się do niskiej temperatury – zaczęło padać …;)

Norwegia rowerem – wstęp

Wróciliśmy chyba z największej przygody w naszym życiu.
Do Norwegii dotarliśmy samochodem, który porzuciliśmy w okolicach Bergen.
Przepakowaliśmy dobytek w sakwy i ruszyliśmy na dwóch kółkach w stronę Stavanger.
Pod Preikestolen opuściliśmy nasze rowery, sakwy przerobiliśmy na plecaki i ruszyliśmy w góry spędzić noc na półce skalnej.
Po noclegu na najpiękniejszym „campingu” w życiu, oczarowani widokami odzyskaliśmy rowery i ruszyliśmy z powrotem odnaleźć samochód 🙂
W ciągu 3 tygodni
samochodem pokonaliśmy 4400km,
rowerem ok 400km,
dodatkowo promami  600km,
do tego przez nieprzejezdne dla rowerów tunele przeprawialiśmy się autobusami, a nawet stopem 😉
Bilans kilometrowy jest więc ciężki do przeliczenia (tym bardziej, że licznik nawalił ) 🙂
Trasa  2 – tygodniowa.  Ok 400km rowerem – ale moim zdaniem te pod górę powinny liczyć się podwójnie 🙂
Norwegia zupełnie mnie zauroczyła. Było jak w bajce, chociaż niekoniecznie tej dla księżniczek 😉
Z 30 stopniowych upałów przenieśliśmy się do tajemniczej krainy, a temperatury zaczęły oscylować wokół kilku stopni powyżej zera…. Zjeżdżając z gór poprzecinanych fiordami znaleźliśmy się gdzieś pomiędzy wioską Hobbita a Doliną Muminków ( teraz rozumiem strach przed Buką 🙂 )
Kraina trochę mroczna i tajemnicza przepełniona magią. Jadąc przez góry w półmroku nie dziwię się, że ludzie wierzyli w małe zgryźliwe trolle, które nie mają nic wspólnego z naszymi sympatycznymi krasnalami. Złośliwości na krętych, wąskich dróżkach to ich specjalność.

Droga zarówno samochodem jak i rowerem była dość ciężka i w trudnych warunkach, ale w życiu nie byłam w piękniejszym kraju. Opłacało się wykonać pewien wysiłek i pokonać zdarzające się kryzysy. Bo chyba tylko do Bilbo Bagginsa przygoda sama puka do drzwi, warto było postanowić, że ruszamy w drogę nie planując prawie nic.
I dobrze – bo tak naprawdę i tak nie dało się nic zaplanować :)!
Ze względu na nieprzewidywalną pogodę, Norwegia rządzi się swoimi prawami i odwlekała naszą przesiadkę na rowery przez kilka dni.
Mieliśmy ruszyć rowerami na północ, a pojechaliśmy na południe. 
Chcieliśmy wejść na Trollungę, a rozbiliśmy namiot na półce skalnej Preikestolen.
Nie wiedzieliśmy ile kilometrów zrobimy, jaki teren nas czeka i gdzie będziemy spać.
I to było cudowne 🙂
Spędziliśmy na rowerze 2 pełne wrażeń tygodnie.
W porównaniu z ubiegłoroczną wyprawą Świnoujście – Hel  Norwegia była dużo większym wyzwaniem.
Nie wystarczyło już przejechać prostą, sprawdzoną drogą wzdłuż wybrzeża, a kombinować jak ominąć nieprzejezdne tunele, nie wkopać się z najwyższe góry (co nie zawsze się udawało ), jak uciec przed deszczem ( to już zadanie niewykonalne ;)! ) i ile jedzenia załadować do sakw, bo zdarzało się nie trafić na sklep przez kilka dni.
Nie spodziewałam się aż tak niskich temperatur, nie wiedziałam, że chmury mogą mieć takie pokłady deszczu i poznałam co znaczą prawdziwe podjazdy „nogo-bolce”  🙂
 Ale nie wyobrażam sobie teraz piękniejszego miejsca na wakacje, a nawet do życia… 🙂
Ale nie chcę wyprzedzać faktów i opisywać wszystkiego po łebkach.
Będzie jeszcze o pogodzie, drogach, cenach i przyrodzie.
Zacznę więc od początku…. 🙂
Dzień przed – przygotowania
Trochę dla żartu spakowałam czapkę z reniferem i była to moja najlepsza decyzja. Uratowała nie jeden wieczór 🙂
Moim najsmakowitszym obowiązkiem było zapewnienie zapasów słodyczy na rower. Czułam się jak po wizycie Mikołaja prosto z Laponii. Nie przewidziałam, że wszystkie ulubione „Góralki” znikną jeszcze przed przepakowaniem się na rower, zjedzone w czasie pogodowego kryzysu…
Mamy kupiony tylko bilet na prom w jedną stronę: Świnoujście – Ystad. Reszta wyjdzie po drodze.
 A nogi jeszcze nie wiedzą, że po raz ostatni raz cieszą letnimi sandałakami… 😉
W oddali kultowy wiatrak w Świnoujściu
Z promu widzimy wiatrak, spod którego rozpoczynaliśmy wyprawę równo rok temu.
Tym razem zamiast na wschód ruszamy na północ i ciut dalej.
Szwecja ciągnęła się jak jedna wielka, złota wieś. Przywitała nas słonecznymi polami, które powoli zamieniały się w lasy, aż zupełnie przeszły w spowite mgłą norweskie góry.
A po drodze niespodzianka :)!
Nie tylko ja jestem krowiaście zakręcona. Po drodze minęliśmy najprawdziwszą krowią przyczepę.
To chyba znak, żeby powoli zacząć myśleć o większym środku transportu, by ruszyć dalej na północ w jeszcze chłodniejsze rejony 😉
 
W Norwegii daleko za sobą zostawiamy szalejące upały i na chwilę trafiamy do krainy śniegu…
Tego się nie spodziewałam 😉
Ale o tym niedługo.
Szukając miejsca na namiot 🙂

Rower: Lublin – Kazimierz i dzika plaża

Za nami kolejna udana trasa : 
Lublin – Kazimierz Dolny – Lublin
 Boże Ciało i w końcu Przepiękna pogoda! Zamiast ubrać się ładnie i sypać kwiatki jak w dzieciństwie, wpięłam różyczkę za kierownicę i wpakowałam się po kolona w błoto 😀
Małe streszczenie:
– ok 100 km na rowerze w dwie strony
– ilość wypatrzonych krów – 1
– połkniętych much już nie liczę
– 1 zgubiona skarpetka
-zalana dzika plaża zdobyta
– ochłoda w Wiśle zamierzona, w błocie niekoniecznie
Zaczynamy 🙂 
Trasa Lublin – Kazimierz Dolny jest jedną z bardziej popularnych dróg rowerowych w naszych okolicach.
I wcale się nie dziwię :)!
Jest bardzo malownicza, do tego spodoba się zarówno twardym zawodnikom jak i amatorom. Jeżeli dopiero zaczynamy swoją rowerową przygodę, możemy spróbować dojechać na miejsce jednego dnia i wrócić następnego. Gdy mamy już małe doświadczenie, spokojnie dojedziemy tam i z powrotem – to ok 100km.
Ja po ostatniej wyprawie dopiero zauważyłam jakie zrobiliśmy postępy 🙂
Nasza pierwsza wspólna wycieczka to właśnie przyjazd do Kazimierza  ( KLIK ) z męczącym powrotem po nocy pod namiotem. Chociaż było fantastycznie, wracając ledwo żyłam i przez siodełko czułam każdy najechany kamyczek. Teraz rewelacja. Siedzenie uodporniło się na różne wstrząsy, a nogi wpadają w rytm i same pedałują. Pod koniec umęczyłam się tylko psychicznie bombardowana ze wszystkim stron aromatami z grilla…ludzie litości ;)!  ( a w domu czekała karkóweczka w nagrodę!).
 
 Co ciekawe, nie wiem jak to możliwe, ale zarówno jadąc jak i wracając mieliśmy z górki ;)!
Do Kazimierza przyjechaliśmy znanym szlakiem przez Palikije – Wojciechów – Niezabitów. Na samym końcu rozkoszując się cudownie ochładzającym zjazdem z górki, który trwał i trwał do samego miasteczka. 
Popołudniu trochę ociągaliśmy się z wyjazdem, nie chcąc mozolnie gramolić się pod tę górę z powrotem.
Olśniło nas żeby wybrać główną drogę przez Bochotnicę i Nałęczów, a po Nałęczowie odbić w mniej popularne dróżki na Wojciechów. Bardzo polecam – nawierzchnia świetna i tylko 3 umiarkowanie bolesne podjazdy, które rekompensował kolejny dłuuugi zjazd 🙂
Przerwa na lody ( łaciate:)! )  pod Kuźnią w Wojciechowie
Po przyjeździe do Kazimierza od razu idziemy ochłodzić się przy studni i napełnić bidony.
Rynek, który zazwyczaj jest bardzo uroczy w to święto po prostu kipiał od turystów i jedynej wady miasteczka – cyganek. 
Pamiątkowe zdjęcie pod studnią zrobione i szybko uciekamy na doładowanie energii – czyli  „po pizzy”
Ufff przedarliśmy się przez ten ten tłum i kierujemy się do magicznego miejsca w Kazimierzu – dzikiej plaży.
Nie jest to jakieś specjalnie sekretne miejsce, ale nie każdy tam dociera i można w spokoju poleżeć i popatrzeć na Wisłę.
Wychodząc z miasteczka kierujemy się wzdłuż rzeki w lewą stronę, a na końcu bulwaru odbijamy najzwyczajniej w świecie w krzaki. I tam już po małej przeprawie powinniśmy dostrzec piękną, piaszczystą plażę.
Tym razem było inaczej … ale może i ciekawiej ;)? 
Poziom wody w Wiśle był taki wysoki, że droga zamieniła się w bajoro, a plaża w małe wysepki pełne mokrego piachu. O znalezieniu suchego miejsca na poleżenie i „zawiązanie sadełka” można było pomarzyć, ale za to jak było pięknie! Do tego nikomu nie chciało się brudzić sobie nóg ( nie wiem dlaczego? przecież błotko to to co tygryski lubią najbardziej:) ) więc byliśmy tam zupełnie sami :).
 
Buty wpadły do wody, zgubiłam skarpetkę, ale w ostatniej chwili uratowałam się przed nurkowaniem w kałuży. Spojrzenia ludzi podczas suszenia nóg bezcenne 🙂
Jak widać Kazimierz to nie tylko typowo turystyczne miejsce i każdy znajdzie coś dla siebie 🙂
Miłośnikom nierównych ścieżek i błota poleciłabym jeszcze wąwóz i kamieniołomy.

Koniec bulwaru – tutaj należy odbić w chaszcze
Na koniec wpisu nie mogłabym nie wspomnieć o moich ulubionych spotkaniach na trasie.
Co prawda modelka była raczej zajęta żuciem i nie podzielała mojego entuzjazmu, ale zgodziła się na kilka ujęć.

Rower: Na lody do Nałęczowa!

Już miałam się obrazić na maj – nie popisał się słońcem w tym roku… Pora deszczowa nadchodziła w każdy ostatni weekend i krzyżowała wszystkie rowerowe plany. Na szczęście w porę się zreflektowała i w ostatnie dni tego miesiąca udało się skorzystać z pogody 🙂
Dawno nie byliśmy na rowerze dalej niż w granicach miasta, więc na mały rozruch wybraliśmy klasyczną trasę: Lublin – Nałęczów. 
Przez Palikije i Wojciechów to ok 55- 60 km w obie strony.
Główną drogą jedzie się tylko przez chwilę, na początku i pod koniec, a cała trasa przebiega przez mało znane mieścinki i pola. Może nie jest to szalona podróż ( sam Nałęczów to spokojne uzdrowisko ), ale bardzo lubię te tereny. Wycieczka z Lublina jest w sam raz gdy wstaniemy za późno żeby wybrać się gdzieś dalej, a najdzie nas ochota na pyszne lody 🙂
 Letnia pogoda skończyła się przy samym wjeździe do miasta, a na miejscu złapała nas straszna ulewa. Nie wiedzieliśmy czy uda nam się wrócić do domu nie mocząc dosłownie wszystkiego… Zamiast się martwić skupiliśmy się na pochłanianiu pysznej pizzy w Pizza Garden i podwójnych lodów. Wraz ze zniknięciem ostatniego rożka wyszło słońce i ruszyliśmy w drogę powrotną 🙂
Wczorajszy bilans:
– ponad 50 km na rowerze
– ucieczka przed burzą – udana
– pizza i lody – wprowadzone
– ilość połkniętych much- 3
 – nagroda na koniec dnia – grill
Dzień na plus :)!
Najedzeni i nawodnieni truskawkami ruszamy
Zagroda w Wojciechowie ( można zwiedzić mały skansen )
Młyn w kol. Wojciechów.  Przebiega tędy szlak młynów wodnych rzeki Bystrej. 
Dojeżdżamy chwilę przed burzą
Jeden z mostków w Nałęczowie
Stawy w Nałęczowie
Już po deszczu – wracamy
Tajemnicza leśna brama gdzieś za Palikijami w stronę Lublina
To był bardzo udany dzień :)!

Kwiecień na rowerze – Puszcza Borecka

Uwielbiam robić rowerowe statystyki pod koniec miesiąca.
Kwiecień to nakręcenie kolejnych – ponad 300 km :)!
 W tym miesiącu chyba nie pobiłam marcowego rekordu, ale przecież nie oto chodzi 😉 Ważne, że wciąż aktywnie i tym razem nie tylko po lubelskich dróżkach. Od razu po Wielkanocy zapakowaliśmy nasze rowery do bagażnika i ruszyliśmy na Mazury. Na rower pakujemy się dość skromnie, ale że tym razem jechaliśmy samochodem, w końcu nie musiałam się ograniczać. Wyszło na to, że jadąc tylko we dwoje ledwo się zmieściliśmy. Po rozegraniu bagażowego tetrisu wreszcie się udało 🙂
Tetris – kto grał ten zrozumie 😉
Pokonując kolejne kilometry po polach i lasach, staraliśmy rozruszać się trochę po świątecznym obżarstwie. Co wyjeździliśmy, systematycznie nadrabialiśmy piknikami po drodze. Oczywiście musiał pojawić się mój rowerowy ulubieniec – paprykarz jedzony na tak zwanej gazecie 😉  Może nie wygląda zbyt apetycznie, ale talerze i stół mam w domu, a na wyjazdach lubię poczuć trochę folkloru 😉
Kolejnym punktem po Mlecznej Wsi  i Olecku była wizyta w Puszczy Boreckiej. Żadne zdjęcie nie jest w stanie oddać jej klimatu. Dywan z kolorowych kwiatów, żeremie bobrów i uderzający zapach żywicy. Takie tereny lubię najbardziej. Wypatrując żubrów i bobrów musieliśmy uważać, żeby nie rozmaślić plagi żab… Było ich tak dużo, że w miłosnym amoku chciały atakować nawet rower…
„Love is in the air”
W drodze do Puszczy Boreckiej
Pracowity jak bóbr
Po powrocie, w Lublinie czekało na nas jeszcze więcej słońca. Przyzwyczajeni do zielonych terenów wyruszyliśmy na poszukiwania natury w mieście. Zaczęliśmy od Botanika. Co prawda upolowaliśmy kilka ciekawych zdjęć, jednak zupełnie nie mogliśmy odnaleźć się w kolejce do zdjęcia pod magnolią … Zdecydowanie bliższy jest nam rój pszczół niż ludzi. A piękny kwiat cieszy bardziej, gdy spotkamy go niespodziewanie jadąc na rowerze. Szybko stamtąd uciekliśmy ( na kiełbaskę z grilla na pocieszenie ) i w weekend majowy znowu zaszywamy się na Mazurach. Tam dzikie tereny nas nie zawiodą 🙂

Rower: Przez mazurskie wsie i pola

Zamiast nad morze czy też w góry, warto ruszyć na Mazury :)!
Mazury nie bez powodu nazywane są krainą jezior. Przemierzając te tereny towarzyszą nam prawie na każdym kroku. Jeżeli tracimy jedno z oczu, możemy być pewni, że za zakrętem niebawem pojawi się następne.
Ale Mazury to nie tylko raj dla miłośników wodnych szaleństw i wędkarzy, to także ( a może przede wszystkim ? 🙂 ) przepiękne zielone tereny. Właśnie te wiejskie okolice polecałabym najbardziej. Dla oderwania się od rzeczywistości, innych ludzi, komputera. Na takiej drodze jesteśmy tylko my, rower i niekończące się pola. Otwarte przestrzenie, pełne soczystej zieleni na tle błękitnego nieba, dają uczucie takiej wolności, że chce się szaleć jak piesek zerwany ze smyczy ( teraz wcale im się nie dziwię, że latają jak głupie 😉 ). Możesz krzyczeć, robić co chcesz i tak pewnie nikogo nie spotkasz.  Najwyżej osioł krzywo się na Ciebie popatrzy… Zieleń jest tak upajająca, że chce się żyć, jeść ( oj bardzo.. !), a potem skakać po polach z rowerem. Kobiety mogą odetchnąć od makijażu i nie myśleć w co się ubrać, a mężczyźni spokojnie hodować swoje brody.
Te pola aż nawołują do małego wyhasania …:)
Udało się :)!

Na wiejskiej trasie trzeba pamiętać o zapasie jedzenia i wody w sakwie. Podczas naszej 50-60 km wycieczki po okolicy, na swojej drodze natknęliśmy się tylko na 2 sklepy. W jednym my – rowerzyści byliśmy podobno największą atrakcja dnia, w drugim to my cieszyliśmy się na widok ciągnika zaparkowanego przed wejściem. Uwielbiam te małe wiejskie sklepiki. Obsługa jest zawsze bardzo miła, normalne jest zamówienie czegoś na miejscu i wypicie przy stoliczku w ceratkę. W lecie życie toczy się przed sklepem, a  gdy jest zimno można zagrzać się przy kominku w środku. A z kupieniem chleba musisz się pożegnać jeżeli wcześniej nie zamawiałeś 🙂
Za to tylko tutaj można kupić kartacze. Przejeżdżając zajedźcie po nie do Restauracji lub Sklepu Regionalnego w Prostkach ( jeżeli śpicie w podróży od razu się obudzicie – nie ma innej drogi jak przez kocie łby ;)! ). Taki pulpecik (?) z mięsem lub drożdżówa zapijana Oleckową kwaśną śmietaną to dopiero mazurskie specjały 🙂

Słynne kartacze w Prostkach
Krowa na polnych dróżkach
 

Rower: Mazury – Mleczna Wieś, Giże

Za mną cały tydzień zupełnego lenistwa. Bo nigdzie nie odpoczywam lepiej niż na Mazurach. Zaszyliśmy się małym domku w typowej mazurskiej wsi, oddaleni o 6 km od najbliższego sklepu – to wcale nie jest blisko po polnych ścieżkach :). Wioskę, o której prawie nikt nie słyszał ciężko znaleźć na mapie. Rozciąga się grzecznie wzdłuż brzegu jednego z licznych mazurskich jezior, a przez rozległe pola nie przedarł się tłok turystów. Wokół nas toczy się spokojne życie w kilku gospodarstwach i jakże burzliwe w trzcinach…( oj działo się 😉 ).  Tu telefony tracą zasięg, a internet odmawia posłuszeństwa. I oto chodzi – liczy się Tu i Teraz. Siedząc na pomoście, naszym największym dylematem był wybór pomiędzy Nicnierobieniem, wyjściem na rower czy kajak. Mazurski klimat jest magiczny, ale o urokach tej okolicy innym razem. Teraz zajmijmy się krowami….
  
Nie mogłam lepiej trafić. Okazało się, że dosłownie klika kilometrów od naszej wsi znajduje się Mleczna Wieś.
Sama nazwa mówi za siebie. Jest mleko – muszą być i krowy :)!
To dopiero przeznaczenie… 😉 Wskoczyłam na łaciaty rower i na pierwszą wycieczkę ruszyliśmy na poszukiwania figurki krowy we wsi Giże
( okolice Olecka ).
Bidon napełniony 🙂

Trasa oczywiście z przymrużeniem oka. Co jakiś czas pojawiły się tablice np. do czego służy obora i co to jest krowa 🙂  Ścieżka edukacyjna, głownie na dzieci, ale jak dla mnie  bardzo na temat 🙂

Ale nie samymi krowami człowiek żyje – był to świetny pretekst  to zwiedzenia okolicy na rowerach. A szukanie figurki krowy  wśród zielonych pól było małym wyzwaniem i dobrą zabawą.
Trasa Jezioro Dobskie – Giże – jezioro Dudeckie – Rosochackie – Dobki to ok 25 km. Jedzie się raz po drodze, raz po kocich łbach czy polnych dróżkach. Obszary pól w okół są ogromne i zachwycają zielenią . A podczas całodniowej wycieczki nie spotkaliśmy ani jednego osobnika swojego gatunku ;)! –  trafiliśmy dużo, dużo lepiej. Na swojej drodze natknęliśmy się za to na stado krów i dwa osiołki 🙂

Swoją drogą czy tylko ja zauważam, że coraz rzadziej na wsiach widujemy krowy?
Kiedyś pasły się na każdym kroku, a teraz doszło do tego, że spotkanie tego sympatycznego zwierzaka staje się już atrakcją. Nie udało mi się mi się zrobić zdjęcia z krową w twarzą w twarz, ale pomuczałam im z daleka.

Na wsiach jest za mało krów? Postarałam się urozmaicić mazurski krajobraz swoim strojem 🙂
Czekam jeszcze na resztę zdjęć, więc dalszy ciąg krowiej relacji nastąpi 🙂

Wielkanoc z rowerowym koszykiem

Wesołych Świąt :)!
U nas wyjście z koszyczkiem było w tym roku wyjątkowo wesołe. Do normalnej święconki z tradycyjną zawartością dołączył rowerowy koszyk wielkanocny :)! Bo w święta nie może poczuć się zapomniany.
A w nim same słodkości: czekoladowe króliki, pierniki prosto z Torunia i jajka z niespodzianką.
Rowery pomagały w przygotowaniach – sprawnie dostarczały zapasy pieczywa i jajek na świąteczny stół.
Po poświęceniu koszyczków w końcu można zjeść ciasta. Mój koszyk był typowo czekoladowy, a nim dawno przez nas zapomniane jajka z niespodzianką 🙂 Raz na jakiś czas „dorośli’ też zasługują na chwile emocji przy otwieraniu zabawki. Żeby zabawa była jeszcze większa poukrywałam jajka w ogródku. Gdy byłyśmy małe zabawa w „ciepło zimno” była jednym z najbardziej emocjonujących części Wielkanocy.

Przeznaczenie – na 4 jajka 2 rowery 🙂

W Lany Poniedziałek koniec siedzenia w przy stole.
Pakujemy nasze rowery i jedziemy na długu wyczekiwane Mazury.
Tam gdzie nie ma internetu, telefony tracą zasięg  I oto chodzi. 
Tam liczy się tylko Tu i Teraz.

Wesołych Świąt 🙂

Rower zimą? – jestem na tak!

To nasze pierwsze wyjście na rower przy temperaturze na minusie. A dokładnie ok – 10 stopniach. Przed wyjściem włączyły się pewne wątpliwości – że za ślisko, że jest więcej lodu niż  śniegu…  Mama namawiała – pójdźcie jak normalni ludzie na spacer. Pomyślałam – może i racja. Ale po kilku spojrzeniach za okno wiedziałam, że nie mogę zmarnować takiego dnia w domu. A rower tak długo stał opuszczony. 
I nie ma się czego bać.
Mały wypad nad Zalew Zemborzycki ( ok 15 km w dwie strony ) cieszy bardziej niż w lecie. W końcu małe wyzwanie! A o „normalnej” porze roku, taki przejazd trochę wieje nudą jeżeli nie kończy się grillem czy żaglami . Ale na mrozie to co innego.
Wystarczy się ciepło ubrać i delikatnie spuścić powietrze z opon ( na zimę najlepiej mieć szersze ). Specem nie jestem po jednym wyjściu i brakuje mi wielu elementów do idealnego ekwipunku rowerzysty, ale mogę się podzielić tym co mamy i sprawdza się w naszych zimowych warunkach.
Po 1- kask.
Niby takie oczywiste, a zapomniałam o nim 😉 Z głupiego powodu – jak mam nałożyć pod niego czapkę?
 Ale po upomnieniu przez Arka ( jak to bez kasku ?! ) wróciliśmy po niego 🙂 Zdecydowanie podstawa na jazdę po oblodzonych drogach i lasach.
2- kominiarka 
Właśnie pod kask. Bo czapki z pomponem raczej pod nim nie upchniemy…
3 – buffka na szyję
Z tzw. buffki możemy zrobić szalik na szyję, opaskę czy chustkę na głowę, związać włosy, a przewiązaną na ręce ocierać pot z czoła 😉 Do tego łatwo ją gdzieś wcisnąć – warto mieć przynajmniej jedną na każdym wyjeździe.
Dla pełnego ocieplenia miałam jeszcze przytulny komin.
4 – okulary lub google
5- ochraniacze na buty
Ocieplane od środka, wodoodporne. Przystosowane do specjalnych butów – spd, ale na zwykłych też się spisały. W sam raz na zimę i ulewy. Ja jeszcze ich nie używałam, ale Arek twierdzi, że w letnich butach z takimi ocieplaczami paluszki mu nie zmarzły 😉 Ten model kupiony w Decathlonie. 
6 – ciepłe rękawiczki, najlepiej rowerowe
7- bielizna termiczna
8 – gorąca herbata 🙂 
Jako nagroda za dotarcie do celu 🙂 W małym termosie – pasującym do umocowania na bidon.

Strój może jeszcze nieidealny, skompletowany z miksu narciarsko – rowerowego. Ale myślę, że na krótką trasę  – ok 20-30 km wystarczy. Chociaż pod koniec zimny wiatr raczej nie głaskał po twarzy i trochę zmarzły mi palce ( może następnym razem nałożyć dwie pary rękawiczek? ) to miło było nie czekać z rowerem do wiosny 🙂