Zdjęcia z Norwegii: Relacja z wystawy fotografii – „Zew Północy”

fot: Dariusz Hankiewicz
fot: Dariusz Hankiewicz

Kochani, 21 kwietnia miałam przyjemność otworzyć wystawę fotografii z naszych podróży do Norwegii.

„Zew Północy” możecie oglądać do 14 czerwca w „Klubie Lekarza” na ul. Chmielnej 4 w Lublinie.

Rower: Okolice Kazimierza – Mięćmierz

Kazimierz Dolny jest niewątpliwie jednym z najbardziej uroczych miasteczek jakie znam. Ale jeżeli jesteście z okolic Lublina i tak jak nas zaczyna już powoli nudzić rytualny niedzielny spacer po rynku, może warto przedłużyć nieco trasę wzdłuż Wisły i wylądować w Mięćmierzu :)?
Zaledwie 4 km od Kazimierza znajdziemy się w miejscu gdzie czas się zatrzymał.  Chatki pokryte strzechą, plaża z opuszczonymi łodziami, a w lecie, przy studni na rozstaju dróg babcie wystawiają swoje kosze z malinami. To właśnie tam chcieliśmy znaleźć się w Walentynki. Na rowerze uciekliśmy od przepełnionego w tym dniu Kazimierza i z maślanym kogutkiem w sakwie ruszyliśmy w nieco bardziej romantyczne tereny. Te miejsca aż się proszą o piknik we dwoje.
To nasz drugi rowerowy raz w Mięćmierzu. Tym razem wybraliśmy trasę przez punkt widokowy w Albrechtówce, zjazd po skalistym zboczu w kierunku Krowiej Wyspy, kończąc w kamieniołomach pod samym Kazimierzem. ( Inne atrakcje z pierwszego letniego wyjazdu – Tutaj – KLIK ).

Zapraszam na małą przejażdżkę na otwarcie sezonu 2016 🙂

Widok na Zamek w Janowcu
Trasę do Mięćmierza nad Krowią Wyspą spokojnie pokonamy też na piechotę.
W kierunku Albrechtówki

Trochę zboczyliśmy z klasycznej trasy rowerowej – na lewo od Albrechtówki

Widok na Krowią Wyspę

Sezon 2016 oficjalnie rozpoczęty

Kogutek Kazimierski
Miejsce na piknik znalezione

Gdy kogutek stracił głowę i wyczyścił pudełka po paprykarzach, wjechaliśmy do „centrum” Mięćmierza.

Tym razem malin nie było 😉
Kamieniołomy – raj dla rowerów górskich

Atrakcje kamieniołomów.

Po małej przejażdżce po kamieniołomach czas na umycie kół w Wiśle i  (nareszcie!) kolację.

Czas wracać

Dla odmiany od pizzy kolację zjedliśmy w gruzińskiej knajpce Batumi ( przy Małym Rynku ). Bardzo pozytywnie.

Chociaż w Walentynki planowałam w końcu porządnie wytarzać się w śniegu, to pogoda wynagrodziła mi brak zimy w lutym – rowerem.
Sezon 2016 oficjalnie rozpoczęty 🙂

https://www.facebook.com/plugins/like.php?href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2FLove-Krowe-nasze-podr%25C3%25B3%25C5%25BCe-668206906574432%2F%3Fref%3Dbookmarks&width=450&layout=standard&action=like&size=large&show_faces=true&share=true&height=80&appId

Jak ładować baterie w podróży – ładowarka rowerowa

Czy zastanawialiście się kiedyś jak jeździć na rowerze i jednocześnie naładować telefon, aparat i inne niezbędne urządzenia?
Planując podróż po Norwegii rowerem, na początku wcale nie martwiła mnie ilość kilometrów do przebycia, górzysty teren czy zapas jedzenia. Zastanawiałam się jak w pełni skorzystać z wymarzonego spania na dziko , bez konieczności zajeżdżania codziennie na camping. Sprawy mycia można jeszcze jakoś załatwić…, ale jak naładować telefon, a przede wszystkim aparat! – bo jak tu nie robić tysięcy zdjęć w podróży :)? )

Snucie planów, wyznaczanie trasy, wyszukiwanie miejsc do odkrycia… to moje ulubione zadanie :)! Natomiast Arek zawsze dba o to jak wprowadzić te marzenia w życie 🙂 Tak żebyśmy nie utknęli w tym upragnionym miejscu bez prądu i w przeciekającym namiocie… Dlatego praktyczną stronę podróży oddaję w męskie ręce – bo co ja tam się znam na kablach 😉

I tak pojawił się pomysł ładowarki rowerowej.
Dzięki temu wynalazkowi mogliśmy zupełnie uniezależnić się od prądu, zboczyć na chwilę z drogi i uciec na jakiś czas od cywilizacji. Wiedząc, że możemy wykorzystać praktycznie każdy skrawek Norwegii na rozbicie namiotu, daliśmy się ponieść rowerom.

Przeczytajcie co kupić, jak skonstruować i jak w pełni korzystać z ładowarki rowerowej.
 Dzisiaj techniczna odsłona naszego wyjazdu

Ładowarka rowerowa

 

Co kupić? Jak zrobić? Jak działa? 

–  opowie wam Arek 🙂 :
 

  Już jeżdżąc w okolicach Lublina czy na wycieczki do Kazimierza zaczął mi doskwierać brak prądu w telefonie. Jednocześnie włączone endomondo i google maps w dość szybkim tempie potrafi rozładować baterie. Jeżeli jeszcze używamy telefonu do robienia zdjęć czy korzystamy z internetu, to efekt jest łatwy do przewidzenia. Nasza pierwsza setka to Zwierzyńca zarejestrowała się do 98km tuż przed końcem trasy ;(.

W zasadzie dobrym rozwiązaniem są powerbanki, ale i one mają ograniczoną pojemność i także trzeba je ładować. Ostatnio dostępne są nawet takie o pojemności 11000 mah, które teoretycznie wystarczały by na trzykrotne (w praktyce mniej) ładowanie baterii w telefonie (2700mah w xperia Z1). Ich minusem jest jednak długi czas ładowania samego powerbanka (ok 10h). Ładowarki solarne można kupić już za 150-200pln, ale w praktyce nawet przy dobrym świetle ładowanie telefonu zajęło by 2-3dni…a więc ? :>

    Jak już jedziemy rowerami i pedałujemy całą drogę, to dlaczego by tak nie wytworzyć przy okazji prądu do naszego telefonu ?

    Pierwszą potrzebną rzeczą jest prądnica (dynamo).
W niektórych miejskich albo typowo turystycznych rowerach montowana jest seryjnie, ale co jeżeli jej nie ma? Prądnice starego typu montowane na widelcu, które znamy ze składaków są bardzo tanie (coś koło 15zl), ale nie dają zbyt dużego napięcia i powodują duże opory w czasie jazdy. Najlepszym wyjściem jest prądnica zintegrowana w piaście. Koszt dobrej klasy prądnicy do ok 300zl. (dosyć lekką Shimano deore kupiłem za około 350zl). Żeby zamontować prądnice potrzebne będą nowe, krótsze szprychy (średnica piasty z dynamo jest większa). W moim przypadku doliczyć musiałem 32 szprychy po 2zl sztuka i koszt robocizny (zaplecenie i centrowanie koła ok 35zl).

W moim rowerze potrzebna była piasta z mocowaniem na tarczę hamulcową. Samą tarczę też musiałem zmienić (na taką mocowaną systemem center lock). Koszt tarczy to ok.  35-100pln, ja wybrałem coś ze średniej półki. Jeżeli macie już rower z wmontowaną prądnicą albo hamulce typu v-brake, to znacznie ułatwia sprawę, a i koszty będą dużo mniejsze.

 Przechodząc do rzeczy…. Prądnica którą kupiłem generuje moc 3W przy napięciu 6V, a więc zbliżonym do standardu  USB. Prąd zmienny musimy jednak zmienić na prąd stały. Na różnych forach znajdziemy instrukcje jak za pomocą tranzystorów przylutowanych do płytki ….. No dobra możemy kupić gotowe rozwiązanie, a całe urządzenie nazywa się KEMO 172N i kosztuje troszkę ponad 100pln. To sprytne urządzenie pozwala na podłączenie jednocześnie światła jak i urządzenia, które będziemy ładować i swobodne przełączanie miedzy funkcjami.

 Sam moduł ładowania i sposób instalacji jest na stronie producenta –
 KLIK

Oczywiście jest to przykładowa instalacja .Jeżeli  nie chcemy żeby moduł oszpecał nam rower albo był narażony na deszcz, możemy schować go w torebce na ramę. Do telefonu dostępnych jest wiele różnych uchwytów na kierownice, co też ułatwi korzystanie z telefonu/nawigacji w czasie jazdy.

Oczywiście, jeżeli używamy jednocześnie światła, ładowanie telefonu będzie się odbywać bardzo wolno. Samo podłączenie nie powinno być trudne. Kabel około 1,3m kupujemy w sklepie elektrycznym (dołączony był trochę za krótki), na jeden koniec zakładamy wtyczkę do dynamo, na drugim końcu ściągamy z kabla izolację i wkręcamy w gniazda pod obudową naszej ładowarki (instrukcja jest dołączona do opakowania, więc nie ma sensu się rozpisywać). Do modułu możemy podłączyć wszystko co ładuje się przez port USB. W moim przypadku telefon, aparat i latarka USB (oczywiście na raz tylko jedno urządzenie). Jeżeli mamy naładowane wszystko co nam potrzeba zawsze możemy podłączyć powerbanka, żeby nie kręcić na darmo ;] . W trakcie ładowania opór wzrasta o około 1.9 -2,3% (wg producenta) i faktycznie jest to obciążenie nieodczuwalne. Natężenie prądu zależy od tego jakie wytwarza nasza prądnica, a sam moduł ładowania wytwarza od 500 do 800MA (tyle co starsze ładowarki). Oczywiście sprawność jest mniejsza niż tych dołączanych do nowych telefonów (1-1,5 A), ale i tak nie mamy na co narzekać. Aparat (750mah) ładuje się około 1,5h telefon (mój ma bardzo dużą baterie) około 4h. Jeżeli telefon jest naładowany, urządzenie pozwala na utrzymywanie baterii na 100% mimo włączonego ekranu, endomondo i nawigacji google maps :>  Zwykły telefon starszego typu bez dużego wyświetlacza, GPS i innych bajerów ma baterie o pojemności zbliżonej do tej w aparacie. Oczywiście im mniejsza bateria i mniej ,,prądożerne” urządzenie tym szybciej uda nam się je naładować. Ładowanie rozpoczyna się już przy niewielkiej prędkości nawet gdy prowadzimy rower.

 Najważniejsze, że działa i teraz nawet jadąc na kilka dni w dzikie tereny nie musimy martwić się że w telefonie zabraknie nam prądu. 😛

Norwegia, Preikestolen : Najlepsze miejsce na nocleg w Norwegii

Być może to jest to tajemnicze miejsce, w którym zaszywał się przed światem Włóczykij z Muminków?
Ja na jego miejscu przywędrowałabym właśnie tutaj.
Pulpit rock – kultowa półka skalna Preikestolen, wygrała w moim prywatnym rankingu na magiczne miejsca.
A skrawek na brzegu klifu ( o wysokości 604m – to prawie 3 Pałace Kultury! ), to zdecydowanie mój ulubiony metr kwadratowy Norwegii.
Pierwsze miejsce otrzymała oczywiście za widoki zamieniające nasze nogi w galarety, ale doszły też do tego inne emocje.
Radość, że po snutych zimą planach widzimy to miejsce na własne oczy, a nie tylko ludzikiem z Google maps.
 W lipcu z podróży po mapie przenieśliśmy się do samochodu i długo sunęliśmy w stronę Bergen. Stamtąd daliśmy się ponieść rowerom, aż na camping pod Preiekstolen, a potem naszym nogom na sam szczyt.
Widok pojawiał się powoli, jak delikatnie rozpakowywany, długo wyczekiwany prezent.
 Warto było.
Myślę przełamując nerwowy dreszczyk i spuszczając nogi nad przepaścią.
Przygotowania
 Wszystkie nasze przygotowania skupiły się wokół rowerów, a te typowo górskie były w zasadzie nijakie i spontaniczne…
Chociaż wejście nie było żadnym alpinistycznym wyczynem ( po drodze można było dyszeć ramię w ramię ze starszą panią, owczarkiem coli czy rodziną z małym dzieckiem ), to buty górskie są tu na pewno obowiązkowe.
 Chociaż nie mieliśmy pewności czy wyjdziemy w góry, to przez cała drogę woziliśmy na rowerach trapery. Całe szczęście, że w przypływie załamania pogodą sandały zostawiłam w samochodzie i zamieniłam na górskie buty ( które wtedy jeszcze przeklinałam ). Sandałem mogłabym co najwyżej ubić pomrowa, które atakowały nasz namiot po każdym deszczu ( czyli codziennie…)
Rozbicie namiotu na szczycie marzyło mi się od samego początku.
Pomysł rewelacja – gorzej z wykonaniem. Jak przenieść namiot, materace, śpiwory i jedzenie bez plecaka? (Plecak jakoś nie kwalifikował się do sprzętu rowerowego, a cudem zapakowany zająłby całą sakwę. )
Pojawiło się inne rozwiązanie.
Skoro nie możemy wpakować plecaka do sakwy, to sakwy staną się naszymi plecakami!
Bo zamontowaniu dwóch elastycznych linek z hakami, każdy wyruszył z nowym plecakiem, upychając pod niego poduszkę żeby mniej ocierał…Ale swoją misję wypełnił znakomicie 🙂

 

 

 
Camping
 
Na campingu pod Preiekstolen spędziliśmy dwie noce czekając na rozwianie chmur. Trzeciego dnia mimo, że niebo pozostawiało jeszcze wiele do życzenia postanowiliśmy zaryzykować. W końcu urlop nie jest z gumy, a w razie czego wyobrazimy sobie co znajduje się pod chmurami 😉
Sam camping okazał się najlepiej wyposażony z dotychczasowych, ale też najdroższy. To duże pole namiotowe z małym jeziorkiem, po którym można popływać kajakiem ( jeżeli wozicie go ze sobą, my na rowery nie zapakowaliśmy…), ciepła woda bez ograniczeń ( szaleństwo! ), wi-fi i restauracjo-sklepik gdzie można kupić nawet wino ! ( tak, trzeba doceniać takie miejsca w Norwegii 🙂 ).
Z campingu codziennie kursują busy pod punkt wyjściowy na Preiekstolen ( ok. 35 zł od osoby )
Zapakowaliśmy najważniejsze rzeczy do sawko-plecaka, rowery z resztą dobytku spięliśmy razem i zostawiliśmy samotnie na campingu ( powoli przyzwyczajamy się, że tu raczej nic nie ginie bez przyczyny ).
Wszystko gotowe – no to wskakujemy do busa !

 

Preiekstolen – podejście
 Preiekstolen jest najbardziej rozpoznawalną atrakcją w Norwegii ( zaraz obok Trolltungi ) i jak można się było spodziewać – dosłownie każdy chciał się na niej znaleźć. Ludzie pędzili tam jak po odbiór cennej nagrody i to jedyny, chociaż męczący minus tego typu atrakcji. Pozostawało skupić się na celu i cierpliwie ruszyć gęsiego pod górę.
Na  szczęście czas nas nie ograniczał – a nawet nam sprzyjał i niedługo mieliśmy mieć górę prawie tylko dla siebie 🙂
Podejście nie jest bardzo wyczerpujące i myślę, że naprawdę każdy byłby w stanie wejść. Pniemy się łagodnie pod górę, według przewodnika 3-4 godziny, ale moim zadaniem głównie ze względu na tłumy. Nam udało się wejść po ok. 2 godzinach, ale wybraliśmy porę „na spanie w namiocie”  i większość ludzi już zaczynała schodzić ( aż się boję myśleć co było rano ).

 

 Nareszcie stawiamy pierwsze kroki na półce skalnej.
 Parę godzin wcześniej musielibyśmy pogodzić się z tym, że patrząc w dół widzimy tylko otchłań pełną mętnej zupy… Leniwe chmury, które leżakowały tak cały dzień, postanowiły jednak wynagrodzić nam cały trud i odleciały zasłaniać widoczność innym turystom.
Bramy odsłonięte – przed nami jeden z najpiękniejszych fiordów – Lysefiord.
Ale dopiero patrząc pionowo w dół widać jego przerażające piękno.

 

Rozbijamy namiot

 Lysefjord zaczyna się mienić w zachodzącym słońcu. Stoimy na skalnym kawałku o kształcie idealnego kwadratu – 25 na 25 metrów, czas wybrać jeden z nich na rozbicie namiotu. 
Podczas gdy wszyscy latają po skale pozując do zdjęć, my mamy dużo czasu. Spokojnie zbieramy kamienie potrzebne do obciążenia namiotu, dmuchamy materace i powoli zadomawiamy się w naszym podniebnym lokum. Nie wierzyłam, że 5 Japończyków może przez 40 minut wymyślić tyle póz do zdjęcia, ale w końcu skała jest nasza 🙂
Czekaliśmy aż wszyscy pójdą, żeby rozkoszować się tym widokiem w spokoju, ale też dlatego, że przy skałach zauważyłam porzuconą Bardzo Ciepłą czapkę…. a moja zmarznięta głowa Bardzo chciała ją przymierzyć (  w takim momentach zasady higieniczne schodzą na dalszy plan 😉 ).

 

Opatulamy się śpiworem (  czapka jest już moja! ), otwieramy wino i kotleciki rybne – rozkoszujemy się naszym wieczorem w restauracji marzeń.
 Była to wisienka na torcie naszego wyjazdu.
Teraz siedzieć i patrzeć się przed siebie bez końca.

 

Nasz na miot ukrywa się za tym głazem po lewej

 

 

 

 

 

 

 

Czapka już na głowie

 

Pierwsze i jedyne wino jakie udało nam się kupić w Norwegii

 

 Czy było wygodnie?

 

Nie pamiętam 😉 Ale byłam taka podekscytowana, że zasnęłabym nawet w samym śpiworze wpatrując się w wody Lysefjordu. Z zimnem rozprawiliśmy odpalając od czasu do czasu butlę w namiocie i  nie zdejmując kurtek, ale za to czy można wymarzyć sobie lepsze miejsce na kawę o poranku ?
Mój „camping” Nr 1 🙂

 

Taka kawa dopiero obudza!

 

 

 

Śniadanie

 

 

 

 

 

Wiecie, że namiot „przybijaliśmy” wrzucając kamienie do środka zamiast śledzi.
Wydawałoby się, że ciężko jest je przeoczyć przy składaniu namiotu.
Najwidoczniej nie jest to niemożliwe!
Po przejechaniu kolejnych kilometrów i rozbijaniu się w następnym miejscu słyszę:
” Czy Ty mnie nienawidzisz ?! ” – mówi A. wyjmując 2 kilogramowe kamienie ze swojego worka…
🙂

 

 

Norwegia rowerem: Kierunek Stavanger

 To już ostatni odcinek przed kulminacyjnym punktem naszego wyjazdu – kultowej skały Preikestolen.
Dzieli nas od niego niecałe 100km, które pokonamy nadzwyczaj szybko. Pomoże nam w tym płaski teren, promy, a nawet autobus ( siła wyższa – tunele! ).
Nasza trasa wiedzie przez piękne okolice. Mogłabym leżeć na łące godzinami, ale nie mogę się doczekać widoku ze skały – i to napędza mnie do gnania przed siebie – w końcu pogoda może się zmienić lada dzień i nie zobaczymy nic oprócz gęstej śmietany. 
Tego dnia tuż przed wejściem do namiotu znalazłam czterolistną koniczynkę – to będzie szczęśliwy dzień ! 
Zapakowana na rower zdziałała cuda.
W ciągu najbliższych 24 godzin działo się dużo, szybko i przede wszystkim na pozytywnych obrotach.
Tak naprawdę kolejna tura dobrej passy zaczęła się już podczas rozbijania namiotu.
Pogoda zaczynała się psuć, a wieczorne chmury zafundowały nam na kolację chłodny kapuśniaczek… W pojawiającej się mgle zauważyliśmy Norwega sunącego w naszą stronę.
Rozbiliśmy się na wylocie jego domku letniskowego, a przyzwyczajeni do naszych krajowych obyczajów, raczej spodziewaliśmy się nagłego przypływu miłości do głośnej muzyki, mającej na celu odstraszenia nieproszonych gości…( walka na style i siłę głośników nie raz wprowadzała nasze bębenki w disco-polowe wibracje…  ).
Zamiast tego zostaliśmy obdarowani herbatką powitalną – bo pada i musi być nam zimno – a także zaproszeniem do wspólnego połowu ryb na jego łodzi.
 Ciepła herbatka rozlała się jak miód po moim sercu, a w wietrze z nad fiordu wyczuwałam już dużą rybę 🙂 
Camping Melkevik: Nasz namiot to ten niebieski punkcik przy plaży po prawej stronie
Wspaniale jest zacząć dzień od wyłowienia dorsza.
On też miał szczęście. Byliśmy po solidnym śniadaniu, więc być może pływa jeszcze w okolicach Melkevika 🙂
Powoli przyzwyczajamy się do życia w ciągłym ruchu. Namiot rozbijamy i zwijamy już tak sprawnie, jakbyśmy brali udział w konkursie campingowym. Przeprawy promami, przejazdy tunelami, skakanie do góry z radości na widok sklepu – kolejny dzień jak co dzień w Norwegii 🙂
Oczywiście zdarzają się małe niespodzianki. No tak, znowu nie zrobiliśmy zapasów chleba – dalej zaskakuje mnie brak sklepów przez blisko 50-60 km…a między czekoladą a konserwą przydałby się jakiś neutralizujący kąsek…
Ale wciąż byłam pod wrażeniem ciągu pomyślnych wydarzeń i przyjaznego nastawienia Norwegów.

Że też zwykły chleb może zamienić się w wymarzone danie 🙂 !
Po przejechaniu szeregu wysp, przed samym Stavanger, czekały na nas już ostatnie dwa nieprzejezdne dla rowerów tunele. Już się ich nie boimy – mamy pewność, że autobusy kursują w tym rejonie.
Być może nie jest to ulubiony środek transportu rowerzysty, ale do wyboru mamy tylko krążenie między tunelami…
Teraz bardziej przerażała nas cena za bilet.
Nafaszerowani upragnionym chlebem, czekaliśmy cierpliwie na autobus.
Bardzo cierpliwie… Okazało się, że ponad godzinę za długo, ale w ogóle nie zdawałam sobie z tego sprawy. Mój brzuch pieczałowicie wypełniony chlebem z oliwą i..serkiem ( a zaszalałam!) nie posiadał się ze szczęścia i nie zawracałam sobie głowy upływającym czasem. W takim rozanielonym, spokojnym nastoju zobaczyłam nadjeżdżający autobus.
Uwaga, teraz czekała mnie mała poobiednia pobudka.
Kierowca nie dość, że pomógł nam wpakować cały nasz dobytek do środka,
to niezmiernie nas przepraszał i odmówił przyjęcia zapłaty ( prawie 300zł ).
  Spóźnił się 40 minut z powodu awarii w tunelu, to oczywiste, że nie płacimy!
 Uwielbiam Norwegię :)!
( Kiedyś w naszym PKP koleżanka dostała Prince Polo za kilkugodzinne opóźnienie 😉 )
Czekając na autobus – Sklepik z krabami
Pędzimy dalej – już się ściemnia.
 W Stavanger przeprawiamy się promem do Tau.
Towarzyszy nam optymistyczny zachód słońca i zwariowani Holendrzy na motorynkach z lat 70-tych ( pod niektóre góry trzeba je pchać 😉 !, ale spokojnie, w razie czego wożą ze sobą kanisterek z benzyną 🙂 ).

Koniec lipca daje zrozumienia, że trzeba pożegnać długie białe noce. Po raz pierwszy używamy latarki przy szukaniu miejsca pod namiot.
Jestem tak zmęczona, że nie będziemy wybrzydzać – znajdujemy skrawek między budkami na obrzeżach miasta.
Padam prawie jak zabita, ale w głowie krąży mi scena z autobusu i powoli nabiera barw i sensu…:
Trzymam nasze rowery, a Arek długo słucha historii kierowcy ( który okazał się Polakiem ), o jego życiu w Norwegii.
 Nagle odwraca się do mnie z uśmiechem i krzyczy przez cały autobus  – Zostajemy tutaj !
W pierwszym odruchu odkrzykuję – Czemu nie :)? 
Pierwsza i może najwłaściwsza myśl. Dawno nie czułam się tak dobrze, jak w tym kraju. 
Rano okazuje się, że przez noc myśleliśmy o tym samym. Już poważniej.
Może te wakacje przerodzą się w coś więcej…?
Być może to początek jeszcze większej przygody … :)?

Wracając do przyziemnych spraw – miejsce znalezione

Znowu cały chleb „gdzieś” zniknął…

Moja mina może nie wyraża zachwytu śniadaniem – ale łyżkę mamy wyśmienitą :)! 

Norwegia rowerem: Haugesund i nieprzejezdne tunele

Norwegia może poszczycić się wspaniale rozbudowaną siecią dróg. Pomijając górzysty teren, ich nawierzchnia jest wprost stworzona pod koła rowerów. Nawet w najbardziej opuszczonych miejscach nie mogliśmy doszukać się żadnej skazy. Raj dla rowerzystów? Tych podróżujących z sakwami spotkaliśmy zaledwie kilku… Przypadek czy może siła tuneli?
Norwegowie dużo inwestują w ciągłe ulepszanie komunikacji. Cały kraj jest poprzecinany tunelami, przeszywających góry i rozciągających się pod fiordami. Niektóre mają nawet po 25km!
Wystarczy zerknąć na mapę i spróbować znaleźć drogę bez tunelu.
 Jednak nie każda mapa zakłada, że jesteśmy rowerzystą i byłoby nam na rękę ( a raczej na nogę ) wiedzieć czy przejazd przez dany tunel w ogóle jest możliwy… Czasami zdarza się, że tunel nie ma objazdu i stajemy na drodze z wielkim znakiem zapytania nad głową.
Gdy na naszej drodze pojawi się tunel mamy trzy wyjścia:
zawrócić i spróbować inaczej wydostać się z drogowego labiryntu,
wsiąść do autobusu – o ile taki kursuje
albo… złapać stopa.
Niedługo mieliśmy stoczyć swoją strategiczną walkę z tunelami.
Tego wieczoru jeszcze tego nieświadomi docieramy do Haugesund. Jak zwykle już ostatkiem sił i przed samym zmrokiem.
Ale za to z jakim widokiem!
Przed samym wjazdem na camping przywitał nas przepiękny zachód słońca nad Morzem Północnym. Zdjęcia zdjęciami, ale trzeba się pospieszyć z rozbijaniem obozowiska. Gdy słońce tylko zajdzie robi się potwornie zimno i najlepiej jak najszybciej zaszyć się z gorącym kubkiem w namiocie. 
Zadowoleni idziemy spać, a po pobudce miał się zacząć nasz cykl szczęścia w nieszczęściu … 🙂

Haugesund – pomnik upamiętniający zjednoczenie Norwegii

Camping – Haugesund

Nasyceni zachodem słońca, zaszyci w namiocie snuliśmy wspaniałe trasy na kolejny dzień.
W końcu byliśmy już bardzo blisko Stavanger i upragnionego Preikestolen !
Plan zakładał przejazd przez kolejną wyspę i przeprawę promem z Skudenshavn prawie pod nasze docelowe miasto. Prosta sprawa. Tak przynajmniej wynikało z naszej wspaniałej mapy…
Dzień jednak nie zaczął się najlepiej….
Wiatr był tak silny, że ledwo złożyliśmy namiot, do tego nadszedł dzień mycia głowy, co stało się przykrym obowiązkiem przy złej pogodzie ( bo przecież nie wożę takich zbędnych ciężarów jak suszarka 😉 ). Ale Dzień Dziecka trwał już zdecydowanie za długo, a z odgłosów suchego szamponu wynikało, że nie będzie ratował mnie wiecznie. 
Po stoczeniu walki z włosami, wiatr nie dawał za wygraną. 
Wjeżdżając przez olbrzymi most na kolejną wyspę, musieliśmy prowadzić rowery, bo wiał w nasze sakwy jak w żagle i chwila nieuwagi groziła wylądowaniem na ulicy.
Tego dnia jechało nam się wyjątkowo mozolnie, wiatr niepokojąco hulał i po przejechaniu ok. 30 km coś nas tknęło żeby zapytać o prom. Chcieliśmy trochę skrócić trasę i wsiąść na prom startujący z połowy wyspy ( Kopervik ), a nie jak początkowo planowaliśmy z końca w Skudeshavn. Według mapy istniała i taka i taka możliwość…
Wymęczyliśmy każdą napotkaną osobę, ale niestety ich wersje były zgodne –  promy były, ale 2 lata temu.. Po wybudowaniu tunelu pod wodą, nie było potrzeby ich utrzymywania. Oczywiście tunel jest przejezdny tylko dla samochodów.
No tak pyszny obiadek oddalił się bardzo daleko, 30 km zmarnowane, trzeba wrócić na miejsce i zacząć dzień od początku.
Nasz zapał fizyczny i psychiczny opadł do zera. Podjedziemy autobusem do Haugesund i tam zaczniemy dzień od nowa – to chyba nie takie oszustwo?
Wtoczenie naszych potworków do autobusu wymagało trochę siły i cierpliwości innych pasażerów. Ale na siedzeniu obok widzę jakieś nieznajome sakwy rowerowe…
Mamy towarzystwo. Nie tylko my nie odświeżamy  mapy co 2 lata. Rowerzysta – Niemiec, jedzie dokładnie tam gdzie my. Niestety cofał się z samego końca wyspy 😉
Wysiadka w Haugesund i suniemy ponownie do celu krajową E39.
Przynajmniej tak nam się wydaje.
Ocknęliśmy się dopiero niedaleko Fosen.

Siedzimy na przystanku przegryzamy coś na szybko, żeby zostawić miejsce na obiad – w końcu już niedaleko, prawda?
A tu zjawia się nasz czarny omen!
Ze strony, w którą się kierujemy nadjeżdża Pan Niemiec!
Przekaz jest  jasny „Bad idea!” – wcale nie jechaliśmy E39 tylko równoległą, na końcu której czeka na nas kolejny tunel nieprzejezdny dla rowerów.
!!!
Autobusy tutaj nie chodzą, on wraca do Haugesund i ruszy Właściwą trasą następnego dnia.
Fatalnych pomyłek było już za wiele jak na jeden dzień. Nie chcę już trzeci raz trafić do tego miasta i to tego samego dnia! Czuję się jak w „Dniu Świstaka”. 
Spokojnie mam plan: najpierw planuję się objeść i zaraz pomyślę co dalej. Jedną ręką wprowadzam coś energetycznego ( w końcu mój obiad przepadł bezpowrotnie ), w drugiej kurczowo trzymam mapę. Drążę ją żądnym rozwiązania wzrokiem – musi być jakaś tajna ścieżka, jakieś rozwiązanie z tej sytuacji.
Niemiec patrzy na mnie i podśmiewuje się pod nosem ” Ona myśli, że znajdzie jakieś wyjście. Przecież trzeba zawrócić!” . Ni to siebie, ale po angielsku, więc chce żebym zrozumiała i dała za wygraną razem z nim. W kółko burczy coś pesymistycznie „Nie ma innej opcji, NIE ma”. Już mam ochotę rzucić go posiłkiem trzymanym w ręce, ale szkoda marnować jedzenia w takiej sytuacji.
Ten złośliwy troll strasznie działa mi na nerwy swoją „bad ideą” i powoli zaczyna mi się udzielać jego nastawienie.  Postanawiam jednak jeszcze chwilę wytrzymać z chęcią – siąść i popłakać, zostało jeszcze rozwiązanie.
 ” Złapię stopa” , 
Troll burknął coś pogardliwego pod nosem i odjechał.
I tu zaczęło się nasze szczęście w nieszczęściu 🙂
Minęła może minuta. Kierująca samochód Norweżka zaproponowała, że musi rozwieźć swoich przyjaciół, ale jedzie do Haugesund i może nas zabrać z powrotem jeżeli chwilę poczekamy. Dobre i to 🙂
 Przyjechała jednak z radosną propozycją – wskakujcie przewiozę was przez tunel !
Dodam, że „przewieźć przez tunel” oznacza  30 km drogi i opłaty za przejazd ok 60 NOK ( rachunek wysyłany jest kierowcy pocztą ). Takie „tunele” to istne podwodne autostrady.
Selfried – bo tak miała na imię nasz norweski anioł, z uśmiechem pomogła nam załadować rowery do środka. Nie chciała nic w zamian , zależało jej jedynie na tym żebyśmy dobrze zapamiętali jej kraj. 
 Jednak oprócz dokuczliwych trolli można też spotkać przyjazne skrzaty :)!
Tego dnia przygód nam już starczyło.Szukamy noclegu. Znaleźliśmy camping parę kilometrów od wyjazdu z tunelu i nie mogliśmy uwierzyć w nasze szczęście. Przekazana pozytywna energia rozpierała mnie od środka 🙂 Udało się pokonać ten przeklęty tunel ! A pasmo dobrych zdarzeń i wspaniałych ludzi miało jeszcze trwać.
 Nie wiem gdzie był tym czasie Niemiec, ale nam opłaciło się w uwierzyć w Coś dobrego 🙂
  To zdarzenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że jeżeli o coś poprosisz to to dostaniesz – wystarczy chcieć 🙂

Norwegia rowerem: Wyspa Bomlo i pierwsze góry.

Wydostanie się z Wyspy Bomlo wcale nie było takie łatwe jak zakładaliśmy. Tego dnia poczuliśmy w nogach pierwsze norweskie nogobolce.
Za 20 km miał na nas czekać prom ( przynajmniej tak zakładała nasza nędzna mapa – czyli na szybko cyknięte zdjęcie atlasu samochodowego, który porzuciliśmy w samochodzie ), a potem już tylko przejazd wzdłuż morza i rozbijamy się w Haugesund.
 Przejechanie tych „małych” 20 kilometrów zajęło nam jednak większość dnia. Jak się ponownie okazało w Norwegii nie można nic zaplanować.  Wcześniej poznaliśmy deszczowe oblicze Norwegii, teraz mieliśmy poczuć ją w nogach. Wyspa Stord z poprzedniego dnia okazała się łaskawa i chyba za bardzo nas rozpieściła… Nagle wielce zdziwieni i z przekleństwami pod nosem, pedałowaliśmy na przerzutkach 1-1.  Powoli zaczynało do nas docierać, że przecież wiedzieliśmy, że prędzej czy później pojawią się góry. 
A i tak był to dopiero przedsmak prawdziwych norweskich gór. Początkowo wyspa wyglądała tak niepozornie… Wjechaliśmy na wyspę i na prawie dwa dni odcięliśmy się od cywilizacji. Na Bomlo znaleźliśmy się pośrodku Niczego – góry, fiordy i zupełny spokój. Ze zlokalizowaniem owiec nie mieliśmy problemu, ale gdzie się podziali ci wszyscy ludzie? Domy owszem były, ale w otaczających je ogrodach nikt się nie krzątał, nie grillował i nigdy nie widziałam żeby na trampolinach przed domem  skakały jakieś dzieci. Huśtawki, place zabaw też były puste..?? Widok trochę zaskakujący, tak jakby wsypa została nagle opuszczona przez wszystkich. Nie widzieliśmy żywej duszy, słońce zaczynało prażyć na swój skandynawski sposób, a ruiny po wysadzanych pod drogi górach dodawały tej scenerii przedsmak zaczynającego się horroru… Od czasu do czasu mijały nas jednak samochody zmierzające w tym samym kierunku co my – na prom! Uff to znak, że nasza „profesjonalna” mapa jednak nie kłamie i zmierzamy w dobrym kierunku !

Tylna sakwa po brzegi wypchana jedzeniem

2-gi dzień na rowerze

Brak ludzi niespecjalnie mi przeszkadzał, raczej dziwił, ale brak ludzi oznacza też, zero sklepów… Na szczęście byliśmy dobrze przygotowani i mieliśmy zapas jedzenia na dwa dni. Tutaj bez sakwy pełnej jedzenia nie czułabym się bezpiecznie ( bo nawet złowioną rybę przydałoby się zagryźć chlebem ). 

A górzysty teren pochłaniał nasze zapasy w zastraszającym tempie.

Co dobrego dodawało nam energii?

Znaczenie słowa „dobre” różniło się nieco od tego używanego w domu. Ale tam wszystko smakowało jak wykwintne danie.
 Do ulubionych przysmaków zależał np. chleb polany oliwą i zagryziony czekoladą.
Natomiast mozolnie pnąc się pod górę wyobrażałam sobie, którą konserwę otworzę w nagrodę na szczycie…To był smak! 
Czasami sił nie starczało, i nie było mowy o pokonaniu góry bez wprowadzenia tu i teraz czekolady – emocje przy losowaniu smaku z sakwy jak przy lotto 😉
Niezastąpione okazały się też musujące multiwitaminki, które zamieniały wodę z potoku w orzeźwiający napój.

To naprawdę niesamowite, jak tak kiepskie zestawy mogą smakować na wyjeździe ;)! 

Rarytasik – chleb z oliwą na postoju

Oznaki cywilizacji

Losowanie zakończone pomyślnie – moja ulubiona Milka Oreo :)!

Dojeżdżamy na koniec wyspy. Niedziela popołudnie, trasa niezbyt uczęszczana – mam nadzieję, że prom jednak przypłynie…W końcu o dwóch dniach marzy mi się prysznic. Tego dnia jakoś nie mam ochoty myć się w fiordzie, a suchy szampon zaczyna tracić moc…
Jest prom :)!

 Przybijamy piątkę  – kolejna wyspa, kolejny etap za za nami 🙂

Jesteśmy na promie!

Hodowle łososi – wszędzie ich pełno

Już się bałam, że utkniemy na Bomlo – płyniemy dalej :)!

Ruszamy! -Norwegia rowerem i gdzie zostawić samochód?

Pierwsze zdjęcie po opuszczeniu samochodu – czekamy na prom
Nareszcie ruszamy! 
Zanim przepakowaliśmy się z samochodu na rower, krążyliśmy po Norwegii całe 4 dni. Pozaznaczane na mapie plany zupełnie się pozmieniały, więc trochę improwizowaliśmy szukając dobrego miejsca wypadowego. A wszędzie lało, lało albo tylko padało. Po kilku dniach takiej pogody zaczęłam już tracić nadzieję, że nasz wyjazd w ogólne będzie rowerowy… Tyle miesięcy opracowywania trasy, opowiadania wszystkim na około, kupowania sprzętu – nie mogliśmy odpuścić i musiało się udać. Po pierwszym cieplejszym dniu, leżąc w namiocie podjęliśmy wreszcie decyzję – z samego rana ( zanim się rozpada! ) pakujemy raz dwa wszystkie rzeczy, opuszczamy samochód i ruszamy.

ok. Bergen – Stavanger – ok. Bergen

Na start wybraliśmy mieścinkę na południe od Bergen – Halhjem, skąd mieliśmy prom na wyspę Stord pod samym nosem.

Plan był dobry, dopóki podczas pakowania ostatniej sakwy nie pojawiła się kolejna złowieszcza chmura.

Nie tylko źle wyglądała, ale też od serca wylała na nas to co miała do zaoferowania. Siedzieliśmy w samochodzie z całym dobytkiem kilka godzin nie za bardzo wiedząc co zrobić i bezmyślnie wprowadzając kolejne porcje sałatki kartoflanej.. Nie chcę nawet myśleć jak szybko zniknęłyby nasze zapasy gdyby na chwilę nie wyszło słońce. Trzeba zaryzykować – składamy rowery i ruszamy!
Plan awaryjny zakładał – jeżeli zacznie padać ukrywamy się na najbliższym campingu i dopiero wtedy martwimy się co dalej. Na szczęście w końcu się udało !  Przez wyspę Stord przejechaliśmy jak po maśle, zatrzymując się tylko na obskubywanie jagód i picie wody ze strumieni.
I tak przejechaliśmy pierwsze 50km na wyspę Bomlo. 

Już na rowerze – Kierunek Stavanger
Widok z mostu pomiędzy wyspą Stord a Bomlo

Norwegia kraj obfitości

Co raz to wspominam o jagodach, malinach i poziomkach. Rzeczywiście można było rwać je garściami praktycznie w każdym miejscu naszej podróży.
 Skoro niedźwiedzie mogą utuczyć się przed zimą na jagodach i rybach, to chyba my tym bardziej 😉 ?
A co do ryb, to więcej w tym temacie na wyspie Bomlo… 🙂

 
Jeżeli chodzi o wodę, przez cały wyjazd kupiliśmy jedynie jedną butelkę wody.
Woda w kranie nadaje się bezpośrednio do picia, więc napełnialiśmy bidony do pełna na każdym campingu czy promie. A w trasie najzwyczajniej w świecie czerpaliśmy ją z górskich wodospadów i rzeczek.
Jeżeli po wyłowieniu bidonu ze strumyczka trochę nie podobał mi się jej kolor… wrzucałam po prostu musującą witaminkę i gotowe 🙂
Swoją drogą spakowanie kilku opakowań musujących multiwitaminek było dobrym ruchem. Po godzinach jazdy na rowerze czuliśmy, że zwykła woda nas nie nawadnia, a o kupieniu izotonika można było pomarzyć. Do tego przez cały wyjazd jedliśmy mało owoców i warzyw, więc taki „pyszny” napój był czasami zbawieniem, szczególnie przy wjeździe pod stromą górę.

Gdzie zostawić samochód? 

Ten problem martwił nas najbardziej przed wyjazdem. Zdecydowaliśmy się pojechać samochodem ( trochę taniej i poręczniej niż ładować wszystko do samolotu ), ale gdzie zostawić ten nieszczęsny samochód jak już dojechaliśmy?

W najczarniejszej wizji, wyobrażaliśmy sobie, że kogoś zaczyna niepokoić tajemniczy samochód stojący już drugi tydzień, a po odholowaniu nie będzie już nam się opłacało go wykupić…
Szukaliśmy informacji  na forach nic. Wzięliśmy nawet wódeczkę, żeby zachęcić jakiegoś norwega do przypilnowania… a okazało się, że nie ma z tym żadnego problemu. Miejsc było całkiem sporo. Wybraliśmy duży parking przy osiedlowym boisku. Wypytaliśmy przechodzących akurat „panów z pieskiem”, czy nasz samochód Na Pewno nie będzie nikomu przeszkadzał i czy aby nikt nie zechce zgłaszać go na policję. Patrząc na ich miny może i wyszliśmy na nieogarniętych turystów, ale odetchnęliśmy z ulgą.  W razie jakby ktoś zmienił zdanie zostawiliśy swój numer telefonu za szybą, a na wypadek naszej sklerozy zrobiliśmy zdjęcie ulicy na której porzuciliśmy samochód. Lepiej nie sprawdzać po dwóch tygodniach czy jest się zapominalskim czy nie 😉
 Ucałowaliśmy go i pojechaliśmy !

W końcu spełniamy snute zimowymi wieczorami  marzenie – jedziemy rowerem gdzieś w Norwegii :)!