Jak spać w lesie? – Lasy Janowskie z namiotem

Pierwszy ciepły marcowy weekend – szwendamy się po Lasach Janowskich w poszukiwaniu poroża jeleni. Poły namiotu otwarte, księżyc odbijający się od stawu oświetla nasze posłanie, zasypiamy a cały las budzi się do życia – ach te nieziemskie odgłosy :D!
Rogów  nie znaleźliśmy, jak się dowiedzieliśmy jelenie się tu nie zapuszczają…. – za dużo wilków ;)!
A jak wybrać idelany namiot do lasu?
Jeżeli tak jak my uwielbiacie zaszywać się gdzieś w głuszy – wybierzcie tarpa 😀
Do rozwieszania potrzebujemy tylko sznurka, śledzie, a gdy podłoże nam nie sprzyja parę drzew- a tych w lesie nie barkuje… 😉 Kosztuje grosze, waży tyle co nic, ochorni nas przed deszczem i wiatrem, a wtuleni w jagody, przez całą noc możemy podziwać las przez wiecznie uchylone „drzwi” ( no i  pewnie też być obserwowanym…. 😉 )? Wilków nie widzieliśmy, ale w nocy przeszło po nas chyba pół lasu, ale czego się nie robi żeby poczuć kontakt z naturą  🙂
Do tego zestawu weźmy jeszcze ciepły śpiwór ( Fjord Nansen TRONDELAND -9’C  , do kupienia tutaj KLIK ), karimatę i ostanio obowiązkowy niezbędnik – hamak 🙂

 

 

Stawy znależliśmy za wsią „Kochany”

 

 

 

 

 

 

 

 

Gdzie spać w Norwegii ? : Namiot czy domek kemingowy?

Zabierając namiot do Norwegii nawet nie braliśmy pod uwagę spania pod dachem.
Sama nie wiem dokładnie dlaczego, ale do głowy nam nie przyszło, żeby sprawdzić możliwości wynajęcia domku. Chyba po prostu, aż tak uwielbiamy spanie w naszym rozstawianym „drugim domu” 😉 Ale zakładaliśmy też, że na skandynawskie standardy raczej nie będzie nas stać.
Zresztą zawsze powtarzam, że prysznic i łóżko mam w domu, a na wakacjach chcę poczuć coś innego. Myć twarz w jeziorze, a zęby pod gwiazdami.
 Pewne (deszczowe) okoliczności przyrody sprawiły jednak, że zajeżdżając na camping zerknęliśmy spod ociekających wodą kasków na cennik domków…i o dziwo nas nie zmroził, a tylko ogrzał nasze mokre buty :)!

Namiot czy domek kempingowy przedstawię z perspektywy dwóch końców tego samego jeziora.

Namiot

Spanie w namiocie ma wiele oczywistych plusów – każdy skrawek tego kraju aż woła, żeby rozbić się właśnie Tutaj!. I najlepsze jest to, że naprawdę możemy rozbić się w każdym miejscu jakie nam się tylko zamarzy ( byleby nie pod czyimś domem).
Nawet jak w tym przypadku, gdy mieliśmy camping parę metrów dalej, chęć spędzenia wieczoru przy ognisku sam na sam z taflą jeziora, wygrała z koniecznością ciepłego prysznica 🙂

( Szczegóły o spaniu w namiocie na campingach do przeczytania tutaj  – Tanie spanie w Norwegii (KLIK)   )

Lista „najpiękniejszych miejsc na rozbicie namiotu” jest chyba niemożliwa do stworzenia. Oczywiście 1-wsze miejsce bezdyskusyjnie zajęłaby Noc na Preikestolen (KLIK) , ale spójrzcie sami na kolejny nocleg walczący o drugie miejsce…

Miejsce na nocleg odnalezione

„Nic nie może się równać z tym co widziało się na własne oczy”

To miejsce totalnie nas urzekło. 

Po słonecznym śniadaniu w kamiennej stołówce ruszyliśmy na północ – by ponownie przekonać się co oznacza ciągle krążące po mojej głowie zdanie – „Pogoda to klucz do Norwegii”.

Śniadanie – jezioro Tysdal

Dopiero co wyruszyliśmy pogoda zmieniła się z prażącego słońca ( oczywiście prażącego w skandynawskim bladym stylu..;) ), na bardziej znany nam tutejszy standard – deszcz!
Zapowiadało się niewinnie. Przez kilkanaście kilometrów nie chcieliśmy się poddać i dać się wyrolować lekkim opadom. Co większe ataki próbowaliśmy przeczekać w różnych kryjówkach – a to po skałami, a to pod drzewami. Zachęceni krótką przerwą w ulewie wyruszyliśmy znowu i…potem już nie było gdzie się schować. Deszcz coraz bardziej przybierał na sile. Przez kilka kilometrów jazdy nie widziałam przed nic oczami poza kroplami deszczu, które złośliwie wpełzały pod wodoodporny kaptur.
Uratowała nas otwarta szopa z traktorem.
Ukryci, przemoczeni do suchej nitki, ratowaliśmy się obiadem przyrządzonym na wodzie ze strumienia – w końcu na niepogodę najlepsze jest ciepłe jedzenie !

Co ciekawe szopa nie miała zamontowanych drzwi, cały sprzęt był dostępny na wierzchu, nie mówiąc już o tym, że w stacyjce traktora tkwił kluczyk…Na widok  gospodarza poderwałam się gotowa do ewakuacji, ale tylko pomachał z uśmiechem do dwójki mokrych rowerzystów ogrzewających się nad kubkiem zupki . Gdy z braku innych rozrywek przejedliśmy się do granic możliwości zapasem chińszczyzny, a deszcz wcale nie zamierzał zakończyć swojego popisu, postanowiliśmy wróć na camping po drugiej stronie tego samego jeziora.

 Domek kempingowy


Przebranie się w suche spodnie w szopie jednak było błędem – gnając w deszczu na camping przemoczyłam ostatnią suchą rzecz…
W recepcji spojrzeliśmy nieśmiało na cennik –
 300 NOK to niecałe 160zł za domek.

Cena za odrobinę luksusu z grzejnikiem, palnikiem, 4 (!) łóżkami, kompletem naczyń, wcale nie jest wygórowana nawet na polskie realia.
Okazuje się, że domki wcale nie są drogie, szczególnie jadąc grupą 4-osobową wydamy tyle co za namiot.
W tegoroczne wakacje zamierzamy bliżej zbadać sprawę domków. Oczywiście nie zrezygnujemy z namiotu, ale wynajmując domek w brzydką pogodę chyba nie nadszarpniemy naszej namiotowej reputacji 😉

Cena 300 NOK – ok. 160 zł za 4 osobowy domek

Jedyna szansa na wysuszenie – w domku nawet działa kaloryfer!
 Po małej traumie z niedoborem chleba  woziliśmy ze sobą 3-4 bochenki. Znicz w cenie domku…..

Zdjęcie zamazane od pary unoszącej się z naszych ubrań.
Tysdal Camping

W tym roku zamierzamy sprawdzić czy rzeczywiście nie ma problemu z wynajęciem domków bez rezerwacji i porównać ich ceny na północy.
W razie czego jesteśmy przygotowani – i tak zostaje nam niezawodny namiot :)!

https://www.facebook.com/plugins/like.php?href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2FLove-Krowe-nasze-podr%25C3%25B3%25C5%25BCe-668206906574432%2F%3Fref%3Dbookmarks&width=450&layout=standard&action=like&size=large&show_faces=true&share=true&height=80&appId

Norwegia, Preikestolen : Najlepsze miejsce na nocleg w Norwegii

Być może to jest to tajemnicze miejsce, w którym zaszywał się przed światem Włóczykij z Muminków?
Ja na jego miejscu przywędrowałabym właśnie tutaj.
Pulpit rock – kultowa półka skalna Preikestolen, wygrała w moim prywatnym rankingu na magiczne miejsca.
A skrawek na brzegu klifu ( o wysokości 604m – to prawie 3 Pałace Kultury! ), to zdecydowanie mój ulubiony metr kwadratowy Norwegii.
Pierwsze miejsce otrzymała oczywiście za widoki zamieniające nasze nogi w galarety, ale doszły też do tego inne emocje.
Radość, że po snutych zimą planach widzimy to miejsce na własne oczy, a nie tylko ludzikiem z Google maps.
 W lipcu z podróży po mapie przenieśliśmy się do samochodu i długo sunęliśmy w stronę Bergen. Stamtąd daliśmy się ponieść rowerom, aż na camping pod Preiekstolen, a potem naszym nogom na sam szczyt.
Widok pojawiał się powoli, jak delikatnie rozpakowywany, długo wyczekiwany prezent.
 Warto było.
Myślę przełamując nerwowy dreszczyk i spuszczając nogi nad przepaścią.
Przygotowania
 Wszystkie nasze przygotowania skupiły się wokół rowerów, a te typowo górskie były w zasadzie nijakie i spontaniczne…
Chociaż wejście nie było żadnym alpinistycznym wyczynem ( po drodze można było dyszeć ramię w ramię ze starszą panią, owczarkiem coli czy rodziną z małym dzieckiem ), to buty górskie są tu na pewno obowiązkowe.
 Chociaż nie mieliśmy pewności czy wyjdziemy w góry, to przez cała drogę woziliśmy na rowerach trapery. Całe szczęście, że w przypływie załamania pogodą sandały zostawiłam w samochodzie i zamieniłam na górskie buty ( które wtedy jeszcze przeklinałam ). Sandałem mogłabym co najwyżej ubić pomrowa, które atakowały nasz namiot po każdym deszczu ( czyli codziennie…)
Rozbicie namiotu na szczycie marzyło mi się od samego początku.
Pomysł rewelacja – gorzej z wykonaniem. Jak przenieść namiot, materace, śpiwory i jedzenie bez plecaka? (Plecak jakoś nie kwalifikował się do sprzętu rowerowego, a cudem zapakowany zająłby całą sakwę. )
Pojawiło się inne rozwiązanie.
Skoro nie możemy wpakować plecaka do sakwy, to sakwy staną się naszymi plecakami!
Bo zamontowaniu dwóch elastycznych linek z hakami, każdy wyruszył z nowym plecakiem, upychając pod niego poduszkę żeby mniej ocierał…Ale swoją misję wypełnił znakomicie 🙂

 

 

 
Camping
 
Na campingu pod Preiekstolen spędziliśmy dwie noce czekając na rozwianie chmur. Trzeciego dnia mimo, że niebo pozostawiało jeszcze wiele do życzenia postanowiliśmy zaryzykować. W końcu urlop nie jest z gumy, a w razie czego wyobrazimy sobie co znajduje się pod chmurami 😉
Sam camping okazał się najlepiej wyposażony z dotychczasowych, ale też najdroższy. To duże pole namiotowe z małym jeziorkiem, po którym można popływać kajakiem ( jeżeli wozicie go ze sobą, my na rowery nie zapakowaliśmy…), ciepła woda bez ograniczeń ( szaleństwo! ), wi-fi i restauracjo-sklepik gdzie można kupić nawet wino ! ( tak, trzeba doceniać takie miejsca w Norwegii 🙂 ).
Z campingu codziennie kursują busy pod punkt wyjściowy na Preiekstolen ( ok. 35 zł od osoby )
Zapakowaliśmy najważniejsze rzeczy do sawko-plecaka, rowery z resztą dobytku spięliśmy razem i zostawiliśmy samotnie na campingu ( powoli przyzwyczajamy się, że tu raczej nic nie ginie bez przyczyny ).
Wszystko gotowe – no to wskakujemy do busa !

 

Preiekstolen – podejście
 Preiekstolen jest najbardziej rozpoznawalną atrakcją w Norwegii ( zaraz obok Trolltungi ) i jak można się było spodziewać – dosłownie każdy chciał się na niej znaleźć. Ludzie pędzili tam jak po odbiór cennej nagrody i to jedyny, chociaż męczący minus tego typu atrakcji. Pozostawało skupić się na celu i cierpliwie ruszyć gęsiego pod górę.
Na  szczęście czas nas nie ograniczał – a nawet nam sprzyjał i niedługo mieliśmy mieć górę prawie tylko dla siebie 🙂
Podejście nie jest bardzo wyczerpujące i myślę, że naprawdę każdy byłby w stanie wejść. Pniemy się łagodnie pod górę, według przewodnika 3-4 godziny, ale moim zadaniem głównie ze względu na tłumy. Nam udało się wejść po ok. 2 godzinach, ale wybraliśmy porę „na spanie w namiocie”  i większość ludzi już zaczynała schodzić ( aż się boję myśleć co było rano ).

 

 Nareszcie stawiamy pierwsze kroki na półce skalnej.
 Parę godzin wcześniej musielibyśmy pogodzić się z tym, że patrząc w dół widzimy tylko otchłań pełną mętnej zupy… Leniwe chmury, które leżakowały tak cały dzień, postanowiły jednak wynagrodzić nam cały trud i odleciały zasłaniać widoczność innym turystom.
Bramy odsłonięte – przed nami jeden z najpiękniejszych fiordów – Lysefiord.
Ale dopiero patrząc pionowo w dół widać jego przerażające piękno.

 

Rozbijamy namiot

 Lysefjord zaczyna się mienić w zachodzącym słońcu. Stoimy na skalnym kawałku o kształcie idealnego kwadratu – 25 na 25 metrów, czas wybrać jeden z nich na rozbicie namiotu. 
Podczas gdy wszyscy latają po skale pozując do zdjęć, my mamy dużo czasu. Spokojnie zbieramy kamienie potrzebne do obciążenia namiotu, dmuchamy materace i powoli zadomawiamy się w naszym podniebnym lokum. Nie wierzyłam, że 5 Japończyków może przez 40 minut wymyślić tyle póz do zdjęcia, ale w końcu skała jest nasza 🙂
Czekaliśmy aż wszyscy pójdą, żeby rozkoszować się tym widokiem w spokoju, ale też dlatego, że przy skałach zauważyłam porzuconą Bardzo Ciepłą czapkę…. a moja zmarznięta głowa Bardzo chciała ją przymierzyć (  w takim momentach zasady higieniczne schodzą na dalszy plan 😉 ).

 

Opatulamy się śpiworem (  czapka jest już moja! ), otwieramy wino i kotleciki rybne – rozkoszujemy się naszym wieczorem w restauracji marzeń.
 Była to wisienka na torcie naszego wyjazdu.
Teraz siedzieć i patrzeć się przed siebie bez końca.

 

Nasz na miot ukrywa się za tym głazem po lewej

 

 

 

 

 

 

 

Czapka już na głowie

 

Pierwsze i jedyne wino jakie udało nam się kupić w Norwegii

 

 Czy było wygodnie?

 

Nie pamiętam 😉 Ale byłam taka podekscytowana, że zasnęłabym nawet w samym śpiworze wpatrując się w wody Lysefjordu. Z zimnem rozprawiliśmy odpalając od czasu do czasu butlę w namiocie i  nie zdejmując kurtek, ale za to czy można wymarzyć sobie lepsze miejsce na kawę o poranku ?
Mój „camping” Nr 1 🙂

 

Taka kawa dopiero obudza!

 

 

 

Śniadanie

 

 

 

 

 

Wiecie, że namiot „przybijaliśmy” wrzucając kamienie do środka zamiast śledzi.
Wydawałoby się, że ciężko jest je przeoczyć przy składaniu namiotu.
Najwidoczniej nie jest to niemożliwe!
Po przejechaniu kolejnych kilometrów i rozbijaniu się w następnym miejscu słyszę:
” Czy Ty mnie nienawidzisz ?! ” – mówi A. wyjmując 2 kilogramowe kamienie ze swojego worka…
🙂

 

 

Okolice Bergen: Tanie spanie i campingi w Norwegii

Po kilku deszczowych dniach, które pochłonęły każdy suchy skrawek mojego ubrania, w końcu słońce uśmiechnęło się i do nas.
Nareszcie – przecież mamy wakacje :)!
Po krótkim zwiedzaniu miasta udaliśmy w kierunku Straume, na półwysep na zachód od Bergen. Potrzebowaliśmy wolnego i co najważniejsze słonecznego popołudnia na Wielkie Suszenie. Z uśmiechem przekopałam się przez kłębek podśmierdujących już wilgocią ubrań i wskoczyłam w krótkie spodenki.  
Świat wydaje się o wiele piękniejszy kiedy masz sucho w butach!
 Podziwiamy Morze Północne i staramy się z nim dogadać, żeby podsunęło na naszą wędkę jakąś rybę. Póki co chętnych brak, zadowalamy się więc towarzystwem owiec. Zastanawia mnie tylko czy ich futro kiedykolwiek wysycha w tym klimacie? Nam nie jest tak prosto doprowadzić do porządku całą garderobę. O zachodzie słońca ( ok godziny 23-24! ) po ugrillowaniu kiełbasek zajmujemy się suszeniem skarpet w trybie przyspieszonym. Roztacza się aromat jak z kiepskiej wędzarni, ale ostatnia butelka Kadarki załatwia sprawę swoim wykwintnym bukietem. Część skarpet po przepaleniu pięty lub palucha poszła na stracenie, ale przyrumienionym na ogniu majtkom dajemy jeszcze szansę. Kolory wyglądają podejrzanie… ale kto tam się będzie przyglądał, najważniejsze, że nareszcie jest ciepło i sucho. 
A to istotne, bo następnego dnia czeka nas przeprowadzka na rower !  
A jak wyglądają campingi w Norwegii?
Ławeczka przed namiotem
Campingi
 Norwegia to raj dla podróżników. Tak gęstej sieci campingów nie widziałam, jeszcze w żadnym kraju. Znajdziemy je zarówno w dużych miastach jak np. Bergen, jak i na kompletnych odludziach. Miłośnicy Bed&Breacfast będą musieli się trochę natrudzić, żeby znaleźć hotel pośrodku niczego. Natomiast jeżeli kochacie budzić się z widokiem na fiord, jezioro lub morze jest to kraj dla was. Takich miejsc na namiot nie brakuje. A jeżeli campingu akurat nie znajdziemy, albo najzwyczajniej w świecie nie chcemy go znaleźć, bo podoba nam się przy tej skale i tyle, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby rozbić się na dziko. Norwegowie wręcz zachęcają turystów żeby w ten sposób korzystali z uroków ich kraju. Możemy spać, rozpalać ognisko i łowić ryby gdzie tylko chcemy bez żadnego pozwolenia ( oczywiście należy zachować kulturalny odstęp od czyjegoś domu ).
Pola namiotowe o dziwo są dosyć tanie. A może raczej porównywalne jak w Polsce ( czyli na ich zarobki groszowe sprawy ). Za najtańszy nocleg: 2 osoby + namiot, zapłaciliśmy 20 złotych (!), za najdroższy 120 zł. Na niektórych campingach trzeba dodatkowo płacić za ciepłą wodę – ok 5zł (10 NOK), za 5 min komfortu. Wrzucamy monetę do automatu pod prysznicem i zaczyna się odliczanie. Dobrze gdy wyświetlacz pokazuje ostatnie sekundy do końca, można wtedy zdecydować na którą zmarzniętą część ciała przeznaczyć ostatnie ciepłe chwile.
Z racji tego, że kraj nie jest zbyt łaskawy temperaturowo i pewnego dnia zamarzy nam się przytulny kącik, możemy wynająć domek. Cena takiej przyjemności to ok 180 zł (400 NOK ) za domek 4-osobowy z aneksem kuchennym. 
Mamy naprawdę duży wybór i to przy dość niskich kosztach. Możemy zacząć od bezpłatnego spania na łonie natury, a gdy poczujemy, że zbliża się czas na prysznic zacznijmy rozglądać się za campingiem lub domkiem.
  
Uwaga, nie każdy camping ma swój sklepik i restaurację. Jest to raczej miejsce gdzie możemy się przespać i przy okazji wykąpać. Warto mieć zapas jedzenia zawsze ze sobą.
Do szukania campingów używaliśmy aplikacji NorCamp. Nie mieliśmy cały czas dostępu do internetu, więc mapkę wczytaliśmy już w Polsce i nawet bez dostępu do Wi-Fi mogliśmy zlokalizować następny nocleg.
Przydatna aplikacja – NorCamp
Wielkie Suszenie
Grill Party – raz kiełbaska, raz skarpeta
Jeżeli chcemy poznać prawdziwą Norwegię, i jeszcze przed łykiem pierwszej kawy zbierać maliny wokół namiotu, albo myć zęby z widokiem na fiord wybierzmy spanie pod namiotem. Jest to dużo tańszy sposób, a wiele cenniejszy w doznania.
 Co ciekawe, specjalnie się nie starając nie trafił nam się żaden camping z brzydkim widokiem.
W Norwegii to chyba niemożliwe :).

Rower: Odda – powiało lodem

Wiedziałam, że w Norwegii jest trochę chłodniej, ale przeżyłam mały szok trafiając z 30-stopniowego upału prosto w lodowate góry. Błękitne kry pływające w jeziorach i góry śniegu pasują bardziej do pocztówki z ferii zimowych niż samego środka wakacji.
Po nocy na promie i kolejnym dniu jazdy marzymy już o rozbiciu namiotu, ale po tym co widzimy ta przytulna perspektywa trochę się oddala… Herbatka musi poczekać. Zagryzamy zmęczenie kabanosem i kierujemy się na Oddę przez kręte serpentyny Parku Narodowego Hardanger. Takie uroki krętych dróżek – po mapie w ogóle nie widać żebyśmy zmieniali położenie. Termometr wskazuje 5 stopni, czuję przeszywający lód w powietrzu i pierwszy raz w lecie włączyłam podgrzewanie siedzeń z własnej woli ( bo wcześniej pewien troll robił to ze złośliwości… 😉 ). 
Ale nie wszystko stracone – mamy jeszcze czas. Jest środek lipca co oznacza, że tutaj prawie nie robi się ciemno. Może nie były to typowe białe noce, ale przez pierwszy tydzień ani razu nie wyciągnęliśmy latarki. Po północy nastawał zmierzch,  który potem łagodnie przechodził w poranek. Zdjęcia w górach robiliśmy ok 22.30 i przez chmury widać jeszcze zachodzące słońce.
22-23 w oddali zachodzące słońce.

W końcu udało się wyjechać z gór o dobrym czasie – jest równo północ. Czuję się jakbym była w innym świecie. Mieszanki dobrego trillera i bajki pełnej magii ( nic dziwnego, że w Skandynawii powstaje tyle mrocznych kryminałów ). W dolince widać światła nielicznym domów, powoli przebijamy się przez chmury i już jesteśmy na dole w krainie fiordów. Po czym dostajemy jak z wiadra obuchem wody z olbrzymiego wodospadu! Już zapominamy o śnie i nie możemy się napatrzeć. Chwilę później rozbijamy się na campingu w Oddzie. Mimo, że od wody ciągnie niemiłosiernym chłodem zamiast piżamki zakładam moją najskuteczniejszą broń – kurtkę puchową, byleby tylko obudzić nad samą wodą.
 
 
Północ – zaraz się rozbijamy
Tak długo wyczekiwany poranek w Norwegii
Otworzyłam namiot z widokiem na ośnieżone szczyty i wpadło rześkie górskie powietrze, które postawiło nas na nogi. Słońce powoli wstaje, my też. Już nie czuliśmy zmęczenia i w końcu byliśmy tu gdzie chcieliśmy.
I chociaż cały czas czuć lód w powietrzu ( camping znajduje się przy samym lodowcu w PN Folgefonna ) ale nadchodzi ładny dzień. Żeby się trochę rozgrzać, na śniadanie koniecznie coś ciepłego – wylosuję jakiś specjał z zapasu spaghetti.
 
 
„Kochanie śniadanie !”
Widok z namiotu
 
Postanowiliśmy spędzić ten dzień spokojnie zwiedzając okolicę. Wyciągnęliśmy rowery i zrobiliśmy małą rundkę krajoznawczą ok 25km.
 Cel – Kraina Wodospadów, która umyła nasz samochód w nocy. Już z samego campingu widać było ich mnóstwo.
 
Wodospad Hardanger
Wodospad zrobił ogromne wrażenie i już po chwili byliśmy cali mokrzy.
Ale jak to już bywa, dla nas największą atrakcją była stara, skórzana kanapa na której powylegiwaliśmy się za wszystkie trudy podróży jedząc czekoladę i zbierając poziomki.
Jeden z wielu innych wodospadów
Sama Odda jest spokojnym miasteczkiem nad fiordem pomiędzy górami.
 
Wracamy pod namiot na kolację. I chociaż jeszcze świeci słońce zaraz zaczniemy rozgrzewać się (a może raczej tylko mnie.. ) przy ognisku.
 
Większość ludzi przyjeżdża do Oddy w celu wdrapania się na Trolltungę – czyli skalisty język Trolla wystający nad fiord, albo wybiera się na lodowiec. My po dniu odpoczynku też mieliśmy w planach taką wycieczkę.
Plecak spakowałam, do snu ubrałam się w 5 solidnych warstw: 2 cienkie, 2 polary i kurtkę puchową, a w nocy obudziłam się jeszcze żeby sięgnąć po czapkę.
 I kiedy pomyślałam, że ok – jestem w stanie przyzwyczaić się do niskiej temperatury – zaczęło padać …;)

Norwegia rowerem – wstęp

Wróciliśmy chyba z największej przygody w naszym życiu.
Do Norwegii dotarliśmy samochodem, który porzuciliśmy w okolicach Bergen.
Przepakowaliśmy dobytek w sakwy i ruszyliśmy na dwóch kółkach w stronę Stavanger.
Pod Preikestolen opuściliśmy nasze rowery, sakwy przerobiliśmy na plecaki i ruszyliśmy w góry spędzić noc na półce skalnej.
Po noclegu na najpiękniejszym „campingu” w życiu, oczarowani widokami odzyskaliśmy rowery i ruszyliśmy z powrotem odnaleźć samochód 🙂
W ciągu 3 tygodni
samochodem pokonaliśmy 4400km,
rowerem ok 400km,
dodatkowo promami  600km,
do tego przez nieprzejezdne dla rowerów tunele przeprawialiśmy się autobusami, a nawet stopem 😉
Bilans kilometrowy jest więc ciężki do przeliczenia (tym bardziej, że licznik nawalił ) 🙂
Trasa  2 – tygodniowa.  Ok 400km rowerem – ale moim zdaniem te pod górę powinny liczyć się podwójnie 🙂
Norwegia zupełnie mnie zauroczyła. Było jak w bajce, chociaż niekoniecznie tej dla księżniczek 😉
Z 30 stopniowych upałów przenieśliśmy się do tajemniczej krainy, a temperatury zaczęły oscylować wokół kilku stopni powyżej zera…. Zjeżdżając z gór poprzecinanych fiordami znaleźliśmy się gdzieś pomiędzy wioską Hobbita a Doliną Muminków ( teraz rozumiem strach przed Buką 🙂 )
Kraina trochę mroczna i tajemnicza przepełniona magią. Jadąc przez góry w półmroku nie dziwię się, że ludzie wierzyli w małe zgryźliwe trolle, które nie mają nic wspólnego z naszymi sympatycznymi krasnalami. Złośliwości na krętych, wąskich dróżkach to ich specjalność.

Droga zarówno samochodem jak i rowerem była dość ciężka i w trudnych warunkach, ale w życiu nie byłam w piękniejszym kraju. Opłacało się wykonać pewien wysiłek i pokonać zdarzające się kryzysy. Bo chyba tylko do Bilbo Bagginsa przygoda sama puka do drzwi, warto było postanowić, że ruszamy w drogę nie planując prawie nic.
I dobrze – bo tak naprawdę i tak nie dało się nic zaplanować :)!
Ze względu na nieprzewidywalną pogodę, Norwegia rządzi się swoimi prawami i odwlekała naszą przesiadkę na rowery przez kilka dni.
Mieliśmy ruszyć rowerami na północ, a pojechaliśmy na południe. 
Chcieliśmy wejść na Trollungę, a rozbiliśmy namiot na półce skalnej Preikestolen.
Nie wiedzieliśmy ile kilometrów zrobimy, jaki teren nas czeka i gdzie będziemy spać.
I to było cudowne 🙂
Spędziliśmy na rowerze 2 pełne wrażeń tygodnie.
W porównaniu z ubiegłoroczną wyprawą Świnoujście – Hel  Norwegia była dużo większym wyzwaniem.
Nie wystarczyło już przejechać prostą, sprawdzoną drogą wzdłuż wybrzeża, a kombinować jak ominąć nieprzejezdne tunele, nie wkopać się z najwyższe góry (co nie zawsze się udawało ), jak uciec przed deszczem ( to już zadanie niewykonalne ;)! ) i ile jedzenia załadować do sakw, bo zdarzało się nie trafić na sklep przez kilka dni.
Nie spodziewałam się aż tak niskich temperatur, nie wiedziałam, że chmury mogą mieć takie pokłady deszczu i poznałam co znaczą prawdziwe podjazdy „nogo-bolce”  🙂
 Ale nie wyobrażam sobie teraz piękniejszego miejsca na wakacje, a nawet do życia… 🙂
Ale nie chcę wyprzedzać faktów i opisywać wszystkiego po łebkach.
Będzie jeszcze o pogodzie, drogach, cenach i przyrodzie.
Zacznę więc od początku…. 🙂
Dzień przed – przygotowania
Trochę dla żartu spakowałam czapkę z reniferem i była to moja najlepsza decyzja. Uratowała nie jeden wieczór 🙂
Moim najsmakowitszym obowiązkiem było zapewnienie zapasów słodyczy na rower. Czułam się jak po wizycie Mikołaja prosto z Laponii. Nie przewidziałam, że wszystkie ulubione „Góralki” znikną jeszcze przed przepakowaniem się na rower, zjedzone w czasie pogodowego kryzysu…
Mamy kupiony tylko bilet na prom w jedną stronę: Świnoujście – Ystad. Reszta wyjdzie po drodze.
 A nogi jeszcze nie wiedzą, że po raz ostatni raz cieszą letnimi sandałakami… 😉
W oddali kultowy wiatrak w Świnoujściu
Z promu widzimy wiatrak, spod którego rozpoczynaliśmy wyprawę równo rok temu.
Tym razem zamiast na wschód ruszamy na północ i ciut dalej.
Szwecja ciągnęła się jak jedna wielka, złota wieś. Przywitała nas słonecznymi polami, które powoli zamieniały się w lasy, aż zupełnie przeszły w spowite mgłą norweskie góry.
A po drodze niespodzianka :)!
Nie tylko ja jestem krowiaście zakręcona. Po drodze minęliśmy najprawdziwszą krowią przyczepę.
To chyba znak, żeby powoli zacząć myśleć o większym środku transportu, by ruszyć dalej na północ w jeszcze chłodniejsze rejony 😉
 
W Norwegii daleko za sobą zostawiamy szalejące upały i na chwilę trafiamy do krainy śniegu…
Tego się nie spodziewałam 😉
Ale o tym niedługo.
Szukając miejsca na namiot 🙂

Rowerem wzdłuż Bałtyku – Dzika plaża w Polsce

Podczas naszej rowerowej wyprawy chcieliśmy odnaleźć najpiękniejsze polskie plaże. Jedną odkryliśmy zupełnie przypadkiem na trasie Pogorzelica – Mrzeżyno. Zupełne pustkowie, biały piasek ….raj (zdjęcia w poprzednim poście 🙂 ).
 Marzyły nam się też zupełnie dzikie plaże. Z dala od ludzi, budek z jedzeniem, nawet sklepów. Tylko my, rowery i nasz namiocik sam na sam z plażą i morzem.

Zastanawialiśmy się czy są jeszcze takie miejsca. Jak mówi piosenka „Już nie ma w Polsce dzikich plaż…”. Postanowiliśmy to sprawdzić :)!
Jeszcze przed wyjazdem Arek zalazł na google.maps plażę na Mierzei przy Dąbkowicach, wzdłuż której nie ma żadnej ścieżki.  Ten tajemniczy kawałek ciągnie się przez 3km pomiędzy dwiema małymi miejscowościami. Z jednej strony morze a za wydmami bagna i las. Według danych z Wikipedii Dąbkowice mają zarejestrowanych tylko 4 stałych mieszkańców!  
Zapragnęliśmy zamieszkać tam przez chwilę i pobyć z dala od cywilizacji. Szczególnie, że nie wiadomo jak długo utrzymają się takie odludne  miejsca.

Tym bardziej, że ilość ludzi  Kołobrzegu trochę nas zmęczyła. Wiadomo każdy ma inną formę spędzania wolnego czasu, my jednak wolimy małe mieścinki. Co prawda nie wyszalejemy się na imprezach, ale rozłożymy ręcznik na plaży nie tam gdzie jest miejsce, a tam gdzie chcemy 😉
Co do Kołobrzegu okazało się, że każdy znajdzie coś dla siebie. W centrum plaże są bardzo zatłoczone ale jadąc rowerkiem dosłownie 5min za miasto, ludzi jest niewiele i uwydatnia się piękna przyroda. Po jednej stronie ścieżki morze a po drugiej jeziorka z kaczkami i łabędziami 🙂
Nie wiadomo w którą stronę robić zdjęcia 🙂


Wyjazd z Kołobrzegu – jak ładnie

Na prawo….



…na lewo

Już troszkę dalej

Zaraz Sianożęty

 Między noclegiem w Kołobrzegu a naszym upragnionym celem mieliśmy jeszcze jeden przypadkowy nocleg w Pleśni. Przypadkowy, bo wyjeżdżając z Ustronia Morskiego zobaczyliśmy znak „Camping – 2km”, a że byliśmy już 3dzień w jeździe, a przed nami była kusząca rzeczka, która wpadała do morza stwierdziliśmy, że idziemy się opalać.

Jak to dobrze nic nie planować 🙂
To był dobry wybór 🙂 Kolejne ustronne miejsce właśnie kilka km od Ustronia 🙂
Raj dla dzieci i nie tylko;),  bo w rzeczce można się kąpać. Do tego wydmy….
Zwiedzania świata z rowerowego siodełka zaczęliśmy od Polski i z każdym dniem widzimy, że to był świetny pomysł 🙂

Znajdźcie mistrza drugiego planu 🙂

W Polsce też może być egzotycznie

Z Pleśni ruszamy na „naszą” plażę 🙂
W Łazach w tajemniczych okolicznościach znika R10, która miała być wzdłuż wybrzeża.
 Google proponuje do Dąbkowic 26km naokoło.
 Miejscowi proponują kombinować przez las i bagna, bo jest jakaś ścieżka ale nie wiedzą czy prowadzi na plażę.
Kolejna opcja 3km plażą…
Nasze tajemnicze miejsce jest na plaży tuż przed samymi Dąbkowicami. Chyba nie warto jechać na około …;)?
Inni rowerzyści, którzy też mają taki dylemat powoli rezygnują i jadą naokoło.
Wybieramy las.
Co prawda jest zakaz wstępu. Inni rowerzyści wyjeżdżają z niego mówiąc, że się nie da – same bagna. 
Próbujemy! W końcu jakaś ścieżka jest. Las jest bardzo gęsty i rzeczywiście dziki. 
Po ok 6km sprawdzamy na GPS-e, że od plaży coraz bardziej oddziela nas bagno i zawracamy.
Tajemnicza ścieżka
Nie chcemy się poddać i jechać na około, idziemy plażą, będzie przygoda ;)!
Te 3km plażą zrobiliśmy w co najmniej 2 godziny…
Może nie była to najmądrzejsza decyzja 😉 i już wiemy dlaczego większość pojechała główną drogą. Ale co do jednego się nie pomyliliśmy – wrażenia były:)
Może nie byłaby to wielka przeprawa ze zwykłym rowerem, ale nasze mało nie ważyły. Do tego zrobiliśmy zakupy na wieczór i śniadanie.  Zapadając się w piach nie wspominałam o nadprogramowym soczku, który kupiłam 😉
Próbowaliśmy mokrym piachem nad wodą – zapadamy się,
targamy jeszcze raz przez suchy piach i próbujemy ścieżką na wydmach – kończy się…
Do tego nie mam już siły żeby wyciągnąć rower z wydm i wrócić na mokrą ścieżkę.
Do wyciągania przydaje się bagażnik z przodu za który można ciągnąc.
Mozolnie idziemy, pocieszam się, że to tylko 2-3km muszą się kiedyś skończyć 😉
Ale nasza lokalizacja na GPS-e wcale się nie zmienia…. ;>
Próbuję szybkiego sprintu – rower mniej się zapada, ale po 3-4 wymiękam i raz ciągnę za siodełko raz pcham za kierownice. Czujemy barki, ręce, nogi 😉
Kolejna przeszkoda – parę falochronów przez które Arek musi przenieść rower.
Cóż za tor przeszkód 🙂
Ale udało się :)!
Gdy kolejnym razem urywa się droga wybieramy już szosę. Ale tej pełnej wrażeń trasy nie zamieniłabym na inną 🙂
Było ciężko, ale gdy rozbijaliśmy namiot sami na plaży zapomnieliśmy już o wysiłku i była tylko radość 🙂
Trochę się zapadam – chwila odpoczynku

Już 20.30 trzeba jechać – a raczej się toczyć
Po śladach Arka

I dotarliśmy.
Tak jak chcieliśmy ok. pół kilometra przed Dąbkowicami.
W osadzie jest jakiś camping i w oddali widzimy blask ogniska na plaży.
Rozbijamy się, powoli zachodzi słońce.
Rowerów nawet nie przypinamy tylko łączymy je razem – złodziej chyba by padł i porzucił rowery kilka metrów dalej ;).
Piejemy przytargane winko i lokujemy w naszym nowym domku.
W nocy mnóstwo gwiazd i szum morza.

Nasz nowy domek
Dobranoc :)!
W naszym nowym domu żyjemy sobie spokojnie 🙂
Czasami ktoś przebiegnie, czasami przejdzie jakiś zmęczony rowerzysta z sakwami.
Rano kawa na falochronie,
cały dzień plażujemy,
gotujmy spaghetti, gramy w karty,
czekamy aż upał trochę minie i rozpalamy Dźwigniogrilla.
Tak to wygląda rano



Arek wyruszył na „małe” zakupy. Jest i wino 🙂
A ja zostałam z łabędziem
Dzika „pliaż”
Dźwgniogrill już przedstawiłam.
Kratka do grillowania ryb wisząca na drewnie z wydm.
Drewnianą dźwignią regulujemy odległość rusztu nad ogniem 🙂

Nasze obozowisko w całości