Leśna ziemianka

Mamy ziemiankę!
 Takie są skutki przeprowadzki do bloku 😉
Być może biokominek w mieszkaniu nie wystarczał i zabrakło tej cząstki lasu w codziennym życiu, a zima przecież coraz bliżej…
Lokalizacji nie zdradzę, bo projekt jest tajny. Ale potrzeba naprawdę niewiele. Kawałek lasu ( tu akurat prywatny ) i minimalne koszty. Ale przede wszystkim czterech mocnych facetów, z tak bardzo dziwnymi pomysłami jak i zapałem. Kilka przerzuconych ton ziemi, paca na kilka zmian, czasami w deszczu i w nocy  – i tak powstała nasza wspólna ziemianka. Może to początek leśnej osady…;)?.
Kupiony był jedynie komin i parę szczegółów. Ze stosika niepotrzebnego drewna niedługo powstaną ławki z prawdziwego zdarzenia. Pojawiła się też kultowa koza, która rozgrzewa wnętrze do nieprzyzwoitych 26 stopni! Tu naprawdę jest gorąco. I tak parę metrów pod ziemią przy dyskotekowej kuli zaczynają się najlepsze imprezy 😀
Zapraszam po stopniach w dół do naszej podziemnej kwatery 🙂
Woda na kawę i  „grzanka” prosto z kozy

 

 

 

Śniadanie

 

 

Wyjdźmy teraz na zewnątrz

 

 

Okienko ( bo oknem bym tego raczej nie nazwała )
Wojskowa fasolka

 

 

 

Świętujemy otwarcie ziemianki

https://www.facebook.com/plugins/like.php?href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2FLove-Krowe-nasze-podr%25C3%25B3%25C5%25BCe-668206906574432%2F%3Fref%3Dbookmarks&width=450&layout=standard&action=like&size=large&show_faces=true&share=true&height=80&appId

HIT ! Restauracja na giełdzie staroci! Gdzie zjeść w Sandomierzu ?

To był dla mnie absolutny HIT!
W tak osobliwej „restauracji” nie byłam już dawno, a nawet nie wiem czy można nazwać to miejsce knajpą 😉
Modne ostatnio, stylizowane na stare food trucki są ok, ale często brakuje mi w nich tego prawdziwego klimatu. Za to to unikatowe miejsce znaleźliśmy zupełnie przez przypadek.
 Z samego rana ruszyliśmy na giełdę w Sandomierzu szukać skarbów. Może akurat znajdziemy coś do mieszkania? Przy rytmie disco – polo puszczanego z wątpliwej jakości sprzętu i światłach z kolorofonu, przedzieraliśmy się przez kilogramy warzyw, góry krzeseł, bibelotów, sprzętu wojskowego i żywych królików. W tym całym rozgardiaszu udało nam się upolować całkiem niezłą i tanią kołdrę ( uprzedzam pytanie – oczywiście nieużywaną;)! ).
Zza straganów zaczął unosić się gesty dym. Czy to kolejna bajerancka zadymiarka? Nie, to absolutnie boski zapach szaszłyków o poranku. Autobus, który skojarzył nam się z pamiętnymi wakacjami na Krymie skradł nasze serce. Objuczeni w kołdrę i płyny do prania szybko zajęliśmy dogodne miejsce – zaraz za przyciskiem „STOP”. Szaszłyki, kiełbaski, flaczki i kawa w papierowym kubku  – musimy tam wrócić :D! 

A sama giełda to uczta dla oka i fantazji :)!

Pozostając w tak unikatowym klimacie, w porze obiadowej stołowaliśmy się  w prawdziwym barze mlecznym w Tarnobrzegu.
Uwielbiam miejsca, w których czas się zatrzymał.

https://www.facebook.com/plugins/like.php?href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2FLove-Krowe-nasze-podr%25C3%25B3%25C5%25BCe-668206906574432%2F%3Fref%3Dbookmarks&width=450&layout=standard&action=like&size=large&show_faces=true&share=true&height=80&appId

Morskie Oko zimą – W poszukiwaniu śniegu

Plan na Sylwestra był prosty- ruszamy na poszukiwanie śniegu i ratujemy nasze brzuchy po świątecznym obżarstwie. 
W tym roku zamiast szukać lokalu na imprezę i silić się na balowe kreacje, zakładamy „szykowne” świąteczne swetry i próbujemy dotrwać do 12… 🙂
Ale żeby doprowadzić się do takiego stanu, najpierw trzeba zmęczyć się na świeżym powietrzu i porządnie wymrozić. W końcu jest szansa, żeby wstać od stołu i w sylwestrowy poranek ruszamy nad Morskie Oko. Zaprawionymi wspinaczami nie jesteśmy, więc nawet tak oklepana trasa jak: Łysa Polana – Morskie Oko w zupełności nam wystarczy. Przejście 15 km po długim lenistwie i tak sprawia, że mimo temperatur w okolicach -14 stopni z co niektórych paruje jak z konia! 
Dużo śniegu nie odnalazłam, ale za to trafiłam do lodowej krainy. Odświeżający mróz, szadź i zupełnie zamarznięta tafla Morskiego Oka wyczarowały bajkowy klimat.
( Co do bezpieczeństwa przejścia przez sam środek stawu nie byliśmy pewni. 3 dni wcześniej tafla zaczęła pękać odsłaniając wodę, więc przy dziesiątkach skaczących po lodzie turystów zadowoliliśmy się ślizganiem przy brzegu ).
Jak dobrze jest wreszcie poczuć pierwszy głód po Świętach. Siadamy na kamieniach nad brzegiem stawu  i zmarzniętymi rękami wygrzebuję z plecaka resztki kiełbasy. Zagryzana chlebem chrupiącym od mrozu smakuje o niebo lepiej niż na świątecznym stole. Już prawie nie czujemy rąk, więc ruszamy ogrzać się w schronisku przy herbacie z sokiem i obowiązkową szarlotką. 
Miejsce przy drewnianym stole upolowane, herbata i ciepło schroniska błogo rozgrzewa. Siadamy przy oknie z widokiem na góry – mimo, że nie ma puszystego śniegu to odnalazłam swój zimowy klimat 🙂
❄ ❄ ❄

W drodze nad Morskie Oko

Nowy Rok zaskoczył nas w przytulnych swetrach, a kolejne dni słoneczną pogodą na następne mroźne spacery. A po wędrówkach, zrzucamy kryształki lodu z włosów dostając przyjemnych wypieków od kąpieli w termach i grzańca pitego pod kocem.
Ze śniegiem czy bez,  góry nigdy nie zawiodą mnie atmosferą.

Sylwester 2015

Dolina Kościeliska

Schronisko Ornak

W drodze do schroniska
Omijanie Zakopianki takie piękne! – Jezioro Rożnowskie
Bukowina Tatrzańska

Norwegia rowerem: Kierunek Stavanger

 To już ostatni odcinek przed kulminacyjnym punktem naszego wyjazdu – kultowej skały Preikestolen.
Dzieli nas od niego niecałe 100km, które pokonamy nadzwyczaj szybko. Pomoże nam w tym płaski teren, promy, a nawet autobus ( siła wyższa – tunele! ).
Nasza trasa wiedzie przez piękne okolice. Mogłabym leżeć na łące godzinami, ale nie mogę się doczekać widoku ze skały – i to napędza mnie do gnania przed siebie – w końcu pogoda może się zmienić lada dzień i nie zobaczymy nic oprócz gęstej śmietany. 
Tego dnia tuż przed wejściem do namiotu znalazłam czterolistną koniczynkę – to będzie szczęśliwy dzień ! 
Zapakowana na rower zdziałała cuda.
W ciągu najbliższych 24 godzin działo się dużo, szybko i przede wszystkim na pozytywnych obrotach.
Tak naprawdę kolejna tura dobrej passy zaczęła się już podczas rozbijania namiotu.
Pogoda zaczynała się psuć, a wieczorne chmury zafundowały nam na kolację chłodny kapuśniaczek… W pojawiającej się mgle zauważyliśmy Norwega sunącego w naszą stronę.
Rozbiliśmy się na wylocie jego domku letniskowego, a przyzwyczajeni do naszych krajowych obyczajów, raczej spodziewaliśmy się nagłego przypływu miłości do głośnej muzyki, mającej na celu odstraszenia nieproszonych gości…( walka na style i siłę głośników nie raz wprowadzała nasze bębenki w disco-polowe wibracje…  ).
Zamiast tego zostaliśmy obdarowani herbatką powitalną – bo pada i musi być nam zimno – a także zaproszeniem do wspólnego połowu ryb na jego łodzi.
 Ciepła herbatka rozlała się jak miód po moim sercu, a w wietrze z nad fiordu wyczuwałam już dużą rybę 🙂 
Camping Melkevik: Nasz namiot to ten niebieski punkcik przy plaży po prawej stronie
Wspaniale jest zacząć dzień od wyłowienia dorsza.
On też miał szczęście. Byliśmy po solidnym śniadaniu, więc być może pływa jeszcze w okolicach Melkevika 🙂
Powoli przyzwyczajamy się do życia w ciągłym ruchu. Namiot rozbijamy i zwijamy już tak sprawnie, jakbyśmy brali udział w konkursie campingowym. Przeprawy promami, przejazdy tunelami, skakanie do góry z radości na widok sklepu – kolejny dzień jak co dzień w Norwegii 🙂
Oczywiście zdarzają się małe niespodzianki. No tak, znowu nie zrobiliśmy zapasów chleba – dalej zaskakuje mnie brak sklepów przez blisko 50-60 km…a między czekoladą a konserwą przydałby się jakiś neutralizujący kąsek…
Ale wciąż byłam pod wrażeniem ciągu pomyślnych wydarzeń i przyjaznego nastawienia Norwegów.

Że też zwykły chleb może zamienić się w wymarzone danie 🙂 !
Po przejechaniu szeregu wysp, przed samym Stavanger, czekały na nas już ostatnie dwa nieprzejezdne dla rowerów tunele. Już się ich nie boimy – mamy pewność, że autobusy kursują w tym rejonie.
Być może nie jest to ulubiony środek transportu rowerzysty, ale do wyboru mamy tylko krążenie między tunelami…
Teraz bardziej przerażała nas cena za bilet.
Nafaszerowani upragnionym chlebem, czekaliśmy cierpliwie na autobus.
Bardzo cierpliwie… Okazało się, że ponad godzinę za długo, ale w ogóle nie zdawałam sobie z tego sprawy. Mój brzuch pieczałowicie wypełniony chlebem z oliwą i..serkiem ( a zaszalałam!) nie posiadał się ze szczęścia i nie zawracałam sobie głowy upływającym czasem. W takim rozanielonym, spokojnym nastoju zobaczyłam nadjeżdżający autobus.
Uwaga, teraz czekała mnie mała poobiednia pobudka.
Kierowca nie dość, że pomógł nam wpakować cały nasz dobytek do środka,
to niezmiernie nas przepraszał i odmówił przyjęcia zapłaty ( prawie 300zł ).
  Spóźnił się 40 minut z powodu awarii w tunelu, to oczywiste, że nie płacimy!
 Uwielbiam Norwegię :)!
( Kiedyś w naszym PKP koleżanka dostała Prince Polo za kilkugodzinne opóźnienie 😉 )
Czekając na autobus – Sklepik z krabami
Pędzimy dalej – już się ściemnia.
 W Stavanger przeprawiamy się promem do Tau.
Towarzyszy nam optymistyczny zachód słońca i zwariowani Holendrzy na motorynkach z lat 70-tych ( pod niektóre góry trzeba je pchać 😉 !, ale spokojnie, w razie czego wożą ze sobą kanisterek z benzyną 🙂 ).

Koniec lipca daje zrozumienia, że trzeba pożegnać długie białe noce. Po raz pierwszy używamy latarki przy szukaniu miejsca pod namiot.
Jestem tak zmęczona, że nie będziemy wybrzydzać – znajdujemy skrawek między budkami na obrzeżach miasta.
Padam prawie jak zabita, ale w głowie krąży mi scena z autobusu i powoli nabiera barw i sensu…:
Trzymam nasze rowery, a Arek długo słucha historii kierowcy ( który okazał się Polakiem ), o jego życiu w Norwegii.
 Nagle odwraca się do mnie z uśmiechem i krzyczy przez cały autobus  – Zostajemy tutaj !
W pierwszym odruchu odkrzykuję – Czemu nie :)? 
Pierwsza i może najwłaściwsza myśl. Dawno nie czułam się tak dobrze, jak w tym kraju. 
Rano okazuje się, że przez noc myśleliśmy o tym samym. Już poważniej.
Może te wakacje przerodzą się w coś więcej…?
Być może to początek jeszcze większej przygody … :)?

Wracając do przyziemnych spraw – miejsce znalezione

Znowu cały chleb „gdzieś” zniknął…

Moja mina może nie wyraża zachwytu śniadaniem – ale łyżkę mamy wyśmienitą :)! 

Norwegia rowerem: Haugesund i nieprzejezdne tunele

Norwegia może poszczycić się wspaniale rozbudowaną siecią dróg. Pomijając górzysty teren, ich nawierzchnia jest wprost stworzona pod koła rowerów. Nawet w najbardziej opuszczonych miejscach nie mogliśmy doszukać się żadnej skazy. Raj dla rowerzystów? Tych podróżujących z sakwami spotkaliśmy zaledwie kilku… Przypadek czy może siła tuneli?
Norwegowie dużo inwestują w ciągłe ulepszanie komunikacji. Cały kraj jest poprzecinany tunelami, przeszywających góry i rozciągających się pod fiordami. Niektóre mają nawet po 25km!
Wystarczy zerknąć na mapę i spróbować znaleźć drogę bez tunelu.
 Jednak nie każda mapa zakłada, że jesteśmy rowerzystą i byłoby nam na rękę ( a raczej na nogę ) wiedzieć czy przejazd przez dany tunel w ogóle jest możliwy… Czasami zdarza się, że tunel nie ma objazdu i stajemy na drodze z wielkim znakiem zapytania nad głową.
Gdy na naszej drodze pojawi się tunel mamy trzy wyjścia:
zawrócić i spróbować inaczej wydostać się z drogowego labiryntu,
wsiąść do autobusu – o ile taki kursuje
albo… złapać stopa.
Niedługo mieliśmy stoczyć swoją strategiczną walkę z tunelami.
Tego wieczoru jeszcze tego nieświadomi docieramy do Haugesund. Jak zwykle już ostatkiem sił i przed samym zmrokiem.
Ale za to z jakim widokiem!
Przed samym wjazdem na camping przywitał nas przepiękny zachód słońca nad Morzem Północnym. Zdjęcia zdjęciami, ale trzeba się pospieszyć z rozbijaniem obozowiska. Gdy słońce tylko zajdzie robi się potwornie zimno i najlepiej jak najszybciej zaszyć się z gorącym kubkiem w namiocie. 
Zadowoleni idziemy spać, a po pobudce miał się zacząć nasz cykl szczęścia w nieszczęściu … 🙂

Haugesund – pomnik upamiętniający zjednoczenie Norwegii

Camping – Haugesund

Nasyceni zachodem słońca, zaszyci w namiocie snuliśmy wspaniałe trasy na kolejny dzień.
W końcu byliśmy już bardzo blisko Stavanger i upragnionego Preikestolen !
Plan zakładał przejazd przez kolejną wyspę i przeprawę promem z Skudenshavn prawie pod nasze docelowe miasto. Prosta sprawa. Tak przynajmniej wynikało z naszej wspaniałej mapy…
Dzień jednak nie zaczął się najlepiej….
Wiatr był tak silny, że ledwo złożyliśmy namiot, do tego nadszedł dzień mycia głowy, co stało się przykrym obowiązkiem przy złej pogodzie ( bo przecież nie wożę takich zbędnych ciężarów jak suszarka 😉 ). Ale Dzień Dziecka trwał już zdecydowanie za długo, a z odgłosów suchego szamponu wynikało, że nie będzie ratował mnie wiecznie. 
Po stoczeniu walki z włosami, wiatr nie dawał za wygraną. 
Wjeżdżając przez olbrzymi most na kolejną wyspę, musieliśmy prowadzić rowery, bo wiał w nasze sakwy jak w żagle i chwila nieuwagi groziła wylądowaniem na ulicy.
Tego dnia jechało nam się wyjątkowo mozolnie, wiatr niepokojąco hulał i po przejechaniu ok. 30 km coś nas tknęło żeby zapytać o prom. Chcieliśmy trochę skrócić trasę i wsiąść na prom startujący z połowy wyspy ( Kopervik ), a nie jak początkowo planowaliśmy z końca w Skudeshavn. Według mapy istniała i taka i taka możliwość…
Wymęczyliśmy każdą napotkaną osobę, ale niestety ich wersje były zgodne –  promy były, ale 2 lata temu.. Po wybudowaniu tunelu pod wodą, nie było potrzeby ich utrzymywania. Oczywiście tunel jest przejezdny tylko dla samochodów.
No tak pyszny obiadek oddalił się bardzo daleko, 30 km zmarnowane, trzeba wrócić na miejsce i zacząć dzień od początku.
Nasz zapał fizyczny i psychiczny opadł do zera. Podjedziemy autobusem do Haugesund i tam zaczniemy dzień od nowa – to chyba nie takie oszustwo?
Wtoczenie naszych potworków do autobusu wymagało trochę siły i cierpliwości innych pasażerów. Ale na siedzeniu obok widzę jakieś nieznajome sakwy rowerowe…
Mamy towarzystwo. Nie tylko my nie odświeżamy  mapy co 2 lata. Rowerzysta – Niemiec, jedzie dokładnie tam gdzie my. Niestety cofał się z samego końca wyspy 😉
Wysiadka w Haugesund i suniemy ponownie do celu krajową E39.
Przynajmniej tak nam się wydaje.
Ocknęliśmy się dopiero niedaleko Fosen.

Siedzimy na przystanku przegryzamy coś na szybko, żeby zostawić miejsce na obiad – w końcu już niedaleko, prawda?
A tu zjawia się nasz czarny omen!
Ze strony, w którą się kierujemy nadjeżdża Pan Niemiec!
Przekaz jest  jasny „Bad idea!” – wcale nie jechaliśmy E39 tylko równoległą, na końcu której czeka na nas kolejny tunel nieprzejezdny dla rowerów.
!!!
Autobusy tutaj nie chodzą, on wraca do Haugesund i ruszy Właściwą trasą następnego dnia.
Fatalnych pomyłek było już za wiele jak na jeden dzień. Nie chcę już trzeci raz trafić do tego miasta i to tego samego dnia! Czuję się jak w „Dniu Świstaka”. 
Spokojnie mam plan: najpierw planuję się objeść i zaraz pomyślę co dalej. Jedną ręką wprowadzam coś energetycznego ( w końcu mój obiad przepadł bezpowrotnie ), w drugiej kurczowo trzymam mapę. Drążę ją żądnym rozwiązania wzrokiem – musi być jakaś tajna ścieżka, jakieś rozwiązanie z tej sytuacji.
Niemiec patrzy na mnie i podśmiewuje się pod nosem ” Ona myśli, że znajdzie jakieś wyjście. Przecież trzeba zawrócić!” . Ni to siebie, ale po angielsku, więc chce żebym zrozumiała i dała za wygraną razem z nim. W kółko burczy coś pesymistycznie „Nie ma innej opcji, NIE ma”. Już mam ochotę rzucić go posiłkiem trzymanym w ręce, ale szkoda marnować jedzenia w takiej sytuacji.
Ten złośliwy troll strasznie działa mi na nerwy swoją „bad ideą” i powoli zaczyna mi się udzielać jego nastawienie.  Postanawiam jednak jeszcze chwilę wytrzymać z chęcią – siąść i popłakać, zostało jeszcze rozwiązanie.
 ” Złapię stopa” , 
Troll burknął coś pogardliwego pod nosem i odjechał.
I tu zaczęło się nasze szczęście w nieszczęściu 🙂
Minęła może minuta. Kierująca samochód Norweżka zaproponowała, że musi rozwieźć swoich przyjaciół, ale jedzie do Haugesund i może nas zabrać z powrotem jeżeli chwilę poczekamy. Dobre i to 🙂
 Przyjechała jednak z radosną propozycją – wskakujcie przewiozę was przez tunel !
Dodam, że „przewieźć przez tunel” oznacza  30 km drogi i opłaty za przejazd ok 60 NOK ( rachunek wysyłany jest kierowcy pocztą ). Takie „tunele” to istne podwodne autostrady.
Selfried – bo tak miała na imię nasz norweski anioł, z uśmiechem pomogła nam załadować rowery do środka. Nie chciała nic w zamian , zależało jej jedynie na tym żebyśmy dobrze zapamiętali jej kraj. 
 Jednak oprócz dokuczliwych trolli można też spotkać przyjazne skrzaty :)!
Tego dnia przygód nam już starczyło.Szukamy noclegu. Znaleźliśmy camping parę kilometrów od wyjazdu z tunelu i nie mogliśmy uwierzyć w nasze szczęście. Przekazana pozytywna energia rozpierała mnie od środka 🙂 Udało się pokonać ten przeklęty tunel ! A pasmo dobrych zdarzeń i wspaniałych ludzi miało jeszcze trwać.
 Nie wiem gdzie był tym czasie Niemiec, ale nam opłaciło się w uwierzyć w Coś dobrego 🙂
  To zdarzenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że jeżeli o coś poprosisz to to dostaniesz – wystarczy chcieć 🙂

Jesienny spacer – Mazury

Miał być post na pożegnanie lata, ale chyba bardziej pasowałby na pożegnanie jesieni – podobno gdzieniegdzie spadł już śnieg :)?

Zanim więc na dobre zrobi się zimno i zaszyjemy się w domach, wykorzystajmy w 100% słoneczne weekendy.
Koniec września przeznaczyłam na zupełnie Nicnierobienie i ten „ambitny” plan uważam za zrealizowany. Mimo, że złośliwe przeziębienie dogoniło nas nawet na Mazurach i uporczywie chciało nam w tym przeszkodzić. Obładowani chusteczkami wyszliśmy jednak z ciepłej chałupki i próbowaliśmy poodtykać nasze nosy na rześkim, wiejskim powietrzu, które zaczynało już pachnieć jesiennym chłodem.
Udało nam się odpocząć i spędzić czas na ulubionych wczesnojesiennych atrakcjach:

– popłynąć kajakiem na piknik

–  wyczyścić lasy z grzybów

– spacerować po mazurskich polach

Chociaż czasami  muszę się delikatnie przełamać, żeby jednak samej nie „zgrzybieć” w domu i stanąć po tej drugiej stronie koszyka. Gdy wyskakuję z łóżka w wolny dzień z samego rana, żeby mimo dwóch par skarpet marznąć w jakimś lesie, myślę, że coś mi się mocno pochrzaniło… to jednak wracając z pełnym koszykiem czuję się niesamowicie. Po takim dniu padam z nóg od nadmiaru tlenu, a zasypiając pod zamkniętymi powiekami widzę tylko grzyby…Ale uwielbiam to pozytywne zmęczenie. Nie ważne czy ruszymy na grzybobranie, chwycimy za wiosło, albo w kaloszach ruszymy na spacer – byleby nie przegapić tej pięknej jesieni.

Póki co mam nadzieję, że czeka nas jeszcze kilka typowo jesiennych weekendów. Suszarka do grzybów burczy na najwyższych obrotach i domaga się kolejnej dostawy, a  jak nie najwyżej zakończymy spacer lepieniem bałwana 🙂

Grzybobranie na Mazurach – Puszcza Borecka

Nie ukrywam, że w porównaniu z poprzednimi wakacjami nad Bałtykiem, te norweskie wcale nie należały do łatwych i relaksujących. Ale przecież nie o to chodziło :)! Było warto, a nagrodę za wszystkie trudy zafundowaliśmy sobie pod koniec września. Czyli nasze ulubione miejsce do kompletnego resetowania – psychicznego i fizycznego –  Mazury. Specjalnie nie wzięliśmy rowerów żeby nie robić po prostu nic. Naszym codziennym obowiązkiem było jedynie jedzenie, pływanie kajakiem, który stał pod domkiem i koniecznie grzybobranie!
Grzybobranie to mój ulubiony sposób na oficjalne powitanie jesieni. Ulubiony, tuż obok grzańca przy ognisku lub kominku…. I nawet fakt, że podobno nie ma jeszcze grzybów wcale mi nie przeszkadzał – bo kto to będzie potem przerabiał? ;). Bierzemy więc termos do koszyka i ruszamy do Puszczy Boreckiej.
A co najbardziej lubię w grzybobraniu?
To co czeka nas w sercu lasu i gubienie się w nim z lekką kontrolą. Grzyby jak grzyby, ale za to jakie widoki czekały na nas w puszczy. 
Po takich zakątkach warto powłóczyć się parę godzin, a jeżeli do tego wyniesiemy pełen koszyk to dodatkowy plus. 
Będzie co wspominać przy wyławianiu grzybka z wigilijnego barszczyku :).
W planach zwiedzania Puszczy Boreckiej mieliśmy jeszcze wizytę u żubrów przy Czerwonym Dworze. Nie mamy coś szczęścia do tych olbrzymów – żubry we wrześniu czynne tylko w godzinach 9-11 :/  
Albo spanie albo żubry!

 Grzyby o dziwo były. Może nie w oszałamiającej ilości, ale za to jakie. Część dorodnych prawdziwków skończyła na zdjęciach, a kolejna część być może lekko sprofanowana na zapiekance z Lidla ( ale takiej dobrej jeszcze nie jadłam 🙂 ).
Wieczorem grzyby już się suszą a my zabieramy się za kolejną atrakcję – grzańca i kominek.
To tak na mały rozruch, jesień dopiero się zaczyna, a wyczuwam jeszcze więcej grzybów w powietrzu 🙂

Okolice Bergen: Tanie spanie i campingi w Norwegii

Po kilku deszczowych dniach, które pochłonęły każdy suchy skrawek mojego ubrania, w końcu słońce uśmiechnęło się i do nas.
Nareszcie – przecież mamy wakacje :)!
Po krótkim zwiedzaniu miasta udaliśmy w kierunku Straume, na półwysep na zachód od Bergen. Potrzebowaliśmy wolnego i co najważniejsze słonecznego popołudnia na Wielkie Suszenie. Z uśmiechem przekopałam się przez kłębek podśmierdujących już wilgocią ubrań i wskoczyłam w krótkie spodenki.  
Świat wydaje się o wiele piękniejszy kiedy masz sucho w butach!
 Podziwiamy Morze Północne i staramy się z nim dogadać, żeby podsunęło na naszą wędkę jakąś rybę. Póki co chętnych brak, zadowalamy się więc towarzystwem owiec. Zastanawia mnie tylko czy ich futro kiedykolwiek wysycha w tym klimacie? Nam nie jest tak prosto doprowadzić do porządku całą garderobę. O zachodzie słońca ( ok godziny 23-24! ) po ugrillowaniu kiełbasek zajmujemy się suszeniem skarpet w trybie przyspieszonym. Roztacza się aromat jak z kiepskiej wędzarni, ale ostatnia butelka Kadarki załatwia sprawę swoim wykwintnym bukietem. Część skarpet po przepaleniu pięty lub palucha poszła na stracenie, ale przyrumienionym na ogniu majtkom dajemy jeszcze szansę. Kolory wyglądają podejrzanie… ale kto tam się będzie przyglądał, najważniejsze, że nareszcie jest ciepło i sucho. 
A to istotne, bo następnego dnia czeka nas przeprowadzka na rower !  
A jak wyglądają campingi w Norwegii?
Ławeczka przed namiotem
Campingi
 Norwegia to raj dla podróżników. Tak gęstej sieci campingów nie widziałam, jeszcze w żadnym kraju. Znajdziemy je zarówno w dużych miastach jak np. Bergen, jak i na kompletnych odludziach. Miłośnicy Bed&Breacfast będą musieli się trochę natrudzić, żeby znaleźć hotel pośrodku niczego. Natomiast jeżeli kochacie budzić się z widokiem na fiord, jezioro lub morze jest to kraj dla was. Takich miejsc na namiot nie brakuje. A jeżeli campingu akurat nie znajdziemy, albo najzwyczajniej w świecie nie chcemy go znaleźć, bo podoba nam się przy tej skale i tyle, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby rozbić się na dziko. Norwegowie wręcz zachęcają turystów żeby w ten sposób korzystali z uroków ich kraju. Możemy spać, rozpalać ognisko i łowić ryby gdzie tylko chcemy bez żadnego pozwolenia ( oczywiście należy zachować kulturalny odstęp od czyjegoś domu ).
Pola namiotowe o dziwo są dosyć tanie. A może raczej porównywalne jak w Polsce ( czyli na ich zarobki groszowe sprawy ). Za najtańszy nocleg: 2 osoby + namiot, zapłaciliśmy 20 złotych (!), za najdroższy 120 zł. Na niektórych campingach trzeba dodatkowo płacić za ciepłą wodę – ok 5zł (10 NOK), za 5 min komfortu. Wrzucamy monetę do automatu pod prysznicem i zaczyna się odliczanie. Dobrze gdy wyświetlacz pokazuje ostatnie sekundy do końca, można wtedy zdecydować na którą zmarzniętą część ciała przeznaczyć ostatnie ciepłe chwile.
Z racji tego, że kraj nie jest zbyt łaskawy temperaturowo i pewnego dnia zamarzy nam się przytulny kącik, możemy wynająć domek. Cena takiej przyjemności to ok 180 zł (400 NOK ) za domek 4-osobowy z aneksem kuchennym. 
Mamy naprawdę duży wybór i to przy dość niskich kosztach. Możemy zacząć od bezpłatnego spania na łonie natury, a gdy poczujemy, że zbliża się czas na prysznic zacznijmy rozglądać się za campingiem lub domkiem.
  
Uwaga, nie każdy camping ma swój sklepik i restaurację. Jest to raczej miejsce gdzie możemy się przespać i przy okazji wykąpać. Warto mieć zapas jedzenia zawsze ze sobą.
Do szukania campingów używaliśmy aplikacji NorCamp. Nie mieliśmy cały czas dostępu do internetu, więc mapkę wczytaliśmy już w Polsce i nawet bez dostępu do Wi-Fi mogliśmy zlokalizować następny nocleg.
Przydatna aplikacja – NorCamp
Wielkie Suszenie
Grill Party – raz kiełbaska, raz skarpeta
Jeżeli chcemy poznać prawdziwą Norwegię, i jeszcze przed łykiem pierwszej kawy zbierać maliny wokół namiotu, albo myć zęby z widokiem na fiord wybierzmy spanie pod namiotem. Jest to dużo tańszy sposób, a wiele cenniejszy w doznania.
 Co ciekawe, specjalnie się nie starając nie trafił nam się żaden camping z brzydkim widokiem.
W Norwegii to chyba niemożliwe :).

Rower: Lublin – Kazimierz i dzika plaża

Za nami kolejna udana trasa : 
Lublin – Kazimierz Dolny – Lublin
 Boże Ciało i w końcu Przepiękna pogoda! Zamiast ubrać się ładnie i sypać kwiatki jak w dzieciństwie, wpięłam różyczkę za kierownicę i wpakowałam się po kolona w błoto 😀
Małe streszczenie:
– ok 100 km na rowerze w dwie strony
– ilość wypatrzonych krów – 1
– połkniętych much już nie liczę
– 1 zgubiona skarpetka
-zalana dzika plaża zdobyta
– ochłoda w Wiśle zamierzona, w błocie niekoniecznie
Zaczynamy 🙂 
Trasa Lublin – Kazimierz Dolny jest jedną z bardziej popularnych dróg rowerowych w naszych okolicach.
I wcale się nie dziwię :)!
Jest bardzo malownicza, do tego spodoba się zarówno twardym zawodnikom jak i amatorom. Jeżeli dopiero zaczynamy swoją rowerową przygodę, możemy spróbować dojechać na miejsce jednego dnia i wrócić następnego. Gdy mamy już małe doświadczenie, spokojnie dojedziemy tam i z powrotem – to ok 100km.
Ja po ostatniej wyprawie dopiero zauważyłam jakie zrobiliśmy postępy 🙂
Nasza pierwsza wspólna wycieczka to właśnie przyjazd do Kazimierza  ( KLIK ) z męczącym powrotem po nocy pod namiotem. Chociaż było fantastycznie, wracając ledwo żyłam i przez siodełko czułam każdy najechany kamyczek. Teraz rewelacja. Siedzenie uodporniło się na różne wstrząsy, a nogi wpadają w rytm i same pedałują. Pod koniec umęczyłam się tylko psychicznie bombardowana ze wszystkim stron aromatami z grilla…ludzie litości ;)!  ( a w domu czekała karkóweczka w nagrodę!).
 
 Co ciekawe, nie wiem jak to możliwe, ale zarówno jadąc jak i wracając mieliśmy z górki ;)!
Do Kazimierza przyjechaliśmy znanym szlakiem przez Palikije – Wojciechów – Niezabitów. Na samym końcu rozkoszując się cudownie ochładzającym zjazdem z górki, który trwał i trwał do samego miasteczka. 
Popołudniu trochę ociągaliśmy się z wyjazdem, nie chcąc mozolnie gramolić się pod tę górę z powrotem.
Olśniło nas żeby wybrać główną drogę przez Bochotnicę i Nałęczów, a po Nałęczowie odbić w mniej popularne dróżki na Wojciechów. Bardzo polecam – nawierzchnia świetna i tylko 3 umiarkowanie bolesne podjazdy, które rekompensował kolejny dłuuugi zjazd 🙂
Przerwa na lody ( łaciate:)! )  pod Kuźnią w Wojciechowie
Po przyjeździe do Kazimierza od razu idziemy ochłodzić się przy studni i napełnić bidony.
Rynek, który zazwyczaj jest bardzo uroczy w to święto po prostu kipiał od turystów i jedynej wady miasteczka – cyganek. 
Pamiątkowe zdjęcie pod studnią zrobione i szybko uciekamy na doładowanie energii – czyli  „po pizzy”
Ufff przedarliśmy się przez ten ten tłum i kierujemy się do magicznego miejsca w Kazimierzu – dzikiej plaży.
Nie jest to jakieś specjalnie sekretne miejsce, ale nie każdy tam dociera i można w spokoju poleżeć i popatrzeć na Wisłę.
Wychodząc z miasteczka kierujemy się wzdłuż rzeki w lewą stronę, a na końcu bulwaru odbijamy najzwyczajniej w świecie w krzaki. I tam już po małej przeprawie powinniśmy dostrzec piękną, piaszczystą plażę.
Tym razem było inaczej … ale może i ciekawiej ;)? 
Poziom wody w Wiśle był taki wysoki, że droga zamieniła się w bajoro, a plaża w małe wysepki pełne mokrego piachu. O znalezieniu suchego miejsca na poleżenie i „zawiązanie sadełka” można było pomarzyć, ale za to jak było pięknie! Do tego nikomu nie chciało się brudzić sobie nóg ( nie wiem dlaczego? przecież błotko to to co tygryski lubią najbardziej:) ) więc byliśmy tam zupełnie sami :).
 
Buty wpadły do wody, zgubiłam skarpetkę, ale w ostatniej chwili uratowałam się przed nurkowaniem w kałuży. Spojrzenia ludzi podczas suszenia nóg bezcenne 🙂
Jak widać Kazimierz to nie tylko typowo turystyczne miejsce i każdy znajdzie coś dla siebie 🙂
Miłośnikom nierównych ścieżek i błota poleciłabym jeszcze wąwóz i kamieniołomy.

Koniec bulwaru – tutaj należy odbić w chaszcze
Na koniec wpisu nie mogłabym nie wspomnieć o moich ulubionych spotkaniach na trasie.
Co prawda modelka była raczej zajęta żuciem i nie podzielała mojego entuzjazmu, ale zgodziła się na kilka ujęć.

To był maj, rower i truskawki

Kolejny rowerowy miesiąc za mną ( jak to szybko leci – już czerwiec !).
Co prawda nie zaszalałam z ilością kilometrów ( niewiele ponad 200km ), ale nie rozstałam się z rowerem i przyrzekliśmy sobie aktywniejszy następny miesiąc. Jeszcze przypedałujemy z nawiązką 🙂
A w maju skupiłam się głównie na obowiązkach i kręciłam jak oszalała jedną trasę – na uczelnię i z powrotem. Co nie oznacza, że było nudno! Wyjazd z domu o 7 rano też ma swoje plusy. Gdy udawało mi się wyrobić przed czasem, po drodze zajeżdżałam do Parku Saskiego. Wdychałam powietrze po deszczowej nocy i korzystałam z tego, że oprócz mnie i roweru jest tylko kilku ogrodników. Park o tej porze przypominał filmowy tajemniczy ogród.

Trzeba wstawać bo nie zdążę
 
 Znalazłam też chwilę na małe rowerowe spa.
Mycie takim krowim mopem to dosłownie czysta przyjemność.

Maj pachnie bzem i smakuje truskawkami. A może inaczej – w maju po prostu wszystko, ale to wszystko smakuje podwójnie. Nie mogę się zdecydować czy objeść się słodkimi truskawkami, lodami, młodymi ziemniaczkami czy kiełbaskami z grilla. Swój problem rozwiązuję w najprostszy sposób – jedząc wszystko w ogromnych ilościach….  Ale od czego mamy rower ;)!
Przejdźmy do czegoś konkretnego, a uwodzicielski zapach bzu zamieńmy na aromat kiełbasek! 
Po tym zapachu można wyczuć weekend na kilometr.
A to dopiero przedsmak lata…
…i najlepszy czas na rowerowe rozkręcenie  🙂
Powoli ruszamy z przygotowaniami do aktywnych wakacji!
Rowerowa dostawa wina – bezcenna