Dębki – Najpiękniejsze plaże w Polsce

Jest pięknie, ale jak gorąco!
Po wyczerpującej drodze do Łeby przejazd do Dębek miał być tylko relaksem
Jednak wyznaczone przez maps.google 44km nagle urosły do 60-70. Ehhh znowu te bezdroża 😉
Może nie sama odległość była najgorsza ale upał,  który przechodził dopiero po 19.
Wspominałam o wietrze który wiał wprost na nas przez całą trasę? Tak, ciągle był, tylko teraz zamiast chłodzić buchał na nas gorącym powietrzem jak z rury wydechowej 😉
To był mój najgorszy rowerowy dzień, mimo kąpieli w jeziorze Sarbsko, żeby ominąć jazdę w samo południe i wylewania na siebie litrów wody ;). 
Na szczęście Arek tego dnia trzymał się dzielnie i uwieczniał piękne widoki po drodze (a były! 🙂 ) bo ja nie miałam siły na wyciąganie aparatu.
 A to u mnie zdecydowanie zły znak… 😉
Gdzieś pomiędzy Łębą  a Dębkami:

Lokalne utrudnienia
Zmądrzeliśmy dopiero na koniec wyjazdu jadąc do Chałup. Przy takiej pogodzie trzeba wyruszyć  dopiero po 16-17, po lekkim obiedzie (bo po całej pizzy czasami bardziej chce się spać niż jechać..). Wtedy 50km robi się bez trudu, a cały dzień można spędzić na plaży.
Tego dnia zmyliła nas jednak prognoza pogody – obiecywali te opady a tu nic ;)! Ale jak wjechaliśmy na camping wszystkie trudy podróży oczywiście minęły i poszliśmy jeszcze na spacer po Dębkach 🙂
Na koniec postaram się zrobić podsumowujący ranking, ale będzie bardzo ciężko.
Dębki są kolejnym nr 1!
W kategorii miejscowość turystyczna Dębki są u mnie na szczycie podium 🙂
Arek tyle mi opowiadał, jak szalał na pontonie po rzece wpadającej do morza (oczywiście jak był mały 😉 ), o szerokiej plaży i drobnym piasku.

Potwierdzam , wszystko to prawda 🙂 – plaża jest duża i piękna a piasek biały i sypki 🙂
Największą atrakcją jest tu chyba rzeczka Piaśnica.
W jej ujściu jest cieplutka woda. W końcu kąpaliśmy się dowoli 🙂
I to jest właśnie najbardziej oblegane miejsce 😉  
Reszta plaży w porównaniu z innymi była pusta i można nacieszyć się ciszą i spokojem.
Miejscowość przez wiele lat pozostałą mała wioską.
Przebiega przez nią jedna główna ulica i poza tym lasy i na szczęście nic więcej.
Nie ma dzikich tłumów, ale każdy znajdzie restaurację czy budkę z lodami dla siebie.
Jakbym miała wybrać miejsce na tydzień urlopu to chyba właśnie tutaj 🙂

Najpierw cieszyliśmy się z chłodniejszego poranka. Można zaszyć się w śpiworze i słuchać szumu fal albo poczytać książkę.
Nad Bałtykiem każda pogoda ma swój urok.
 Jak się mówi: Nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania 😉

Jeszcze rano. Piaśnica wpadająca do morza. Jest gdzie popływać. 
Pogoda szybko się zmieniła i chwilę później plażowaliśmy i kąpaliśmy się w rzece.
Jeszcze raz muszę o tym wspomnieć – plaża jest przepiękna.
Można szaleć do woli 🙂

Nasza pamiątka z wakacji – kucyk pony znaleziony podczas zakopywania mnie w piachu.

Rzeczka znajduje się na zachodnim wylocie z mieścinki.
Przechodzi się do niej przez mały lasek. W niedzielę miejsce było już bardziej oblegane, głównie przez rodziny z dziećmi,  ale podejrzewam że poza weekendem jest trochę luźniej.
Jak widać na zdjęciu, co prawda jest dużo ludzi, ale głównie przy rzece, nad brzegiem morza jest jeszcze mnóstwo miejsca.
Miejsce bardzo fajne, bez budek czy barów zagracających plażę (chociaż zimnego piwka chętnie byśmy się napili…a nie wzięliśmy ze sobą 😉 )

Na plaży po wschodniej stronie miasteczka stały kutry rybackie.
Ciężko przejść obok nich obojętnie 🙂

Samowyzwalacz, komenda „biegnij”, starania Arka bezcenne 😉 

Wakacyjne przysmaki.

W końcu coś świeżego! Sałatka w knajpce Pan Kurczak

Lody americano. Lód śmietankowy zanurzony w gorącej czekoladzie, do tego pokruszone orzechy.
 Mniam 🙂
Nasze ulubione Dębkowe śniadanie. Rano szłam do budki po najróżniejsze świeże drożdżówki, a tymczasem Arek robił kawę na palniku.
Wybacz… ale uwielbiam Pana Gofra 😉
A właśnie ciekawa rzecz na campingach 😉
Na pierwszym spacerze zdziwiły nas płatne budki z prysznicami w centrum.
Odpowiedz znaleźliśmy idąc pod prysznic na campingu…
„Wrzuć żeton”
Czyli…. żeton z recepcji 6min – 6zł 😉
Być może w centrum była extra minuta dlatego miały wzięcie 😉
I tak wymoczyliśmy się w Piaśnicy, więc długich kąpieli nie potrzebowaliśmy 😉

Uwaga, dobra książka :)!
„Wyspę na Prerii” Cejrowskiego kupiliśmy w Łebie po tym jak zobaczyliśmy, że stoi przy nich sam W.C.
Książkę kupiliśmy bardziej po to żeby zrobić sobie z nim zdjęcie, bo nawet nie wiedzieliśmy o czym jest,
 ale na plaży już nie mogłam się od niej oderwać 🙂
Historię o jego życiu w domku na prerii w Arizonie, czyta się jak powieść i moim zdaniem jest bardziej „egzotyczna” niż przygody w dżungli 🙂
Dlaczego? Wiadomo, że tubylcy w dżungli żyją zupełnie inaczej niż my, a zaskakujące jest że na południu Stanów życie toczy się tak odmiennie. Ludzie tacy jak my, ale wyznają inne zasady. Każdy ma prawo do broni, którą można kupić w Walmarcie zaraz po bułkach i coli, sprzątają wiatrem, listy wysyłają u listonosza, noszą kapelusze chroniące przed wszechobecnym preriowym kurzem, a imiona mają krótkie – Bob, Rob, Megg, bo po co dużo mówić, żeby piach naleciał ;)?
Aż zapragnęłam przenieść się w rejony spalonych stepów z kaktusami i hodować bydło jak prawdziwi kowboje 🙂
Warto przeczytać 🙂



Łeba i wydmy – jedno z najpiękniejszych miejsc w Polsce

Jesteśmy w Łebie.
To co zobaczyłam totalnie mnie zatkało.Tyle razy byłam nad polskim morzem a nigdy, jak to możliwe że ominęłam taki piękny „kawał piasku” ;)?
Wcześniej wiedziałam, że przy Łebie są jakieś wydmy, ale nie sądziłam, że krajobraz będzie wyglądał jak z jakiegoś filmu lub egzotycznej wycieczki.
Po raz kolejny zachęcam do odkrywania pięknych miejsc w Polsce.
Naprawdę nie trzeba jechać za granicę żeby zobaczyć wspaniałe krajobrazy.
Wydmy z Słowińskim Parku Narodowym są dla mnie widokiem nr 1 nad polskim wybrzeżem Bałtyku.

Z Łeby do parku dojechaliśmy rowerami. 7km bez sakw, po 100km dnia poprzedniego były jak spacerek. Chociaż czuliśmy lekką watowatość nóg i po zwiedzaniu wydm już tylko odpoczywaliśmy.
Na wydmy można też dojść na piechotę – droga biegnie przez las, więc nie jest za gorąco. A kto nie da rady podjedzie meleksem. Jest też opcja 7km plażą. 
Zostawiliśmy buty przy rowerach i zaczęliśmy się wspinać.
Piasek był cudowny, biały i sypki .
Idąc dołem należy uważać na dzieci spadające z górki 😉
Albo pójść za ich przykładem, wziąć sprawę w swoje ręce i nogi i spróbować sturlać się samemu 🙂

Arek ćwiczył od małego i zawstydził dzieciaki

Mi turlanie wychodzi trochę mniej zgrabnie 😉

Przejście przez wydmy w kierunku morza zajmuje minimum pól godziny ( oczywiście robiąc zdjęcia delikatnie dłużej ).
My trafiliśmy akurat na malowniczą mgłę unoszącą się nad morzem, tak gęsta że nie widać było ludzi kąpiących się parę metrów obok. 
Nad wydmami jednak niebo było błękitne, tylko czasami zrywały się tumany piachu jak podczas burzy piaskowej.
Wydmy 
Mgła nad morzem, w tle głowa kąpiącego się pana

Wydmy nazywane są też Wydmami Wędrującymi. Przemieszczają się z prędkością wynoszącą ok 2-10/m na rok.

Nie da się słowami opisać piękna tego miejsca, więcej więc nic nie dodaję tylko zostawiam was ze zdjęciami.
Myślę, że nikogo dłużej nie trzeba będzie zachęcać 🙂

Ustka i Kraina w Kratę

Koniec sierpnia a już czuć jesienny klimat.
Mój organizm chyba chce już szykować zapasy na zimne dni = mega apetyt na słodycze przeplatane smakiem na kiełbasę :).
Na szczęście nie zrobiłam jeszcze wpisów ze wszystkich miejsc, które zwiedziliśmy na rowerze. Mogę więc leżąc w łóżku wracać wspomnieniami do tych upalnych dni, kiedy w drodze do Łeby pobiliśmy nasz rekord – 100km z sakwami, wylewaliśmy na siebie bidony wody i szukaliśmy strumyka czy jeziorka do ochłody…Ale bym wróciła na trasę:)
Ale po kolei. 
Nie napisałam jeszcze nic o Ustce, która była następnym przystankiem po nocach na Dzikiej Plaży.
Klimat zupełnie odmienny.
Po dwóch dniach na odludziu, gdzie kąpaliśmy się przy wydmach polewając wodą z sakwy, a żywiliśmy kiełbaskami z Dźwigniogrilla, przyszedł czas na prysznic w ciepłej wodzie, ładowanie telefonów i turystyczne przysmaki jak ryby i gofry.

Pyszne lody na tle domków

Nasze rowery kontra rowery kwiatowe

Nad morzem obowiązkowo trzeba zjeść przynajmniej jednego gofra

Uwielbiam rowerowy wystrój przy barach

W Ustce byliśmy 2 noce na campingu Zacisze.
Dlaczego po małym miejscowościach akurat Ustka?
Tutaj wspomnę o przygodzie z aparatem… 😉

Wróćmy na chwilkę do przeprawy piachem na Dziką Plażę..
Na plażę „wjeżdżamy” w Łazach, godzina ok 19, słońce zaczyna zachodzić – moje ulubione światło do zdjęć,wszystko wychodzi w pięknych ciepłych, żywych kolorach.
Zaczynamy pchać nasze rowery, czuję już że będzie ciężko 😉 Chciałam uwiecznić tę chwilę: my + 2 rowery na plaży.
Dałam więc aparat pewnej pani, która przechodziła obok nas. Już ustawiamy się do zdjęcia, a tu jakimś cudem owa pani upuściła aparat prosto w piach z otwartym obiektywem…;/ Staraliśmy się wyssać jakoś ten piasek, ale i tak zazgrzytał i wyświetlił się błąd obiektywu…
Jesteśmy dopiero w połowie wyjazdu, przed nami piękne wydmy a komórki na statywie nie zamocujemy.
Szybka akcja. Co tu robić?
Kolega Arka ( pozdrawiamy Arolola ;)! ) perfekcyjnie wykonał misję 🙂
W ciągu godziny drugi aparat z domu (Lublin) był już w drodze do Ustki :)!

Z Dąbkowic ruszyliśmy więc do Ustki po nasz skarb.Trasa ok 55km.

 Żegnamy zachodniopomorskie :)!
Po tabliczce „Pomorskie wita”! był dłuuugi zjazd z górki, więc od razu polubiliśmy to województwo 😉
 Jedziemy drogą a po naszych bokach rozciągają się olbrzymie pola.
Już po żniwach, a kule ze zbożem aż się proszą o zaczepkę 😉

Żegnamy zachodniopomorskie z 190km na liczniku
Bobolin – Gospoda Obora
Ustka – miasto typowo turystyczne, a jednak bardzo przyjemne 🙂

Szczególnie podobała mi się zabudowa w kaszubskim stylu – bielone domki z charakterystycznymi ciemnymi belkami na obwodzie i w poprzek.
Urząd pocztowy otwierali dopiero w poniedziałek rano, więc spędziliśmy tu miły weekend odpoczywając jak turyści. Leżeliśmy na plaży, popłynęliśmy na rejs stateczkiem (tylko 10zł za pół h), jeździliśmy rowerami po porcie i zwiedziliśmy bunkry. Jedyny dzień kiedy było odrobinę chłodniej i trochę pokropiło. Tego nam brakowało po smażeniu się na Dzikiej Plaży, gdzie cień dawał nam tylko mały namiocik 😉

Wcześniej nie zależało mi specjalnie żeby zwiedzić bunkry. Oj jakieś stare dziury w ziemi, przecież nic tam teraz nie ma – myślałam. Tym bardziej miło się zaskoczyłam 🙂
Dojeżdżamy, przy bunkrach znajdowało się małe „miasteczko wojskowe” z atrakcjami.
Jak już wspomniałam objedliśmy się tutaj pysznymi rybami tak, że już nie mogliśmy na nie patrzeć do końca wyjazdu 😉
Obok na ognisku w kotle bulgotał tradycyjny bigos wojskowy (koszt co łaska, czyli micha z chlebem ok 2zł!). Był pyszny! Tego mi było trzeba 🙂
Można było też kupić tradycyjne wojskowe suchary, menażki (menażki nas kusiły, ale mamy już jedną z Grunwaldu) i atrakcja dla najmłodszych – kamuflaż twarzy 🙂
Czemu nie ? 😉 Tylko 3zł a tyle zabawy 😉
Potem na zakupach w Biedronce, gdzie były dzikie tłumy przynajmniej schodzili nam z drogi 😉

Bunkry były interaktywne, w każdym pokoju coś się działo.
Leciał film, ściany i telefony wydawała różne odgłosy. Mrocznie ale ciekawie.

Takim busikiem tylko ruszać w świat :)! 

Uwielbiam suchary

Wejście do bunkra

Wojskowy bigos z kotła był przepyszny

„Toaleta” w bunkrze

Aparat odzyskany :)! – kierunek Łeba.

Pierwsze zdjęcie aparatem od dłuższego czasu 🙂

Z Ustki do Łeby miało być ok.66km a wyszło 100!
I to równo i nie wiem jakim cudem.
Na początku jechało się super. Dobra droga, ale potem robiło się coraz bardziej gorąco…
Kupiliśmy colę i odbiliśmy do Jeziora Grardno żeby chlupnąć gdzieś do wody.
Hmmm nie udało się, wszędzie trzciny, bagna. Zobaczyliśmy oznaczenie R10 i zaczęliśmy jechać tą trasą przez  Słowiński Park Narodowy.
Co my zrobiliśmy ;)?! Niby ładnie, raz pola, raz lasy i bagna, ale woda nam się kończy, żadnych sklepów oczywiście, a na wertepach strasznie telepie. Upał ponad 30stopni, polewamy się wodą ze strumyków.

Jeżdżąc w upały warto mieć zamontowane dwa bidony lub awaryjną butelkę w sakwie.
Jedziemy przez Smołdziński Las, już chyba niedaleko?

Szopa rybacka przy Jeziorze Gardno 
Głowa czasami już pulsowała z upału
Początek Słowińskiego Parku Narodowego

Na naszej drodze Kraina w Kratę – Kluki.
Za lasem nagle pojawia się wioseczka domków w tym pięknym kaszubskim stylu – budownictwem szkieletowym.
Są domki mieszkalne i  skansen. Wszystko w bajkowym klimacie.

Ale upał! 
Kluki  

Za Klukami znak Łeba – 22km.
Jak to – jeszcze ;)?
Tym bardziej, że ta droga to nie droga tylko kierunek przez las i bagna.
Jest co prawda wydeptana, ale rower z sakwami jedzie po nich „w zastraszająco szybkim tempie”…
Jak się zatrzymujemy komary się do nas przyklejają, mamy już dosyć lasu.
Odbijamy do głównej drogi przez Główczyce.
Padamy z sił i jemy po porządnej pizzy w Barze.
Nie ufamy już google.maps, GPS-owi i lokalnym radom, że można przejechać na skróty do Łeby ( i dobrze, bo spotykamy pana, który pojechał tamtędy i wyciągał swoją żonę wraz z rowerem z bagna  ) i jedziemy przez Wicko – jeszcze 30km..
Ostatkiem sił. Już nic nie mówimy (szkoda energii;) ) tylko dajemy z siebie wszystko.
Tak na przyszłość zamierzamy zaopatrzyć się w dobrą mapę i po prostu jechać z głową. W internecie rowerowa R10 jest zaznaczona, że „jest”. Nie ma rozróżnienia czy jest to polna droga, ścieżka rowerowa, bulwar czy fragment szosy.
Teraz przynajmniej jedziemy główną drogą, nie będzie niespodzianek w stylu piach czy błoto 😉 Całkiem sprawnie nam poszło, ale już chyba nie byliśmy świadomi co robimy bo lekko odpływaliśmy…;)

Wpadamy do Łeby.
Przed sklepem nogi mamy jak z waty ale patrzymy na licznik i jesteśmy w szoku 🙂
100km i to po jakim terenie. Nasz prywatny rekord 🙂
Padło na camping Morski21. Łazienki piękne (i nawet tarka do prania w zlewie) tylko klimat psują wydzielone sektory.  My wolimy rozbijać się gdzie chcemy najlepiej kameralnie pod drzewami 🙂 W sumie wszystko nam jedno 😉  Może trochę nie w naszym stylu, ale jest bardzo ładnie 🙂
Rozbijamy się, ledwo dopijamy piwo w nagrodę i padamy w namiocie 🙂

Ale następnego dnia czekają nas wydmy….:)

Odkrywamy Lublin na nowo – Starówka

W dzisiejszym wpisie kolejna porcja zdjęć lubelskich „turystów”.
Dzisiejszą fotorelacją chciałabym zachęcić każdego do zwiedzenia lubelskiej starówki. Przyjezdnych i takich jak ja rodowitych lubelskich leniuchów – bo czasami ciężko jest wyjść z domu tylko po to żeby podziwiać własne miasto 😉

A naprawdę warto pobawić się w turystę w swoim mieście, poznać trochę historii i porobić zdjęcia na pamiątkę – w końcu nie wiadomo jak nasze miasto będzie wyglądało za 10 lat 🙂
Odkryjmy własne miasta na nowo, możemy się zdziwić jak będzie ciekawie 🙂

Czasami nie mamy czasu lub pieniędzy, żeby gdzieś wyjechać, a okazuje się, że w swojej okolicy można spędzić bardzo miły weekend.
I nie chodzi mi tylko o Lublin. Myślę, że w każdym mieście znajdą się jakieś interesujące miejsca, w których nie byliśmy od czasu wycieczek w podstawówce. Postanowiłam zacząć cykl wpisów o tym co jest ciekawego w Lublinie i okolicach. W niektórych miejscach nie byłam już wiele lat i korzystając z ostatnich ciepłych dni postanowiłam zobaczyć jak najwięcej. Być może zachęcę tym kogoś do odwiedzenia  Lublina 🙂

Zapraszam na zwiedzanie z Julią, Eweliną, Anią i Marcinem 🙂
Tym razem zwiedzaliśmy po prostu Stare Miasto.
Jak już pisałam w poprzednim poście, do zwiedzania Lublina zainspirował nas Jarmark Jagielloński.
 Zaczęliśmy spacer z aparatem od Bramy Krakowskiej (2), poprzez Rynek (7), Bramę Grodzką (7) na Zamek (4), nie ominęliśmy przy tym prawie żadnej uliczki.
Spacerując powoli uliczkami dopiero teraz zwróciłam uwagę jak pięknie odnowili niektóre kamienice.
Najbardziej podobały mi się stare zdjęcia w oknach starych budynków.

Pub „U Szewca” to chyba najbardziej znany bar w Lublinie.
Można wypić piwo w świetnym klimacie i zjeść dobrą pizzę.
Nazwa wzięła się od warsztatów szewskich, które znajdowały się w miejscu pubu. Dlatego klimat tworzą  buty i cholewki wiszące na sznurówkach nad butelkami whisky. 
Byłam tu tyle razy, że dopiero teraz zauważyłam jak malowniczo wygląda między innymi kamieniczkami 🙂
Pub „U Szewca”
Plac po Farze to odkopane fundamenty starego kościoła Św. Michała.
( Pisząc o tym w końcu trochę się doszkoliłam. Już teraz domyślam się dlaczego pub przy placu, w którym jadłyśmy pyszne cebularze nazywa się Św. Michał 😉 )
Kiedyś wieża kościelna była najwyższą wieżą w Lublinie. Możemy sobie wyobrazić jak wyglądało to miejsce patrząc na makietę obecną na placu.
Teraz jest to popularne miejsce spotkań, częstych sesji ślubnych, stąd też widoczna jest panorama Zamku, a nocą można oglądać gwiazdy.

Plac po Farze,  w tle  Irish Pub „U Szewca”
Makieta kościoła Św. Michała na tle zamku.
Plac z widokiem na kamieniczki z moim ulubionym „Panem z poduszką” w oknie 🙂
Z Placu po Farze idziemy przez Bramę Grodzką  pod Zamek.
Do Muzeum Lubelskiego na Zamku tym razem nie wchodzimy, ale zajadamy się oscypkami na moście i wchodzimy ponownie na plac moimi ulubionymi schodami.

Zaułek Panasa przy schodach
Kolejne urokliwe miejsce to plac przy Teatrze Lalek H.Ch. Andersena.
Szczególnie miło jest tu posiedzieć wieczorem. Piękny widok na miasto nocą, a prawie nie ma ludzi.

Drogę do teatru zajechał nam pan na kurze opowiadający bajkę 
Wieżyczka Teatru Lalek
Plac przed teatrem z widokiem na miasto
Mała rzecz a cieszy – dziewczynka z motylkami na ścianie przy teatrze

W szybie Teatru Starego

Kolejna ciekawa uliczka Ku Farze prowadząca do baru „U Fotografa”.
Szczególnie o zachodzie słońca wychodzą w niej piękne zdjęcia. Wąskie przejścia i fotografie na ścianie – bardzo romantycznie 😉
Z ciekawości weszliśmy też do zwykłej bramy. Na ulicach Starego Miasta tłumy ludzi, wszędzie jest głośno, kolorowo. A tu stara zapuszczona klatka schodowa i ledwo trzymające się podesty. Warto zobaczyć ten kontrast.

Uliczka zakochanych 🙂

Uliczka widziana od strony baru „U Fotografa”.

Mroczny klimat
Weszliśmy też na dwie wieże.
Jedną przypadkowo. Dopiero gdy będąc na szczycie Bramy Krakowskiej z okna zobaczyliśmy Wieżę Trynitarską, odkryliśmy że jesteśmy nie na tej co trzeba ;).
Przy okazji zobaczyliśmy więc Muzeum Historii Miasta Lublina.
Widok z Wieży Trynitarskiej – przepiękny :)! ( panorama z  40 metrów ).
Zdecydowanie muszę się częściej wdrapywać – najlepiej o każdej porze roku 🙂
Chociaż Ani cały czas wydawało się, że ktoś potknie się o deski i jakimś cudem wypadnie 😉

Trzeba było trochę postraszyć Anię ;]

Pomyłka! Trynitarska przed nami.

Muzeum w Bramie Krakowskiej okazało się całkiem interesujące
Schody w Muzeum w Bamie. Wchodząc na Wieżę Trynitarską było bardzo ciasno.

Deptak widziany z okienka Bramy Krakowskiej

Z góry widać potok ludzi na Deptaku

Katedra

Wyjście na taras

Widok na Wieżę od strony Katedry

Z okazji Jarmarku na Placu pod Zamkiem było wiele atrakcji dla dzieci, których nie mogliśmy przecież ominąć ;)!.
Najprostsze gry i zabawki z drewna w wersji „big” chyba wszystkim się podobały.
Do wiszących kokonów baliśmy się jednak wejść żeby nie urwać dzieciom takiej fajnej huśtawki…

Pacynki robione na miejscu – krówki nie mieli

Na koniec rowerowy klimat przy barach na starówce 🙂

„Paleta Smaków”

„Czeska Piwnica”
I najładniejszy różowy – „Sielsko Anielsko”

Smaki Lublina

Zachwycałam się Toruniem i nadmorskimi miastami,
a poprzedni weekend spędziłam na zwiedzaniu  i smakowaniu kolejnego pięknego miasta.
Tym razem daleko nie jechałam – tyle co autobusem do centrum. Obrano kierunek Lublin!
Aż wstyd się przyznać ale dawno nie byłam na lubelskiej starówce. Czasami oczywiście idąc na uczelnię, czy na targ, przeszłam przez Stare Miasto. Ale na szybko, w biegu – to nie to samo. Okazją do zwiedzenia własnego miasta był Jarmark Jagielloński. 
Ciekawie było pobawić się w turystkę we własnym mieście 🙂
Zdjęcia podzielę na dwa wpisy gdyż jak na turystkę przystało mam ich całe mnóstwo.
Pierwszy dzień spędziłam z Anią i Marcinem ( oni zawsze natchną człowieka na zwiedzanie!:) ),
a drugi z Julką i Eweliną ( które też wczuły się w rolę i wpadły w szał robienia zdjęć – jak dobrze, że nie jestem sama 😉 ).
Ten post będzie poświęcony głównie regionalnym smakołykom, których próbowałam podczas tego weekendu. Oczywiście nie tylko, bo nie da się ominąć pięknych kamieniczek.

Brzuchy gotowe do startu,  zaczynamy jeść !

Podróż zaczniemy od jedzenia ze straganów, które pojawiły się w czwartkową noc na Starym Mieście.
Staraliśmy się bardzo żeby spróbować wszystkiego.
Na początek, chyba najbardziej znane lubelskie cebularze.
Jadłam je każdego dnia jarmarku, również w wersji „big” – pyszny cebularz kolos w knajpie Św. Michał.

Pub znajduje się na starówce, na przeciwko Placu po Farze.
Serwują tam typowo regionalne dania.
Oprócz wspomnianych cebularzy z ciągnącym się serem i sałatką z rukolą na wierzchu, kusiły mnie inne specjały, których muszę spróbować następnym razem np.

– forszmak lubelski ( zapiekany pod ciastem cebularzowym! )
– żebro Św. Michała
– schabowy po lubelsku – z sadzonym jajkiem (widziałam, ogromny! )
– placek ziemniaczany z gryką i sosem z wołowiny i lubelskich grzybów
Więcej z menu tutaj: smakołyki Św. Michała
Cebularz Św. Michała
Do tego piwo Św. Michał i Miłosław
Pyszne cebularze na straganie, obok piróg biłgorajski na słodko 
Kolejne przysmaki to „ciasta” z kaszy.
Wypiekane w formach z dodatkiem  białego sera, ziemniaków, śmietany itp..
Z wyglądu przypominają pasztet, z chrupiącymi przypieczonymi brzegami.
Piróg biłgorajski może być przygotowany na słono lub słodko – wtedy smakiem przypomina sernik ( na zdjęciu obok cebularza ).

Inne specjały: jaglaki, kulebiaki i gryczaki.

Oczywiście pojawił się też chleb ze smalcem (nigdy za nim nie przepadałam, a ten był taki dobry!),
różnego rodzaju pierogi  z serem i kapustą podsmażane tradycyjnie lub te z chrupiącą skórką smażone na głębokim oleju.

Smalczyk ze skwarkami ( i to jednym dużym E.Skwarek 🙂 ) i cebularz 

Smażone pierożki i gryczak w ustronnej alejce

Nad całym Starym Miastem unosił się aromat przysmaków.
Z dań na ciepło najbardziej smakowała mi czeburieka – ciasto pierogowe z farszem smażone w głębokim tłuszczu.
 Podobnymi zajadałam się kiedyś na Ukrainie.

Jak już próbować to wszystkiego, a na pewno wszystkich nowości. Padło więc i na kiszkę kartoflaną, czyli ziemniaczki w jelicie…hm mi i Ani trochę zalatywała obórką. Ale niektórym smakowała 😉

Czebureki z mięsem

Smakowita czebureka a do picia kwas chlebowy

Sporna kiszka kartoflana 

Tu kiszka wyglądała całkiem smakowicie. Obok placki ziemniaczane.
Po lewej róg koziołka na słodko
Grillowany oscypek z żurawiną ‚premium’ ;]

W drodze na zamek

A co do picia?
Tradycyjny kwas chlebowy. Tutaj bardzo mi posmakował. Kupowane w sklepie nigdy mi nie podchodziły. Z ciekawości kupiliśmy na straganie i był pyszny – z aromatem śliwkowym i miodowa nutką 😉

Po drugie Cydr Lubelski. Na jarmarku co prawda go nie piliśmy, ale w lecie kupuję go na bieżąco w sklepie ( w osiedlowym sklepiku nie nadążają z dostawą 😉 ). Chyba najlepszy ze wszystkich cydrów jakie próbowałam i można go kupić w litrowej butelce.

Był też duży wybór miodów pitnych.

To oczywiście nie wszystkie smaki ale myślę, że i tak udało nam się spróbować całkiem sporo 🙂
A cebularze i piroga spróbuję kiedyś upiec sama w swoim lubelskim domku 🙂

Do jedzenia polskie jabłka a na do pica cydr.

Tu co prawda rodzinna impreza, ale Cydr Lubelski jest 🙂

Widok na stragany z Wieży Trynitarskiej.

Ziołowy ogródek przy barze na starówce

Rowerem wzdłuż Bałtyku – Dzika plaża w Polsce

Podczas naszej rowerowej wyprawy chcieliśmy odnaleźć najpiękniejsze polskie plaże. Jedną odkryliśmy zupełnie przypadkiem na trasie Pogorzelica – Mrzeżyno. Zupełne pustkowie, biały piasek ….raj (zdjęcia w poprzednim poście 🙂 ).
 Marzyły nam się też zupełnie dzikie plaże. Z dala od ludzi, budek z jedzeniem, nawet sklepów. Tylko my, rowery i nasz namiocik sam na sam z plażą i morzem.

Zastanawialiśmy się czy są jeszcze takie miejsca. Jak mówi piosenka „Już nie ma w Polsce dzikich plaż…”. Postanowiliśmy to sprawdzić :)!
Jeszcze przed wyjazdem Arek zalazł na google.maps plażę na Mierzei przy Dąbkowicach, wzdłuż której nie ma żadnej ścieżki.  Ten tajemniczy kawałek ciągnie się przez 3km pomiędzy dwiema małymi miejscowościami. Z jednej strony morze a za wydmami bagna i las. Według danych z Wikipedii Dąbkowice mają zarejestrowanych tylko 4 stałych mieszkańców!  
Zapragnęliśmy zamieszkać tam przez chwilę i pobyć z dala od cywilizacji. Szczególnie, że nie wiadomo jak długo utrzymają się takie odludne  miejsca.

Tym bardziej, że ilość ludzi  Kołobrzegu trochę nas zmęczyła. Wiadomo każdy ma inną formę spędzania wolnego czasu, my jednak wolimy małe mieścinki. Co prawda nie wyszalejemy się na imprezach, ale rozłożymy ręcznik na plaży nie tam gdzie jest miejsce, a tam gdzie chcemy 😉
Co do Kołobrzegu okazało się, że każdy znajdzie coś dla siebie. W centrum plaże są bardzo zatłoczone ale jadąc rowerkiem dosłownie 5min za miasto, ludzi jest niewiele i uwydatnia się piękna przyroda. Po jednej stronie ścieżki morze a po drugiej jeziorka z kaczkami i łabędziami 🙂
Nie wiadomo w którą stronę robić zdjęcia 🙂


Wyjazd z Kołobrzegu – jak ładnie

Na prawo….



…na lewo

Już troszkę dalej

Zaraz Sianożęty

 Między noclegiem w Kołobrzegu a naszym upragnionym celem mieliśmy jeszcze jeden przypadkowy nocleg w Pleśni. Przypadkowy, bo wyjeżdżając z Ustronia Morskiego zobaczyliśmy znak „Camping – 2km”, a że byliśmy już 3dzień w jeździe, a przed nami była kusząca rzeczka, która wpadała do morza stwierdziliśmy, że idziemy się opalać.

Jak to dobrze nic nie planować 🙂
To był dobry wybór 🙂 Kolejne ustronne miejsce właśnie kilka km od Ustronia 🙂
Raj dla dzieci i nie tylko;),  bo w rzeczce można się kąpać. Do tego wydmy….
Zwiedzania świata z rowerowego siodełka zaczęliśmy od Polski i z każdym dniem widzimy, że to był świetny pomysł 🙂

Znajdźcie mistrza drugiego planu 🙂

W Polsce też może być egzotycznie

Z Pleśni ruszamy na „naszą” plażę 🙂
W Łazach w tajemniczych okolicznościach znika R10, która miała być wzdłuż wybrzeża.
 Google proponuje do Dąbkowic 26km naokoło.
 Miejscowi proponują kombinować przez las i bagna, bo jest jakaś ścieżka ale nie wiedzą czy prowadzi na plażę.
Kolejna opcja 3km plażą…
Nasze tajemnicze miejsce jest na plaży tuż przed samymi Dąbkowicami. Chyba nie warto jechać na około …;)?
Inni rowerzyści, którzy też mają taki dylemat powoli rezygnują i jadą naokoło.
Wybieramy las.
Co prawda jest zakaz wstępu. Inni rowerzyści wyjeżdżają z niego mówiąc, że się nie da – same bagna. 
Próbujemy! W końcu jakaś ścieżka jest. Las jest bardzo gęsty i rzeczywiście dziki. 
Po ok 6km sprawdzamy na GPS-e, że od plaży coraz bardziej oddziela nas bagno i zawracamy.
Tajemnicza ścieżka
Nie chcemy się poddać i jechać na około, idziemy plażą, będzie przygoda ;)!
Te 3km plażą zrobiliśmy w co najmniej 2 godziny…
Może nie była to najmądrzejsza decyzja 😉 i już wiemy dlaczego większość pojechała główną drogą. Ale co do jednego się nie pomyliliśmy – wrażenia były:)
Może nie byłaby to wielka przeprawa ze zwykłym rowerem, ale nasze mało nie ważyły. Do tego zrobiliśmy zakupy na wieczór i śniadanie.  Zapadając się w piach nie wspominałam o nadprogramowym soczku, który kupiłam 😉
Próbowaliśmy mokrym piachem nad wodą – zapadamy się,
targamy jeszcze raz przez suchy piach i próbujemy ścieżką na wydmach – kończy się…
Do tego nie mam już siły żeby wyciągnąć rower z wydm i wrócić na mokrą ścieżkę.
Do wyciągania przydaje się bagażnik z przodu za który można ciągnąc.
Mozolnie idziemy, pocieszam się, że to tylko 2-3km muszą się kiedyś skończyć 😉
Ale nasza lokalizacja na GPS-e wcale się nie zmienia…. ;>
Próbuję szybkiego sprintu – rower mniej się zapada, ale po 3-4 wymiękam i raz ciągnę za siodełko raz pcham za kierownice. Czujemy barki, ręce, nogi 😉
Kolejna przeszkoda – parę falochronów przez które Arek musi przenieść rower.
Cóż za tor przeszkód 🙂
Ale udało się :)!
Gdy kolejnym razem urywa się droga wybieramy już szosę. Ale tej pełnej wrażeń trasy nie zamieniłabym na inną 🙂
Było ciężko, ale gdy rozbijaliśmy namiot sami na plaży zapomnieliśmy już o wysiłku i była tylko radość 🙂
Trochę się zapadam – chwila odpoczynku

Już 20.30 trzeba jechać – a raczej się toczyć
Po śladach Arka

I dotarliśmy.
Tak jak chcieliśmy ok. pół kilometra przed Dąbkowicami.
W osadzie jest jakiś camping i w oddali widzimy blask ogniska na plaży.
Rozbijamy się, powoli zachodzi słońce.
Rowerów nawet nie przypinamy tylko łączymy je razem – złodziej chyba by padł i porzucił rowery kilka metrów dalej ;).
Piejemy przytargane winko i lokujemy w naszym nowym domku.
W nocy mnóstwo gwiazd i szum morza.

Nasz nowy domek
Dobranoc :)!
W naszym nowym domu żyjemy sobie spokojnie 🙂
Czasami ktoś przebiegnie, czasami przejdzie jakiś zmęczony rowerzysta z sakwami.
Rano kawa na falochronie,
cały dzień plażujemy,
gotujmy spaghetti, gramy w karty,
czekamy aż upał trochę minie i rozpalamy Dźwigniogrilla.
Tak to wygląda rano



Arek wyruszył na „małe” zakupy. Jest i wino 🙂
A ja zostałam z łabędziem
Dzika „pliaż”
Dźwgniogrill już przedstawiłam.
Kratka do grillowania ryb wisząca na drewnie z wydm.
Drewnianą dźwignią regulujemy odległość rusztu nad ogniem 🙂

Nasze obozowisko w całości



Rowerem wzdłuż Bałtyku – Świnoujście i przewóz roweru pociągiem



Niby nie wyjeżdżaliśmy z Polski, ale żartowalismy sobie, że podróż pociągiem będzie na miarę wcześniejszej wyprawy ma Krym,
Lwów – Symferopol. I dużo się nie pomyliliśmy – było ciekawie 😉 
Sakwy prawie załadowane, urlop wzięty, sprawdziliśmy na stronie o której odjeżdża nasz pociąg, ale coś nas tknęło żeby kupić bilet osobiście…
Według strony pkp nasz pociąg miał odjechać w piątek o 20tej z minutami. Można go było kupić przez internet. Chcieliśmy dopytać się o rowery więc pojechaliśmy na stację. „Przemiła” pani w okienku odpowiedziała nam, że taki pociąg nie istnieje, a ona nie ma internetu i nie wie co jest na stronie pkp. Scena jak z „Misia” 😉 Pociąg owszem był, ale o 18.30, jeżeli chodzi o rowery „to powodzenia haha” bo są tylko 3 miejscówki na cały pociąg dawno już wyprzedane. Więc zależy czy konduktor nas przyjmie 🙂
No tak. pociąg jedzie przecież przez całą Polskę, rowerzystów nie brakuje a miejsca tylko 3 ;). 
Kupiliśmy bilet bez miejscówek przed samym odjazdem, licząc że jakoś się dogadamy z konduktorem co do rowerów.
Dobrze, że nie kupiliśmy biletu przez internet. Siedzielibyśmy przed 20tą na stacji spakowani, zadowoleni czekając na pociąg, podczas gdy do Świnoujścia już dawno odjechał 😉 

Ok, mamy bilety! Radość jak po zdobyciu biletów na Krym w aptece na dworcu 😉
Wyjazd 18.30, przesiadka w Warszawie Wschodniej, Świnoujście ok 7.40.
Liczymy na to, że jakos uda nam się ulokować rowery i nie będziemy musieli stać przy nich całą noc.
Do Warszawy luksus 🙂
Sami w przedziale rowerowym, rowery dyndają nam nad głowami, pijemy spokojnie kawę.

Jeszcze tyle miejsca :)!

W Warszawie zaczyna się robić ciekawie. Oprócz nas jest jeszcze 5 osób, a każda z nich ma wykupioną miejscówkę na te 3 biedne wieszaki ;). My przynajmniej mamy taki komfort, że nie musimy kłócić się o wieszak bo go po prostu nie mamy 😉 Upychamy rowery jak najdalej w kąt, bo wysiadamy ostatni, spinamy je razem, i zaczyna się przypianie pozostałych rowerów. Siadamy na swoich dmuchanych poduszkach w rowerowym ( bo przecież nie mamy miejscówek ) pijemy piwo i cieszymy się, że mamy gdzie siedzieć 🙂

To jeszcze jest dużo miejsca
Nasze tymczasowe miejscówki

Potem zaczyna się zabawa. Na kolejnych stacjach dosiadają się kolejni rowerzyści z biletemi na te 3 wieszaki 🙂 Zaczyna się logistyczny tetris. Jak w rowerowym na 3 rowery, zmieścić ich kilkanaście. do tego osoby wysiadające pierwsze muszę je mieć na samej górze. Tetris ogarnięty. Jest 2 w nocy, miła pani konduktor śmieje się z naszej konstrukcji. Na pytanie jak można sprzedać tyle miejscówek na kilka wieszaków i dlaczego nie można po prostu dołączyć wagonu rowerowego  odowiada ze śmiechem, że w wakacje na koleji nikt nie wie co się dzieje 😉
Potwierdzamy, ten kto projektował przedziały rowerowe chyba nigdy nie widział roweru 😉
Wszystko jest tak zapakowane, że dla nas miejsca już nie ma, ale znajdujemy jakieś wolne w przedziale i udaje nam się trochę pospać. Dopiero jak strasznie marznę nad ranem decyduję się na próbę wykopania bluzy z sakwy spod sterty rowerów :).
W drodze powrotnej miejsca na rowery było jeszcze mniej. Słynne trzy wieszaki były w ostatnim przedziale w wąskim przejściu na przeciwko WC. Każdy wychodzący z łazienki dostawał w oko lub po głowie wiszącą kierownicą 😉 Mieliśmy szczęście, że wsiedlismy w Gdyni, osoby dosiadające się musiały całą drogę stać z rowerami.
Dobry duży przedział był tylko na odcinku Hel – Gdynia Główna.
Miejsca starczyło i na wygibasy 🙂

Mamy opóźnienie 40min…Czy w Gdyni pociąg  będzie na nas czekał? Zaczekał :)!

Za każdym razem przy wkładaniu roweru do pociągu trzeba było odpinać wszystkie sakwy – mało nie ważył. Jadąc z Helu do Gdyni gdzie mieliśmy przesiadkę, opóźnienie wynosiło 40min. Przy dużej ilości czasu odpinanie całego sprzętu nie robi większej różnicy. Ale przy sprincie po schodach przy zmianie peronu, na którym pociąg czekał już tylko na nas, trochę się zmachaliśmy. Na szczęście pomógł nam jakiś chłopak z przedziału. Upał 30 stopni, wszyscy nieźle się zmachaliśmy 🙂

Podróż nad morze i z powrotem dostarczała nam atrakcji 🙂 
Dojeżdżamy na miejsce, zaspańcy idziemy na prom. Do centrum Świnoujścia trzeba przeprawić promem. Jeżdżą często i są bezpłatne.
Wpadamy na kamping, rozbijamy się  i zasypiamy na godzinkę…
( jak dobrze, że nie trzeba dmuchać materacy 😉 ! )

Pogoda jest świetna, idziemy więc na plażę.
Smaki wakacji
Jak to w dużej miejscowości jest trochę ludzi, ale miasto bardzo nam się podoba. Ładne budownictwo, nie ma przesadzistych hoteli tylko małe zadbane, ładne domki lub apartamenty do wynajęcia. Przez całe miasto ciągnie się deptak, plaża jest szeroka, do wody da się wejść na chwilkę 😉
Czuję się trochę jak za granicą. Do Niemiec jest stąd tylko parę kilometrów, więc pełno tu obcokrajowców.
Co ciekawe dopiero w Kołobrzegu dowiadujemy się od ludzi, że na naszym campingu ( Relax ) trzeba było chodzić do łazienki przy domkach dla Niemców, wyższy standard i zawsze mieli ciepłą wode…! 😉 
Zostajemy 2 noce, żeby nacieszyć się morzem. W końcu mamy wakacje, trzeba chwilkę odpocząć przed długą drogą 🙂 Relaksujemy się objadamy się rybami, typowe nadmorskie atrakcje :). Wieczorem robimy piknik z makrelą w głównej pod malowniczym wiatrakiem, który przywoływał wspomnienia z Santorinii 🙂 

Pierwsza makrela nad morzem
Moje ulubione danie to… piknik :)! Nie ważne co, byle by w ładnym miejscu 🙂
Coś na deser?

Tradycja jest – koła zamoczone

Statyw rowerowy świetna rzecz 🙂

Na tej plaży piasek był tak ubity, że można było jeździć po niej rowerem
Wiatrak musiałam obfotografować z każdej strony 🙂

Warto było czekać na taki piękny zachód słońca

Na koniec „fishburger”, który strasznie nas rozbawił
-czyli śledź w bułce.
Jak wracaliśmy ze spaceru już go nie było… 😉

Było pięknie, czas wyruszać w kierunku Międzyzdrojów.

Rowerem wzdłuż Bałtyku – Trasa Świnoujście – Hel

Czas zacząć relację z podróży Świnoujście – Hel 🙂
Mam mnóstwo zdjęć i miejsc do opisania, postanowiłam więc, że zacznę po prostu od przygotowań,
a widoki i ciekawe miejsca zostawię na później 🙂

Zastawialiśmy się gdzie pojechać na pierwszą dłuższą wyprawę rowerową. Na początku do głowy przychodziła Norwegia, Gruzja, może Włochy. Ale stwierdziliśmy, że Polska jest przecież taka piękna. Piaszczystymi plażami można iść bez końca, niezastąpione są zachody słońca z falochronami, dodatkowo nawdychamy się świeżego, zdrowego morskiego powietrza. Martwiliśmy się tylko o pogodę, ale zupełnie niepotrzebnie. Jedziemy więc wzdłuż polskiego wybrzeża Bałtyku, w poszukiwaniu najpiękniejszych plaż 🙂

Jak wyznaczyło nam google.maps plan zakładał ok 380km do przejechania, przejechaliśmy jednak trochę ponad 500km.

Misja Świnoujście – Hel wykonana 🙂
2 tygodnie na rowerze,  ponad 500km na liczniku, 13 noclegów na campingach, 2 na dzikiej plaży i 1 w pociągu.
Tylko 1dętka przebita, 1naprawa zapowietrzonych hamulców, 1dosyłka aparatu 😉
Słońce i morze codziennie.
Ciężko było wrócić do codzienności, kiedy wstaje się rano i nie ma iluś tam kilometrów do przejechania do celu…
Było pięknie, dużo wrażeń i pozytywnego wysiłku. Chociaż czasami od upału głowa aż pulsowała pod kaskiem a kilometrów nie ubywało, radość i satysfakcja jest ogromna 🙂
Świnoujście  – Dziwnówek – Kołobrzeg – Pleśna – dzika plaża na Mierzei przy Dąbkowicach – Ustka – Łeba – Dębki – Chałupy – a na końcu Hel 🙂
Hel zdobyty :)!
To tak w skrócie, wszystkie etapy opiszę w kolejnych postach.

 W zasadzie nie ustalaliśmy trasy wcześniej. Mieliśmy po prostu dojechać na Hel, spędzając przynajmniej po jednej nocy w Dębkach, Chałupach i na dzikiej plaży, którą Arek wypatrzył na mapie. Sprawdziliśmy jeszcze gdzie jest najbliższy camping w Świnoujściu, żeby nie szukać długo po nocy w pociągu.
I tak nie był to wyjazd tylko w trasie. W ciekawszych miejscach chcieliśmy zostawać przeważnie po 2 noce, żeby spędzić pełen dzień na zwiedzaniu okolicy lub po prostu na plaży. Reszta miała wyjść w „jeździe”:) i w zależności od pogody.

Wstępny zarys podróży

Co do pogody to nie spodziewaliśmy się takiej ilości słońca na polskim morzem. Pogoda była piękna, czasami nawet aż za piękna 😉 Przed wyjazdem myśleliśmy, że w ładne dni będziemy się opalać a w pochmurne jechać. A tu cały czas pełne słońce 😉 Temperatura nie spadająca poniżej 25stopni, w tym ciepłe wieczory mało kiedy utrzymuje się non stop nad naszym morzem. Podobno były jakieś przejściowe burze, o których czasami słyszeliśmy, ale kiedy zgrzani goniliśmy je na rowerach, żeby choć trochę nas ochłodziły, zawsze omijały nas bokiem.

Z takich rzeczy, z których nie zdawałam sobie sprawy to wiatr, a raczej jego kierunek. Zawsze wydawało mi się, że wiatr nad morzem po prostu wieje od wody, albo raz w jedną raz w drugą stronę. Okazuje się, że niektórzy bardziej zorientowani rowerzyści sprawdzili, że wiatr w tym okresie wieje akurat ze  wschodu na zachód. Czyli jadąc w kierunku Helu mieliśmy go ciągle na twarzy 😉 O dziwo nie zmienił kierunku przez 2 tygodnie! Na początku był dość męczący, kiedy oswajaliśmy się dopiero z balansowaniem na rowerze z sakwami – parę razy na rondzie czy zakręcie musiałam z nim walczyć żeby nie zdmuchnął mnie z drogi. Ale po dwóch dniach trochę złagodniał.

Sakwy

Nasz komplet sakw crosso dry

Każdy:

– 2 duże na tył 60l

– 2 małe na przód 30l

– worek 15l

Pakowanie na dzikiej plaży

Tuż przed wyjazdem, dopiero łapię równowagę z sakwami

Najtrudniej było złapać równowagę w drodze na dworzec – ok 8km. Przychodziły nam do głowy pomysły, żeby odesłać połowę rzeczy do domu 😉 W końcu nigdy wcześniej z nim nie jeździliśmy i nawet nie wiedzieliśmy na jaki ciężar się nastawiać. Ale jakoś się odepchnęłam, trzeba było trochę pobalansować i ruszyliśmy 🙂

Załadowani, ruszamy! Na razie z górki 🙂

  Do ciężaru sakw przyzwyczaiłam się już zupełnie po pierwszym dniu. Tzn. oczywiście przy podjazdach trzeba było się „trochę” napracować, ale przy w miarę płaskim terenie już ich nie czułam. A po tygodniu niechcący zrobiliśmy nawet
100km w 1dzień z sakwami i to w połowie na leśnym/bagnistym terenie. Co prawda na camping wjechaliśmy lekko otumanieni i ledwo żyjącymi tyłkami ale gdy pod sklepem jakaś pani zrobiła zdjęcie naszym rowerom ( dla męża, któremu ciężko nieść parawanik dla plaże 😉 ) czuliśmy dużą satysfakcję.
W dni na rowerze  robiliśmy ok 50-60km dziennie, na normalnej, utwardzonej drodze taki dystans robiło się bardzo przyjemnie. Ale z tym drogami było różnie 😉 O tym napiszę w poście o dzikiej plaży 🙂


Sakwy sprawdziły się rewelacyjnie. Są bardzo pojemne, potrójne zrolowanie zapięcia daje gwarancję wodoszczelności nawet przy ulewnym deszczu. Nie mieliśmy okazji zmierzyć się z ulwą ( o którą czasami baaardzo prosiliśmy ) ale potwierdzamy wodoszczelność 🙂

Przeprawa przez rzeczkę

Znalazły się dla nich też inne zastosowania:

– torba na za zakupy

– zbiornik na wodę na prysznic na dzikiej plaży

– kobieca torebka

– noszenie wody do zalewania ogniska

I te kolory n tle morza…

Tu jako kobieca torebka

Co mieliśmy w sakwach?

Po pierwsze namiot.
Zrezygnowaliśmy z naszej 2-osobowej trumienki, na rzecz większego namiotu 3-osobowego. Trumienka zawsze spisuje się świetnie, ale ta „3 osoba” potrzebna była żeby pomieścić wszystkie  sakwy.
Waga namiotu ok 3kg.

Mały namiocik od słońca na dni plażowania.
Bez niego ciężko byłoby wytrzymać upały na plaży.

Świnoujście


Zestaw każdego:

– śpiwór ultralekki 0,8kg ( wielkości klapka jak wdać na zdjęciu )

– materac z wbudowaną nożną pompką ( równie lekki ). Na szczęście nie trzeba było pompować ustami przy każdym rozbijaniu, przeważnie dojeżdżaliśmy na wieczór i byliśmy już zmęczeni.

– poduszka samopompująca. Wystarczy odkręcić zawór i rzucić na ziemię. Można na niej spać (obleczona w poszewkę) lub użyć jako „krzesełko”.

Śpiwór hi-tec, pomarańczowy materac McKinley i zielona poduszka
Przytulna mumia i poduszka sprawdzała się też na plaży

Zestaw kuchenny:

– palnik kupiony w Czarnogórze za grosze 4 lata temu

– naboje do palnika – na 2tyg zużyliśmy 2 ( trzeci w zapasie )

– 2 metalowe kubki

– 2 plastikowe kieliszki

– menażka do gotowania obiadów  i wody, montowania Miskogrilla

– 2 plastikowe talerzyki, sztućce, deseczka (krowia deseczka tak naprawdę zbędna ale zabrałam ją z sentymentu 😉 )

– pół kratki na rybę – tak pół, służyła jako grill

Oto Dźwigniogrill – na dźwigni z patyka z wydm, zamontowana jest wspomniana kratka na ryby (z wygiętym uchwytem). Dźwignią regulujemy odległość od ognia. Pomysł i wykonanie Arek 🙂

Mięsko o zachodzie słońca na Dźwigniogrillu. Dzika plaża.
Ale to smakowało po długim dniu na plaży
Miskogrill z użyciem tej samej kratki – Camping w Łebie
W Miskogrillu możemy też podwędzić kiełbaski
Stary sprawdzony palnik i deseczka Krowa – przydała się pod drożdżówki

Plastikowe kieliszki – opijamy wyczerpującą przeprawę na Dziką Plażę

Inne przydatne rzeczy:

Licznik bardzo przydał się na takim długim wyjeździe. Bez niego nie udałoby się nam określić ile dokładnie przejechaliśmy ( chociaż raz źle go zaczepiłam i nie podliczył nam ok 25km. ) Na krótkie trasy można jeździć np. z endomondo ale przy spaniu na campingach i całym dniu w trasie nawet powerbank nie nadrabiał z ładowaniem. Przy włączonym endomondo, internetem i GPS baria nie wytrzymywała do wieczora 😉

Hel

Powerbanka mieliśmy na baterie. 4 paluszki powinny wystarczyć naładowanie telefonu do pełna, ale przy gorszej jakości bateriach, trzeba było zużyć więcej. Jest więc to jakieś rozwiązanie ( na dzikiej plaży bez tego bylibyśmy bez komórek ) ale na następny dłuższy wyjazd pomyślimy o jakiejś dobrej ładowarce na słońce lub napędzaną rowerem. Na słońce sprawdzi się w dni odpoczynku a podłączona do roweru w trasie.

Jako, że bardzo lubię robić zdjęcia i lubię gdy mamy je razem, zabrałam statyw. Dodatkowo jeszcze zamontowaliśmy statyw rowerowy, żeby za każdym razem nie trzeba było wyjmować dużego statywu z sakwy. Nie przeszkadza na kierownicy, do tego był niedrogi więc bardzo fajnie mieć go ze sobą.



Statyw rowerowy

I na koniec gadget z nadmorskiego sklepu ze wszystkim. Plastikowy pomidorek po 2zł. Niby głupota ale rozwiązały nasz problem z rozkwaszaniem się pomidorów w sakwie. W Łebie kupiliśmy więc drugi do kompletu 🙂

Futerały na pomidory 🙂

W kolejnej relacjach skupię się już na miejscach, podróży pociągiem ( o tak, jest o czym pisać 😉 ) i drogach rowerowych.



Rowerowe początki: Lublin – Kazimierz Dolny

Już niedługo wybieramy się na wakacje – po raz pierwszy z rowerami 🙂
Praktycznie kupiliśmy już chyba wszystkie niezbędne rzeczy, pozostaje tylko sprawdzić czy się zmieścimy w sakwy i można wyruszać.
Postanowiłam więc przygotować rowerowy post, od którego zaczęły się wszystkie wyprawy 🙂

Nasza pierwsza wspólna dłuższa trasa:

Lublin – Kazimierz Dolny
 

Jeszcze rok temu myślałam, że szczytem moich możliwości jest dojazd nad Zalew Zemborzycki i ewentualnie (wersja hard ) przejazd wokół zalewu. Z resztą jeżdżąc na swoim „Ital Bike’u”, którego miałam od czasów gimnazjów, nawet nie poznałam mocy zmiany przerzutek. Bo na nim po prostu nie działały 😉

Pierwsza wycieczka Lublin – Kazimierz Dolny skończyła się oczywiście lekkim  odgnieceniem nieprzygotowanych pośladków, ale emocje  kiedy pierwszy raz dojedzie się o własnych siłach w upragnione miejsce są nie do opisania :).

Szalałam ze szczęścia kiedy wjechaliśmy na rowerach na rynek w Kazimierzu i byłam z nas bardzo dumna 😉 Chociaż oczywiście teraz przejechanie ok 45km nie robi większego wrażenia 😉
Ale wtedy zwiedzanie miasteczka, w którym nie raz byliśmy samochodem i zdjęcia przy starej studni „smakowały” zupełnie inaczej.

Jest radość!

Niezwykle klimatyczne skrzynki pocztowe w małej mieścince pod Kazimierzem

Na początku nawet nie czułam zmęczenia, trzymały mnie jeszcze emocje. Arek rozstawiał namiot na campingu nad Wisłą, a ja latałam z aparatem. Podjechaliśmy rowerami tradycyjnie na naszą ulubioną pizzę u Sarzyńskich ( to ci od kogutków 😉 ) i dopiero gdy piliśmy Piwo Kazimierskie przy ognisku poczułam przejechane kilometry.

Wrzosy na campingu

Oto namiot „trumienka” .
Nazwany tak przez nas dlatego, że można w niej najwyżej prawie usiąść. Ale sprawdza się świetnie na krótkie rowerowe wyprawy.
Ale nie tylko.  Mieszkaliśmy w niej też w Czarnogórze ( ma otwarcia z dwóch stron, więc ustawiona bokiem do morza daje duży przewiew ).



„trumienka”

Camping znajduje się nad samą Wisłą, do rynku jest ok 3min piechotą.
Łazienka jest całkiem ok, można też zrobić ognisko.
Jakby ktoś był zainteresowany namiar podaję na zdjęciu:

Mały kryzys dopadł mnie dopiero następnego dnia, kiedy poczułam przebytą trasę siadając na siodełko  😉
 Ale szybko się rozruszałam i po dostawie świeżych drożdżówek do namiotu przejechaliśmy się do Mięćmierza, znajdującego się kilka km od Kazimierza, a następnie wzdłuż Wisły.

Arek wyruszył na poszukiwanie śniadania. Ok. 7 rano Kazimierz był jak wymarty.

Misja Arka spełniona – śniadanie zdobyte 🙂
  Karimaty kupiliśmy na szybko przed wyjazdem za niecałe 10zł….. Jakbym spała na ziemi nie byłoby większej różnicy – jak widać raczej nie wyglądam na wyspaną 😉 Ale po chwili było już dobrze 🙂


Śniadanie prawie do łóżka 😉

Magnesik do kolekcji

Mięćmierz wygląda jak mała wioska  z dawnych czasów.
Miejscowi sprzedają przy ulicy maliny, miody z własnych uli, jest mały skansen i  piękny widok na zamek w Janowcu i Krowią Wyspę na Wiśle.
( hmm chyba motyw krowi był mi pisany, chociaż wtedy nawet nie myślałam o krowim rowerze 😉 ).

Mięćmierz

Krowia Wyspa – teraz rezerwat kiedyś krowie pastwisko

W tle zamek w Janowcu

Pojeździliśmy jeszcze trochę w nieznane po okolicy, w miejsca gdzie prawie nie ma ludzi.
Kiedy głodni szukaliśmy sklepu żeby kupić coś do jedzenia uratowały nas jabłka z sadu 🙂

Tak było gorąco ;)!

Jest taki zwyczaj, żeby po dotarciu nad wodę zamoczyć przednie koło.
 

Powoli trzeba było zbierać się do domu.
Ale pole kukurydzy strasznie nas kusiło 😉

 

 

 

Nie trzeba wiele czasu ani pieniędzy żeby wybrać się na fajna wycieczkę.
Nawet znane od lat miejsca ale widziane z siodełka wyglądają zupełnie inaczej.
A największą satysfakcję daje dotarcie tam o własnych siłach.

Teraz każde z nas ma już inny, trochę lepszy rower,
( ten który dzielnie spisał się w Kazimierzu był mamy Arka),
 oraz siodełka na dłuższe trasy, więc takie odległości robimy z wielką przyjemnością 🙂

 Z wyjazdu na wyjazd pakowaliśmy się coraz lepiej, powoli kompletując jak najbardziej praktyczny sprzęt. Namiot „trumienka” świetnie spisuje się od lat, ale na tegoroczny wakacyjny wyjazd kupiliśmy większy, żeby zmieścić nie tylko siebie ale też bagaże.



Bagaż jeszcze niedoskonały 😉 Ale się spisał.

Warto też kupić  ultralekkie i małe materace i śpiwory .
Wystające karimaty, jak te na zdjęciach nadają się raczej na krótkie wyjazdy. Zajmują zbyt dużo miejsca, a przyczepione do sakwy stanowią pewien opór dla powietrza.
Pełną relację łącznie z nowym sprzętem i opinią jak się sprawdził przedstawię po wyjeździe.

Podsumowując pierwszy wyjazd to ok 100km w 2 dni
(na początek trasa w sam raz),
 piękna pogoda ,
zwiedzanie Kazimierza i okolic z innej ( dużo ciekawszej 😉 ) perspektywy
i mnóstwo wrażeń 🙂