Rowerem wzdłuż Bałtyku – Świnoujście i przewóz roweru pociągiem



Niby nie wyjeżdżaliśmy z Polski, ale żartowalismy sobie, że podróż pociągiem będzie na miarę wcześniejszej wyprawy ma Krym,
Lwów – Symferopol. I dużo się nie pomyliliśmy – było ciekawie 😉 
Sakwy prawie załadowane, urlop wzięty, sprawdziliśmy na stronie o której odjeżdża nasz pociąg, ale coś nas tknęło żeby kupić bilet osobiście…
Według strony pkp nasz pociąg miał odjechać w piątek o 20tej z minutami. Można go było kupić przez internet. Chcieliśmy dopytać się o rowery więc pojechaliśmy na stację. „Przemiła” pani w okienku odpowiedziała nam, że taki pociąg nie istnieje, a ona nie ma internetu i nie wie co jest na stronie pkp. Scena jak z „Misia” 😉 Pociąg owszem był, ale o 18.30, jeżeli chodzi o rowery „to powodzenia haha” bo są tylko 3 miejscówki na cały pociąg dawno już wyprzedane. Więc zależy czy konduktor nas przyjmie 🙂
No tak. pociąg jedzie przecież przez całą Polskę, rowerzystów nie brakuje a miejsca tylko 3 ;). 
Kupiliśmy bilet bez miejscówek przed samym odjazdem, licząc że jakoś się dogadamy z konduktorem co do rowerów.
Dobrze, że nie kupiliśmy biletu przez internet. Siedzielibyśmy przed 20tą na stacji spakowani, zadowoleni czekając na pociąg, podczas gdy do Świnoujścia już dawno odjechał 😉 

Ok, mamy bilety! Radość jak po zdobyciu biletów na Krym w aptece na dworcu 😉
Wyjazd 18.30, przesiadka w Warszawie Wschodniej, Świnoujście ok 7.40.
Liczymy na to, że jakos uda nam się ulokować rowery i nie będziemy musieli stać przy nich całą noc.
Do Warszawy luksus 🙂
Sami w przedziale rowerowym, rowery dyndają nam nad głowami, pijemy spokojnie kawę.

Jeszcze tyle miejsca :)!

W Warszawie zaczyna się robić ciekawie. Oprócz nas jest jeszcze 5 osób, a każda z nich ma wykupioną miejscówkę na te 3 biedne wieszaki ;). My przynajmniej mamy taki komfort, że nie musimy kłócić się o wieszak bo go po prostu nie mamy 😉 Upychamy rowery jak najdalej w kąt, bo wysiadamy ostatni, spinamy je razem, i zaczyna się przypianie pozostałych rowerów. Siadamy na swoich dmuchanych poduszkach w rowerowym ( bo przecież nie mamy miejscówek ) pijemy piwo i cieszymy się, że mamy gdzie siedzieć 🙂

To jeszcze jest dużo miejsca
Nasze tymczasowe miejscówki

Potem zaczyna się zabawa. Na kolejnych stacjach dosiadają się kolejni rowerzyści z biletemi na te 3 wieszaki 🙂 Zaczyna się logistyczny tetris. Jak w rowerowym na 3 rowery, zmieścić ich kilkanaście. do tego osoby wysiadające pierwsze muszę je mieć na samej górze. Tetris ogarnięty. Jest 2 w nocy, miła pani konduktor śmieje się z naszej konstrukcji. Na pytanie jak można sprzedać tyle miejscówek na kilka wieszaków i dlaczego nie można po prostu dołączyć wagonu rowerowego  odowiada ze śmiechem, że w wakacje na koleji nikt nie wie co się dzieje 😉
Potwierdzamy, ten kto projektował przedziały rowerowe chyba nigdy nie widział roweru 😉
Wszystko jest tak zapakowane, że dla nas miejsca już nie ma, ale znajdujemy jakieś wolne w przedziale i udaje nam się trochę pospać. Dopiero jak strasznie marznę nad ranem decyduję się na próbę wykopania bluzy z sakwy spod sterty rowerów :).
W drodze powrotnej miejsca na rowery było jeszcze mniej. Słynne trzy wieszaki były w ostatnim przedziale w wąskim przejściu na przeciwko WC. Każdy wychodzący z łazienki dostawał w oko lub po głowie wiszącą kierownicą 😉 Mieliśmy szczęście, że wsiedlismy w Gdyni, osoby dosiadające się musiały całą drogę stać z rowerami.
Dobry duży przedział był tylko na odcinku Hel – Gdynia Główna.
Miejsca starczyło i na wygibasy 🙂

Mamy opóźnienie 40min…Czy w Gdyni pociąg  będzie na nas czekał? Zaczekał :)!

Za każdym razem przy wkładaniu roweru do pociągu trzeba było odpinać wszystkie sakwy – mało nie ważył. Jadąc z Helu do Gdyni gdzie mieliśmy przesiadkę, opóźnienie wynosiło 40min. Przy dużej ilości czasu odpinanie całego sprzętu nie robi większej różnicy. Ale przy sprincie po schodach przy zmianie peronu, na którym pociąg czekał już tylko na nas, trochę się zmachaliśmy. Na szczęście pomógł nam jakiś chłopak z przedziału. Upał 30 stopni, wszyscy nieźle się zmachaliśmy 🙂

Podróż nad morze i z powrotem dostarczała nam atrakcji 🙂 
Dojeżdżamy na miejsce, zaspańcy idziemy na prom. Do centrum Świnoujścia trzeba przeprawić promem. Jeżdżą często i są bezpłatne.
Wpadamy na kamping, rozbijamy się  i zasypiamy na godzinkę…
( jak dobrze, że nie trzeba dmuchać materacy 😉 ! )

Pogoda jest świetna, idziemy więc na plażę.
Smaki wakacji
Jak to w dużej miejscowości jest trochę ludzi, ale miasto bardzo nam się podoba. Ładne budownictwo, nie ma przesadzistych hoteli tylko małe zadbane, ładne domki lub apartamenty do wynajęcia. Przez całe miasto ciągnie się deptak, plaża jest szeroka, do wody da się wejść na chwilkę 😉
Czuję się trochę jak za granicą. Do Niemiec jest stąd tylko parę kilometrów, więc pełno tu obcokrajowców.
Co ciekawe dopiero w Kołobrzegu dowiadujemy się od ludzi, że na naszym campingu ( Relax ) trzeba było chodzić do łazienki przy domkach dla Niemców, wyższy standard i zawsze mieli ciepłą wode…! 😉 
Zostajemy 2 noce, żeby nacieszyć się morzem. W końcu mamy wakacje, trzeba chwilkę odpocząć przed długą drogą 🙂 Relaksujemy się objadamy się rybami, typowe nadmorskie atrakcje :). Wieczorem robimy piknik z makrelą w głównej pod malowniczym wiatrakiem, który przywoływał wspomnienia z Santorinii 🙂 

Pierwsza makrela nad morzem
Moje ulubione danie to… piknik :)! Nie ważne co, byle by w ładnym miejscu 🙂
Coś na deser?

Tradycja jest – koła zamoczone

Statyw rowerowy świetna rzecz 🙂

Na tej plaży piasek był tak ubity, że można było jeździć po niej rowerem
Wiatrak musiałam obfotografować z każdej strony 🙂

Warto było czekać na taki piękny zachód słońca

Na koniec „fishburger”, który strasznie nas rozbawił
-czyli śledź w bułce.
Jak wracaliśmy ze spaceru już go nie było… 😉

Było pięknie, czas wyruszać w kierunku Międzyzdrojów.

Rowerem wzdłuż Bałtyku – Trasa Świnoujście – Hel

Czas zacząć relację z podróży Świnoujście – Hel 🙂
Mam mnóstwo zdjęć i miejsc do opisania, postanowiłam więc, że zacznę po prostu od przygotowań,
a widoki i ciekawe miejsca zostawię na później 🙂

Zastawialiśmy się gdzie pojechać na pierwszą dłuższą wyprawę rowerową. Na początku do głowy przychodziła Norwegia, Gruzja, może Włochy. Ale stwierdziliśmy, że Polska jest przecież taka piękna. Piaszczystymi plażami można iść bez końca, niezastąpione są zachody słońca z falochronami, dodatkowo nawdychamy się świeżego, zdrowego morskiego powietrza. Martwiliśmy się tylko o pogodę, ale zupełnie niepotrzebnie. Jedziemy więc wzdłuż polskiego wybrzeża Bałtyku, w poszukiwaniu najpiękniejszych plaż 🙂

Jak wyznaczyło nam google.maps plan zakładał ok 380km do przejechania, przejechaliśmy jednak trochę ponad 500km.

Misja Świnoujście – Hel wykonana 🙂
2 tygodnie na rowerze,  ponad 500km na liczniku, 13 noclegów na campingach, 2 na dzikiej plaży i 1 w pociągu.
Tylko 1dętka przebita, 1naprawa zapowietrzonych hamulców, 1dosyłka aparatu 😉
Słońce i morze codziennie.
Ciężko było wrócić do codzienności, kiedy wstaje się rano i nie ma iluś tam kilometrów do przejechania do celu…
Było pięknie, dużo wrażeń i pozytywnego wysiłku. Chociaż czasami od upału głowa aż pulsowała pod kaskiem a kilometrów nie ubywało, radość i satysfakcja jest ogromna 🙂
Świnoujście  – Dziwnówek – Kołobrzeg – Pleśna – dzika plaża na Mierzei przy Dąbkowicach – Ustka – Łeba – Dębki – Chałupy – a na końcu Hel 🙂
Hel zdobyty :)!
To tak w skrócie, wszystkie etapy opiszę w kolejnych postach.

 W zasadzie nie ustalaliśmy trasy wcześniej. Mieliśmy po prostu dojechać na Hel, spędzając przynajmniej po jednej nocy w Dębkach, Chałupach i na dzikiej plaży, którą Arek wypatrzył na mapie. Sprawdziliśmy jeszcze gdzie jest najbliższy camping w Świnoujściu, żeby nie szukać długo po nocy w pociągu.
I tak nie był to wyjazd tylko w trasie. W ciekawszych miejscach chcieliśmy zostawać przeważnie po 2 noce, żeby spędzić pełen dzień na zwiedzaniu okolicy lub po prostu na plaży. Reszta miała wyjść w „jeździe”:) i w zależności od pogody.

Wstępny zarys podróży

Co do pogody to nie spodziewaliśmy się takiej ilości słońca na polskim morzem. Pogoda była piękna, czasami nawet aż za piękna 😉 Przed wyjazdem myśleliśmy, że w ładne dni będziemy się opalać a w pochmurne jechać. A tu cały czas pełne słońce 😉 Temperatura nie spadająca poniżej 25stopni, w tym ciepłe wieczory mało kiedy utrzymuje się non stop nad naszym morzem. Podobno były jakieś przejściowe burze, o których czasami słyszeliśmy, ale kiedy zgrzani goniliśmy je na rowerach, żeby choć trochę nas ochłodziły, zawsze omijały nas bokiem.

Z takich rzeczy, z których nie zdawałam sobie sprawy to wiatr, a raczej jego kierunek. Zawsze wydawało mi się, że wiatr nad morzem po prostu wieje od wody, albo raz w jedną raz w drugą stronę. Okazuje się, że niektórzy bardziej zorientowani rowerzyści sprawdzili, że wiatr w tym okresie wieje akurat ze  wschodu na zachód. Czyli jadąc w kierunku Helu mieliśmy go ciągle na twarzy 😉 O dziwo nie zmienił kierunku przez 2 tygodnie! Na początku był dość męczący, kiedy oswajaliśmy się dopiero z balansowaniem na rowerze z sakwami – parę razy na rondzie czy zakręcie musiałam z nim walczyć żeby nie zdmuchnął mnie z drogi. Ale po dwóch dniach trochę złagodniał.

Sakwy

Nasz komplet sakw crosso dry

Każdy:

– 2 duże na tył 60l

– 2 małe na przód 30l

– worek 15l

Pakowanie na dzikiej plaży

Tuż przed wyjazdem, dopiero łapię równowagę z sakwami

Najtrudniej było złapać równowagę w drodze na dworzec – ok 8km. Przychodziły nam do głowy pomysły, żeby odesłać połowę rzeczy do domu 😉 W końcu nigdy wcześniej z nim nie jeździliśmy i nawet nie wiedzieliśmy na jaki ciężar się nastawiać. Ale jakoś się odepchnęłam, trzeba było trochę pobalansować i ruszyliśmy 🙂

Załadowani, ruszamy! Na razie z górki 🙂

  Do ciężaru sakw przyzwyczaiłam się już zupełnie po pierwszym dniu. Tzn. oczywiście przy podjazdach trzeba było się „trochę” napracować, ale przy w miarę płaskim terenie już ich nie czułam. A po tygodniu niechcący zrobiliśmy nawet
100km w 1dzień z sakwami i to w połowie na leśnym/bagnistym terenie. Co prawda na camping wjechaliśmy lekko otumanieni i ledwo żyjącymi tyłkami ale gdy pod sklepem jakaś pani zrobiła zdjęcie naszym rowerom ( dla męża, któremu ciężko nieść parawanik dla plaże 😉 ) czuliśmy dużą satysfakcję.
W dni na rowerze  robiliśmy ok 50-60km dziennie, na normalnej, utwardzonej drodze taki dystans robiło się bardzo przyjemnie. Ale z tym drogami było różnie 😉 O tym napiszę w poście o dzikiej plaży 🙂


Sakwy sprawdziły się rewelacyjnie. Są bardzo pojemne, potrójne zrolowanie zapięcia daje gwarancję wodoszczelności nawet przy ulewnym deszczu. Nie mieliśmy okazji zmierzyć się z ulwą ( o którą czasami baaardzo prosiliśmy ) ale potwierdzamy wodoszczelność 🙂

Przeprawa przez rzeczkę

Znalazły się dla nich też inne zastosowania:

– torba na za zakupy

– zbiornik na wodę na prysznic na dzikiej plaży

– kobieca torebka

– noszenie wody do zalewania ogniska

I te kolory n tle morza…

Tu jako kobieca torebka

Co mieliśmy w sakwach?

Po pierwsze namiot.
Zrezygnowaliśmy z naszej 2-osobowej trumienki, na rzecz większego namiotu 3-osobowego. Trumienka zawsze spisuje się świetnie, ale ta „3 osoba” potrzebna była żeby pomieścić wszystkie  sakwy.
Waga namiotu ok 3kg.

Mały namiocik od słońca na dni plażowania.
Bez niego ciężko byłoby wytrzymać upały na plaży.

Świnoujście


Zestaw każdego:

– śpiwór ultralekki 0,8kg ( wielkości klapka jak wdać na zdjęciu )

– materac z wbudowaną nożną pompką ( równie lekki ). Na szczęście nie trzeba było pompować ustami przy każdym rozbijaniu, przeważnie dojeżdżaliśmy na wieczór i byliśmy już zmęczeni.

– poduszka samopompująca. Wystarczy odkręcić zawór i rzucić na ziemię. Można na niej spać (obleczona w poszewkę) lub użyć jako „krzesełko”.

Śpiwór hi-tec, pomarańczowy materac McKinley i zielona poduszka
Przytulna mumia i poduszka sprawdzała się też na plaży

Zestaw kuchenny:

– palnik kupiony w Czarnogórze za grosze 4 lata temu

– naboje do palnika – na 2tyg zużyliśmy 2 ( trzeci w zapasie )

– 2 metalowe kubki

– 2 plastikowe kieliszki

– menażka do gotowania obiadów  i wody, montowania Miskogrilla

– 2 plastikowe talerzyki, sztućce, deseczka (krowia deseczka tak naprawdę zbędna ale zabrałam ją z sentymentu 😉 )

– pół kratki na rybę – tak pół, służyła jako grill

Oto Dźwigniogrill – na dźwigni z patyka z wydm, zamontowana jest wspomniana kratka na ryby (z wygiętym uchwytem). Dźwignią regulujemy odległość od ognia. Pomysł i wykonanie Arek 🙂

Mięsko o zachodzie słońca na Dźwigniogrillu. Dzika plaża.
Ale to smakowało po długim dniu na plaży
Miskogrill z użyciem tej samej kratki – Camping w Łebie
W Miskogrillu możemy też podwędzić kiełbaski
Stary sprawdzony palnik i deseczka Krowa – przydała się pod drożdżówki

Plastikowe kieliszki – opijamy wyczerpującą przeprawę na Dziką Plażę

Inne przydatne rzeczy:

Licznik bardzo przydał się na takim długim wyjeździe. Bez niego nie udałoby się nam określić ile dokładnie przejechaliśmy ( chociaż raz źle go zaczepiłam i nie podliczył nam ok 25km. ) Na krótkie trasy można jeździć np. z endomondo ale przy spaniu na campingach i całym dniu w trasie nawet powerbank nie nadrabiał z ładowaniem. Przy włączonym endomondo, internetem i GPS baria nie wytrzymywała do wieczora 😉

Hel

Powerbanka mieliśmy na baterie. 4 paluszki powinny wystarczyć naładowanie telefonu do pełna, ale przy gorszej jakości bateriach, trzeba było zużyć więcej. Jest więc to jakieś rozwiązanie ( na dzikiej plaży bez tego bylibyśmy bez komórek ) ale na następny dłuższy wyjazd pomyślimy o jakiejś dobrej ładowarce na słońce lub napędzaną rowerem. Na słońce sprawdzi się w dni odpoczynku a podłączona do roweru w trasie.

Jako, że bardzo lubię robić zdjęcia i lubię gdy mamy je razem, zabrałam statyw. Dodatkowo jeszcze zamontowaliśmy statyw rowerowy, żeby za każdym razem nie trzeba było wyjmować dużego statywu z sakwy. Nie przeszkadza na kierownicy, do tego był niedrogi więc bardzo fajnie mieć go ze sobą.



Statyw rowerowy

I na koniec gadget z nadmorskiego sklepu ze wszystkim. Plastikowy pomidorek po 2zł. Niby głupota ale rozwiązały nasz problem z rozkwaszaniem się pomidorów w sakwie. W Łebie kupiliśmy więc drugi do kompletu 🙂

Futerały na pomidory 🙂

W kolejnej relacjach skupię się już na miejscach, podróży pociągiem ( o tak, jest o czym pisać 😉 ) i drogach rowerowych.



Rowerowe początki: Lublin – Kazimierz Dolny

Już niedługo wybieramy się na wakacje – po raz pierwszy z rowerami 🙂
Praktycznie kupiliśmy już chyba wszystkie niezbędne rzeczy, pozostaje tylko sprawdzić czy się zmieścimy w sakwy i można wyruszać.
Postanowiłam więc przygotować rowerowy post, od którego zaczęły się wszystkie wyprawy 🙂

Nasza pierwsza wspólna dłuższa trasa:

Lublin – Kazimierz Dolny
 

Jeszcze rok temu myślałam, że szczytem moich możliwości jest dojazd nad Zalew Zemborzycki i ewentualnie (wersja hard ) przejazd wokół zalewu. Z resztą jeżdżąc na swoim „Ital Bike’u”, którego miałam od czasów gimnazjów, nawet nie poznałam mocy zmiany przerzutek. Bo na nim po prostu nie działały 😉

Pierwsza wycieczka Lublin – Kazimierz Dolny skończyła się oczywiście lekkim  odgnieceniem nieprzygotowanych pośladków, ale emocje  kiedy pierwszy raz dojedzie się o własnych siłach w upragnione miejsce są nie do opisania :).

Szalałam ze szczęścia kiedy wjechaliśmy na rowerach na rynek w Kazimierzu i byłam z nas bardzo dumna 😉 Chociaż oczywiście teraz przejechanie ok 45km nie robi większego wrażenia 😉
Ale wtedy zwiedzanie miasteczka, w którym nie raz byliśmy samochodem i zdjęcia przy starej studni „smakowały” zupełnie inaczej.

Jest radość!

Niezwykle klimatyczne skrzynki pocztowe w małej mieścince pod Kazimierzem

Na początku nawet nie czułam zmęczenia, trzymały mnie jeszcze emocje. Arek rozstawiał namiot na campingu nad Wisłą, a ja latałam z aparatem. Podjechaliśmy rowerami tradycyjnie na naszą ulubioną pizzę u Sarzyńskich ( to ci od kogutków 😉 ) i dopiero gdy piliśmy Piwo Kazimierskie przy ognisku poczułam przejechane kilometry.

Wrzosy na campingu

Oto namiot „trumienka” .
Nazwany tak przez nas dlatego, że można w niej najwyżej prawie usiąść. Ale sprawdza się świetnie na krótkie rowerowe wyprawy.
Ale nie tylko.  Mieszkaliśmy w niej też w Czarnogórze ( ma otwarcia z dwóch stron, więc ustawiona bokiem do morza daje duży przewiew ).



„trumienka”

Camping znajduje się nad samą Wisłą, do rynku jest ok 3min piechotą.
Łazienka jest całkiem ok, można też zrobić ognisko.
Jakby ktoś był zainteresowany namiar podaję na zdjęciu:

Mały kryzys dopadł mnie dopiero następnego dnia, kiedy poczułam przebytą trasę siadając na siodełko  😉
 Ale szybko się rozruszałam i po dostawie świeżych drożdżówek do namiotu przejechaliśmy się do Mięćmierza, znajdującego się kilka km od Kazimierza, a następnie wzdłuż Wisły.

Arek wyruszył na poszukiwanie śniadania. Ok. 7 rano Kazimierz był jak wymarty.

Misja Arka spełniona – śniadanie zdobyte 🙂
  Karimaty kupiliśmy na szybko przed wyjazdem za niecałe 10zł….. Jakbym spała na ziemi nie byłoby większej różnicy – jak widać raczej nie wyglądam na wyspaną 😉 Ale po chwili było już dobrze 🙂


Śniadanie prawie do łóżka 😉

Magnesik do kolekcji

Mięćmierz wygląda jak mała wioska  z dawnych czasów.
Miejscowi sprzedają przy ulicy maliny, miody z własnych uli, jest mały skansen i  piękny widok na zamek w Janowcu i Krowią Wyspę na Wiśle.
( hmm chyba motyw krowi był mi pisany, chociaż wtedy nawet nie myślałam o krowim rowerze 😉 ).

Mięćmierz

Krowia Wyspa – teraz rezerwat kiedyś krowie pastwisko

W tle zamek w Janowcu

Pojeździliśmy jeszcze trochę w nieznane po okolicy, w miejsca gdzie prawie nie ma ludzi.
Kiedy głodni szukaliśmy sklepu żeby kupić coś do jedzenia uratowały nas jabłka z sadu 🙂

Tak było gorąco ;)!

Jest taki zwyczaj, żeby po dotarciu nad wodę zamoczyć przednie koło.
 

Powoli trzeba było zbierać się do domu.
Ale pole kukurydzy strasznie nas kusiło 😉

 

 

 

Nie trzeba wiele czasu ani pieniędzy żeby wybrać się na fajna wycieczkę.
Nawet znane od lat miejsca ale widziane z siodełka wyglądają zupełnie inaczej.
A największą satysfakcję daje dotarcie tam o własnych siłach.

Teraz każde z nas ma już inny, trochę lepszy rower,
( ten który dzielnie spisał się w Kazimierzu był mamy Arka),
 oraz siodełka na dłuższe trasy, więc takie odległości robimy z wielką przyjemnością 🙂

 Z wyjazdu na wyjazd pakowaliśmy się coraz lepiej, powoli kompletując jak najbardziej praktyczny sprzęt. Namiot „trumienka” świetnie spisuje się od lat, ale na tegoroczny wakacyjny wyjazd kupiliśmy większy, żeby zmieścić nie tylko siebie ale też bagaże.



Bagaż jeszcze niedoskonały 😉 Ale się spisał.

Warto też kupić  ultralekkie i małe materace i śpiwory .
Wystające karimaty, jak te na zdjęciach nadają się raczej na krótkie wyjazdy. Zajmują zbyt dużo miejsca, a przyczepione do sakwy stanowią pewien opór dla powietrza.
Pełną relację łącznie z nowym sprzętem i opinią jak się sprawdził przedstawię po wyjeździe.

Podsumowując pierwszy wyjazd to ok 100km w 2 dni
(na początek trasa w sam raz),
 piękna pogoda ,
zwiedzanie Kazimierza i okolic z innej ( dużo ciekawszej 😉 ) perspektywy
i mnóstwo wrażeń 🙂

 



Central Perks i Toruń część 2

Korzystając z brzydkiej pogody zamieszczę post o knajpce „Central Perks” 🙂 Przygotowałam go już dawno, bo po majowym pobycie w Toruniu, ale zdjęcia w swetrach jakoś nie pasowały mi do upałów… 😉 Pierwszy raz byliśmy tam przed samym Sylwestrem, więc mamy na sobie swetry rodem z Bridget Jones 😉 Przy okazji chciałam zamieścić dalszy ciąg toruńskich atrakcji. Znajduję więc plus w pogodzie w ten weekend i z okazji dnia dziecka – „przyjacielski” post 🙂

Jeżeli ktoś lubi serial „Przyjaciele”, na pewno od razu doda to miejsce do ulubionych. My ten serial wprost uwielbiamy i możemy go oglądać co raz od nowa, więc kawiarnia ta była dla mnie jedną z największych atrakcji podczas pierwszego pobytu w Toruniu.  Od razu po przyjeździe zarezerwowałam miejsce, żeby mieć pewność, że będę mogła usiąść na słynnej pomarańczowej kanapie 😉  Z kanapy jest też widok na telewizor, na którym lecą odcinki tego kultowego serialu. Siedząc wygodnie w otoczeniu zdjęć z najśmieszniejszymy momentami od razu poczułam się jak u siebie. Przygarnęliśmy pingwinka Joye’a i zajęliśmy się pyszną kawą i ciastami.
Zamówiliśmy latte Joey’a, Chandler’a i Gunther’s .
Kto jak kto, ale Joey najlepiej zna się na jedzeniu, więc jego kawa ( z maliną i białą czekoladą ) okazała się najsmaczniejsza. Arek chyba też, bo wybrał właśnie tę ;).

Monica podobno też jest dobra 😉

Z tyłu gra „Friends”, dla nas jednak zbyt skomplikowana :p

Pożyczając ten sweter od Julki, nawet nie podejrzewałam, że spotkam tam pingwinka Joey’a 😉

„A oni myślą, że mają prawdziwego” :>

„How you doin’?” wita w toalecie 😉
Tak bawiliśmy się przed samym Sylwestrem 🙂
Odwiedzając Toruń po raz drugi, znalazłam chwilę po zwiedzaniu na Central Coffee Perks 🙂 Kawiarnia jest niesamowicie przytulna, więc zamówiłam zielone smoothie, rozsiadłam się tym razem na zielonej kanapie i czekałam na spektakl. Próbowałam też rozgryźć grę „Friends”, ale na próbach się skończyło 😉 Na szczęście można też pograć w inne, mniej skomplikowane gry 🙂

Przepis na zielone smoothie:

Zielone smoothie 

Część ciekawych restauracji i miejsc, które warto odwiedzić, opisałam już wcześniej. Dzisiaj część 2, ale mam nadzieję, że pojawią się następne bo jest jeszcze dużo do zobaczenia i zjedzenia 🙂

Toruń jest piękny o każdej porze roku.

Bulwar Filadelfijski zimą
Można skoczyć na pierogi do nieśmiertelnego „Misia”

Teatr Lalek – Baj Pomorski

Krzywa wieża

Przy ruinach Zamku Krzyżackiego

Widok z wieży ratuszowej

Krowie podróże: Toruń

Dla zainteresowanych dodaję nową zakładkę „Krowie podróże”. 
Nie wszędzie da się, a może raczej nie ma tyle czasu, żeby dotrzeć tam rowerem, a chciałabym podzielić się relacjami z miejsc, w których byłam.
Wiedziałam, że prędzej czy później przyjdzie na to pora 🙂
Pierwszy na drodze pojawił się Toruń 🙂
Pobyt był krótki, ale bardzo udany, pełen atrakcji, i pysznego jedzenia.
Tak naprawdę spędziłam tam tylko jeden pełny dzień, a czuję się jak po wakacjach.
Spokojne spacerki po starówce z czerwonej cegły, orzeźwiający wiatr znad Wisły i przytulne restauracje tworzą ten wspaniały klimat.
Ale najważniejsze jaki był cel mojej wycieczki – spektakl „Mizantrop” Moliera,
 w którym główną rolę kobiecą gra moja siostra Julia 🙂
Sztuka bardzo mi się podobała. Jest dosyć lekka i zabawna, trwa niewiele ponad godzinę, więc nadaje się znakomicie na miły wieczór zamiast wyjścia do kina. Jeżeli ktoś jest z okolic, to serdecznie zapraszam do teatru W. Horzycy w Toruniu 🙂
 Julka jest w niebieskiej peruce 🙂

Najwięcej czasu spędziłyśmy jednak zwiedzając starówkę, spacerując wzdłuż Wisły i ruin zamku krzyżackiego. Toruń jest znany jako miasto aniołów, na każdym kroku można spotkać figurki przysiadające na parapetach lub wystające z czerwonych murów. Już na samym początku natknęłam się na wiejski kącik, oczywiście z krową 🙂

Toruńskie Love Krowe

Przy Bulwarze Filadelfijskim

 

Od razu powiem – gołąb uszedł cało 😉
Po lewej stronie świetne miejsce: boisko wkomponowane w mury miasta

Gdy trochę zgłodniejemy podczas zwiedzania, warto wybrać się do naleśnikarni „Manekin”. Wcześniej nie za bardzo przepadałam za takimi miejscami, a na wycieczkach raczej wybierałam pizzerie, ale po zamówieniu indyjskich naleśników zmieniłam zdanie 🙂
Kolejnym punktem było niesamowite planetarium. Zdjęć niestety nie mam, gdyż było to zabronione, a te które zrobiłam ukradkiem i tak wyszły niewyraźne 😉 Seans trwa pół godzinki, poznajemy historię i prawdopodobną przyszłość kosmosu, ale i tak najlepsze jest podziwianie wyświetlanego nieba.

Moje indyjskie, Julii ze szparagami. Misja: wypróbować wszystkie 🙂

Kopernik na Juwenaliach

Kolejne knajpki godne polecenia to moja ukochana kawiarnia „Central Perks” (o której aż muszę zrobić kolejny post 🙂 ) i sałatki w „Kurantach” na rynku.
 Kusiły też najróżniejsze pierogi z „Pierogarnii Stary Toruń”, ale to już innym razem 😉

Cukierki robione na miejscu. Częstowali – bardzo smaczne 😉

Myślę, że bardzo fajnym sposobem na zwiedzenie miasta, byłoby wypożyczenie rowerów i przejażdżka na drugi, bardziej dziki brzeg Wisły.
W tym roku w Toruniu powstała sieć rowerów miejskich.
Można je wypożyczyć np. wysiadając przy stacji PKP Toruń Główny lub na Rynku.
Warto zarejestrować się wcześniej na stronce: https://trm24.pl/ ,
bo na komórce trochę nam schodziło i  w końcu poszłyśmy coś zjeść 😉
W centrum przy ulicy Piekary, jest też mały sklepik z pamiątkami „Emporium”, w którym można wynająć rowery 5zł/h.
Mają tam też świetne foremki do pierniczków 🙂 Mapkę, która pojawia się na zdjęciach dostałyśmy właśnie w tym sklepie.

Widok z Mostu Piłsudskiego

Jeszcze jedno wspomnienie – jadąc tramwajem, w pewnym miejscu nagle zaczęło pięknie pachnieć…Okazało się, że wjechałyśmy w mieszankę słodkich „chmur” znad fabryki płatków Nestle i pierników, które znajdują się obok siebie. Mniam 😉

Jest jeszcze parę ciekawych miejsc, które zobaczyłyśmy razem z Arkiem, będąc tutaj na Sylwestra.
 Dodam je przy okazji innego posta, bo i tak trochę się rozpędziłam 😉

Prezenty do Lublina 🙂 Piernikowe chyba najciekawsze.
A na koniec Filuś 🙂

Rower: Majówka w Tarnobrzegu

Dwa pierwsze dni majówki spędziliśmy w Tarnobrzegu.
Zestaw idealny – super znajomi, rower, dobre jedzenie – w tym grill i ładna pogoda 🙂
Mieliśmy szczęście, że pojechaliśmy jednak 1-go maja, bo tylko tego dnia pogoda była „rowerowa” 🙂 
Nie za gorąco, ale w sam raz na krótki rękawek i spodenki.
Dojechaliśmy tam samochodem z zapakowanymi rowerami, ale już planujemy wybrać się ponownie, tym razem o własnych siłach 🙂 
Pierwszego dnia wskoczyliśmy na nasze rowery i pojechaliśmy nad Jezioro Tarnobrzeskie.
Jezioro powstało stosunkowo niedawno, bo w 2010r., w wyniku zalania starej kopalni siarki. Woda jest wyjątkowa czysta ( I klasa czystości ). Jest to czwarty co do głębokości sztuczny zbiornik w Polsce   – w najgłębszym miejscu osiąga 42m.
 Okolice jeziora są bardzo malownicze i przyjemne na rowerowe wycieczki – teren jest głównie płaski.

Przejechaliśmy się więc rekreacyjnie wzdłuż jeziora, następnie odbiliśmy kilkadziesiąt kilometrów przez pola i wioseczki w stronę stawów. Okazało się, że woda z nich została spuszczona 😉 Ale za to zrobiliśmy rewelacyjny piknik przy snopach siana 🙂
Jedliśmy tylko to co zdobyliśmy w wiejskim sklepiku. Chleba dla nas już nie starczyło, ale komu nie smakowałyby wafle ryżowe z serkiem na takiej łączce 😉
Koszyk rowerowy spisuje się znakomicie nie tylko na rowerze 🙂

Nabieramy energii na wycieczkę pysznym barszczykiem Ani – buraczki, ziemniaczki, jajko i boczek…. 🙂

Czysta, bo świeżo napadana 🙂

Drugi dzień spędziliśmy w mieście i wyławialiśmy najlepsze kąski z ciuchlandów 🙂
Każdy wyszedł zadowolony. Arek wyszperał mi nawet pluszową krowę za 1zł ;).
Ania zaszalała z maskotką  żabą za 50gr. i zastanawia się czy stuningować swój rower na żabę, świnkę czy muffinkę 😉
Na podsumowanie udanego dnia poszliśmy do prawdziwego baru mlecznego Społem.
Nigdy wcześniej w takim nie byłam. Dania są niesamowicie tanie ( moje łazanki np. 2,41zł ) a do tego niepowtarzalny klimat.
 Kawa ze szklanki, sól w słoiku z dziurkami, oranżada z butelki 🙂

Taki skarb wisi sklepie obuwniczym – milicja obywatelska 🙂
Jak znajdziemy parę dni wolnego na pewno przyjeżdżamy jeszcze raz, może na rowerach :)?
Krajobrazy po drodze są piękne, musimy tylko opracować trasę jak najmniej górzystą.
Tym razem może zahaczymy o giełdę w Sandomierzu, żeby znaleźć jakieś skarby 🙂

Rower: Lublin – Lasy Janowskie

Jest coraz cieplej a wyprawy rowerowe coraz lepsze 🙂
W ten weekend pojechaliśmy rowerami w okolice Janowa Lubelskiego. 
Trasa z domu do miejsca, w którym spaliśmy wyniosła ok. 78km. Pierwszego dnia jechało się nam rewelacyjnie, pogoda była idealna, a trasa bardzo dobra. Parę większych podjazdów pojawiło się dopiero pod koniec, ale mieliśmy dużo siły po kanapkach z boczkiem na śniadanie, a po drodze doładowywaliśmy siły tradycyjnie paprykarzem i czekoladą 🙂 Poza tym oboje zmieniliśmy opony na trochę lepsze: A. na cieńsze,a ja na poprzednie opony A. 😉 Nie wiem ile było zasługą opon, ile trochę lepszej kondycji, a ile pięknej pogody i okolic, ale jeździ nam się coraz lepiej 🙂
Dzień pierwszy: Lublin – Kalenne
 Przejeżdżając przez Modliborzyce zrobiliśmy małe zakupy na kolację, tyle ile zmieściło nam się do rowerowych toreb. Sakwy krowy chociaż jest pojemna nie wzięłam… na dłuższe trasy jest jednak trochę za ciężka i zwalnia, ale na co dzień w mieście spisuje się jak trzeba 🙂
Droga do Kalenne

Deficytowy towar w środku lasu

Różne zastosowania lusterka rowerowego 🙂

Na miejsce dojechaliśmy tuż przed zachodem słońca

     
 Miejscem docelowym była agroturystyka „Doboszówka” w Kalenne, znajdująca się w środku lasu, oddalona od Janowa Lubelskiego o 19km. Miejsce wymarzone na leśne wypady i odpoczynek. Właściciele oprócz bardzo klimatycznego domku, mają „mini zoo” z koniem Ginesem, kozami i rzadkimi owcami wrzosówkami wydających bardzo „charakterystyczne” odgłosy 😉 . Ponadto jest miejsce na grilla lub ognisko, można też popływać łódeczką po stawie. Niesamowite jest w środku nocy, kiedy nie widać nic oprócz gwiazd i słychać tylko dzikie zwierzęta.

Doboszówka

Nowi przyjaciele
Największy pieszczoch z towarzystwa

Owce wrzosówki
Śniadanie u gospodarzy – racuchy muszę spróbować odtworzyć 🙂

Lasy Janowskie są niezwykle pięknym kompleksem leśnym, urozmaiconym licznymi stawami, rzekami, torfowiskami, bagnami. Lasy są częścią Puszczy Solskiej praktycznie niezmąconej działaniami człowieka.  Żyją tu ciekawe i rzadkie zwierzęta np. łosie, jelenie, dziki, bobry, wilki, jelenie i wiele innych, a w osadzie Szklarnia znajduje się ostoja konika biłgorajskiego. W lasach utworzono sześć rezerwatów przyrody. Początek drugiego dnia spędziliśmy w jednym z nich  – „Imielty Ług” .
Rowerem przejechaliśmy przez wąską globlę oddzielającą staw Radełko od Imielty Ług, dojeżdżając  na Dużą Grępę z  punktem widokowym na stawy i torfowisko z drugiej strony.

Imielty Ług

Grobla

Duża Grępa
 

Czas nas gonił, więc po krótkim wylegiwaniu się przy torfowiskach ruszyliśmy w drogę do Lublina. W lasach przejechaliśmy ok. 25km., więc łącznie z powrotem do domu wyszło nam niechcący 106km ( A. zrobił 1km więcej kiedy wracał po moje okulary, które zostawiłam  podczas objadania się paprykarzem 😉 ). To nasz rekord po Zwierzyńcu – dla nas to mały sukces 😉 Tym bardziej, że drugiego dnia byliśmy już trochę zmęczeni, a wyjazd z Janowa zaczął się srogimi podjazdami – mieliśmy mały kryzys. Ale widoki po drodze też były warte zobaczenia.

Kryzys i rolada

Kryzys nr 2
 Dojechaliśmy po 20, więc przed samym końcem z zimna nakładałam dodatkową parę skarpetek. W całym Lublinie tak pięknie pachniało grillowaną kiełbaską, że mimo zmarznięcia zrobiliśmy grilla, a przez ostatnie kilometry A. wiózł jeszcze worek węgla:)
Zasłużony grill po ok. 184km 🙂

1 wyprawa: Lublin – Józefów nad Wisłą

W tym roku na pierwszą wyprawę rowerową postanowiliśmy pojechać do Józefowa nad Wisłą. Z Lublina najlepszym miejscem na wycieczkę (1-2 dniową w zależności od kondycji) jest chyba Kaziemierz, ale byliśmy tam już tyle razy, w tym raz na rowerze, że tym razem mieliśmy ochotę zobaczyć nowe miejsca. Padło trochę przypadkiem na Józefów. Chcieliśmy wybrać trasę 2-dniową , niezbyt męczącą jak na pierwszy raz po zimie i zobaczyć coś ciekawego. Wiadomo, na początku marca pogoda nie zachwyca, ale  jak na jakby nie patrzeć jeszcze zimę, i  tak była bardzo dobra 🙂 ( ok 7°C).
Spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy w sakwy: ubrania na zmianę, szyfry i próbki kosmetyków. Jak się okazało przed samym prysznicem, zamiast mydła wzięłam mini zestaw do szycia, więc trzeba było poratować się sklepem 😉
1 dzień 
Lublin – Józefów nad Wisłą 64,50 km
Pierwszego dnia było trochę słońca, robiliśmy postoje na paprykarz, mielonkę i czekoladę, więc jechało się bardzo przyjemnie. Wyjechaliśmy ok 11 a dojechaliśmy ok 16.30, w zasadzie nie zmęczeni. Od razu pojechaliśmy zobaczyć Wisłę. Trafiliśmy idealnie – z jednej strony nieba zanosiło się na deszcz, a z drugiej słońce zaczynało zachodzić. Do tego wyszła tęcza!  Poszaleliśmy trochę po polach z rowerami i zakwaterowaliśmy się w zajeździe 300m od Wisły. 

1 dzień  Lublin – Józefów nad Wisłą


Pierwszy postój za Poniatową – króluje paprykarz
Okolice Kolczyna

Dojechaliśmy! Pomost w Józefowie

Krowa i tęcza
Widok z pomostu w Józefowie
Będzie padać?

Nagła potrzeba

Widok z tarasu
2 dzień Józefów – Lublin
68,81km (przez Kamień i Łaziska)

  Drugi dzień był trochę gorszy… jeszcze nie mamy takiej kondycji jakbyśmy chcieli, do tego było trochę zimniej i wiał dość silny wiatr, że nawet jadąc z górki lekko nas hamował… ;>
W samym Józefowie nie ma wiele do zobaczenia, ale trasa z Józefowa w stronę Kazmierza jest godna polecenia nawet o tej porze roku. Żeby ominąć podjazdy i przejechać się wzdłuż Wisły, pojechaliśmy trochę dłuższą trasą przez Kamień i na wysokości Solca odbiliśmy na Opole Lubelskie, przez Łaziska. W maju trasa będzie przepiękna. Wzdłuż drogi są prawie same sady z jabłoniami – na pewno przyjedziemy tutaj jeszcze raz jak wszystko zacznie kwitnąć i zajedziemy trochę dajej. Można stąd przeprawić się promem do Solca . Przed Piotrawinem przypadkiem znaleźliśmy świetny punkt widokowy na kamieniołomy -tzw. miejsce zakochanych. W kamieniołomie zakochani układają z kamieni serca 🙂
Kamieniołomy przed Piotrawinem

serduszko

Mało brakowało 😉
Między zimą a wiosną
Bilans:
2dni
133km
2os:
3 czekolady
3 paprykarze
1 konserwa turystyczna
9 bułek
2 pomidory
3 chińskie zupki
1 sałatka jejeczna
1 serek 
1 maślanka

Przez ostatnie 20km myślałam już tylko o gorącej karkówce w domu, może jestem trochę zmęczona i obolała, ale nie zamieniłabym tych dwóch (jeszcze) zimowych dni, na siedzenie w domu pod kocem elektrycznym 😉