Kajak turystyczny – Spływy kajakowe w Polsce i Europie

Przepływamy przez wrota fiordu i nie możemy przestać wiosłować.
Król fiordów – Geiranger, zasługuje na swoje miano. Jego wody działają jak magnes. Nie sposób oderwać ręce od wioseł, za kolejnym zakrętem widok zachwyca nas coraz bardziej. Jak zaczarowani wpływamy coraz dalej i dalej na jego mroczne wody.
To miał być krótki rekonesans okolicy, a jestesmy już w połowie Geirangerfiordu wijącego się przez 15 kilometrów pomiędzy stromymi zboczami.
Nad nami urwiska, z których pionowo w dół spływają huczące wodosapady, pod nami prawie 700 metrów głebin – aż strach pomyśleć co za wodne potwory przepływają teraz pod nami! Tajemnicze cienie jednak się ujawniły, przy kajaku zaczynają wyskakiwać morświny, które przyjaźnie prychając dotrzymują nam towarzystwa . Unosimy głowy ku słońcu. 
Po bezchmurnym niebie krążą orły, czujnie zerkające z góry na Drogę Trolli i być może nas, płynących spokojnie przez wody Norwegii.
I jak tu nie płynąć ?
Ten za łukiem rzeki świat
Nasza przygoda z kajakiem zaczęła się do podróży na Lofoty.
Z początku mieliśmy kupić tylko bagażnik rowerowy, ale skoro i tak mieliśmy zamontować hak…. kupiliśmy przyczepę kempingową :)!
Rowery zostawiliśmy w domu, a do przyczepy wrzuciliśmy dmuchane canoe. I to był strzał w 10!
Przez Norweskie Fiordy
Zabawmy się w pierwsych wikingów i wyruszmy na odkrywanie nieznanych lądów!
Bo krainę fiordów najlepiej poznawać od strony wody. Nie ma nic piękniejszego od przemierzania norweskich wód kajakiem.
Przed przyczepą dmuchamy kajak i ruszamy na podbój bezludnych wysp.
Takich niezamieszkałych wysp na Lofotach są tysiące. Dopływając do jednej z nich czujemy się jak pierwsi odkrywcy, szalejemy po onieśmielająco białym piasku i zbieramy muszelki niczym nie odbiegające od tych z krajów śródziemnomorskich. A wszystko to 300 kilometrów za kołem podbiegunowym!

Znów wyruszamy na wody fiordów. Zarzucamy wędkę i zerkamy za przynetą znikającą w otchłani. Błystka przecina taflę wody kusząco mieniącą się błekitem, by zaraz dać się pochłonąć w gęstniejących mrocznych odcieniach. ..coraz głębiej i głebiej… Pod nami ponad pół kilometra niezbadanych odchłani wodnego świata. Czasami aż strach zarzucać wędkę – halibuty w fiordach dochodzą do 50 kilo, a na otwartych wodach mogą osiagnąć zawrotne 200 kilogramów! Na szczęście w naszym kajaku wylądowały tylko tłuścioutkie makrele, zapowiadające wspaniałą kolację.

Okazuje się, ze wcale nie jesteśmy sami ! Brzeg zosatał już obstawiony przez armię mew, a wkurzona wydra podchodzi do nas na wyciągniecie ręki by głośnym ofukiwaniem dać nam znać, że jestesmy na Jej terenie! Po chwili ostentacyjnie odwraca się do nas plecami by dać nura do fiordu i wypłoszyć wszystkie ryby. Już nic dzisiaj nie zlowimy.

Zasiadamy do kolacji przy świdrujących spojrzeniach mew.
Nie potrzebujemy świec – wieczorem czeka nas sleptakl świateł. Zielona łuna zorzy rozpościera się nad naszymi głowami, by rozbudzić nasze marzenia i zniknąć jakby nigdy nic chwilę potem . O to jej chodziło – trzeba tu wrócic po jeszcze!

 

Polska kajakiem
Canoe kupiliśmy z myślą o wodach Norwegii ale od tamtej pory na innnych wyjazdach jesteśmy nierozłączni
Nie musimy jechać aż 3 tysiące kilometrów żeby poczuć wiatr przygody na twarzy!
Rozejrzyjmy się wokół nas. Polska też kryje mnóstwo zapomnianych wodnych ścieżek!
Na pierwszy spływ wybraliśmy krótki odcinek Wisły – dosłownie kawałek za znanymi miastami ta rzeka potrafi onieśmielać dzikością.
Bezludne wyspy? Prawie nietknięta przez człowieka przyroda? Tak, to piękny fragment Wisły z zaraz za Annopoloem w kierunku Kazmierza Dolnego.
Canoe zapakowaliśmy do plecaka i wiosłem w ręce złapaliśmy stopa, by płynąc z nurtem wrócić po samochód w okolicach Józefowa.
A możeby tak kiedyś przepłynąć całą rzekę….?

Mops na pokładzie

Wspaniale jest mieć wspólne pasje i dzielić je z rodziną, a skoro jest już nas trójka – do kajaka wskakujemy wszyscy razem. Cztery nogi i cztery łapy meldują się na pokładzie.
Nasz mops świetnie odnalazł się w kajaku, mimo że za pierwszym razem rzeka trochę nas poniosła.
Pewien bardzo zimny weekend majowy, dmuchane canoe i mops w kapoku na pokładzie – zaczynamy spływ Dunajcem.

Przed nami trasa znana dobrze ze spływów tratwą – Sromowce Wyżne – Szczawnica. Malowniczy początek nie zwiastuje silnych prądów. Powoli mkniemy kajakiem pomiędzy górami, a Toudi na zmianę podchrapuje cicho lub oszczekuje wymijających nas flisaków. Majestatyczny widok na Trzy Korony trochę nas rozleniwił, zaraz potem czekały nas fale i silne prądy! Jedna osoba za burtą, lodowata woda i tylko mops wyszedł z tego suchą łapą.

Pamiętajmy o kamizelkach i kaskach na głowę – spływ kajakiem różni się od przepłynięcia rzeki tratwą – czeka nas mały rafting.

Nie jest to rzeka łatwa, ale dostarczyła nam dużo wrażeń i oczywiście widoków.

P.S. Podobno zakaz wchodzenia z psem do Pienińskiego PN się na wodze się nie liczy 😉
A może spływ Bugiem?
Tuż przy granicy z Ukrainą czas płynie wolniej a komórki tracą zasięg, a my możemy zatracić się w tym spokoju i zaszyć gdzieś pomiędzy polami rzekapu…
Przed nami jeden z najbardziej malowniczych odcinków tej rzeki – przełom Bugu w okolicach Ślipcza.
Wieżowce w skarpach piachu budują tu jaskółki, a śpiewu ptaków nie zakłóca żaden samochód. Tempo nurtu jest spacerowe, ale tego nam było trzeba. Istne sielsko anielsko.
Chociaż nie obyło się przez przygód. Jaskółki nas nie ostrzegły – kryjemy się przed nawałnicą pod kajakami! Jak się okazało pod canoe zmieści się całkiem sporo osób, plus mops. Cali mokrzy ogrzewamy się przy ognisku i zasiadamy do smakowitego kociołka.
Ach te wschodnie rejony. Czy może być coś smaczniejszego?
Na Bałkany
Kto raz pojedzie na Bałkany na pewno tam wróci. Klasyczna Chorwacja nie musi być nudna. Zabierzmy ze sobą canoe i przepłyńmy się wzdłuż skalistego wybrzeża Wyspy Pag.
Góry, krystalicznie czysta woda i te kolory… Księżycowy krajobraz przypomina mi trochę Lofoty, z tą różnicą, że możemy zanurzyć się w tym błękicie bez szczękania zębami.
Pakujemy grilla i ruszamy do opuszczonego szałasu w jednej z zatoczek. Przepis na idealną kolację? Kiełbaski, paski ser i regionalne wino doprawione zachodzącym słońcem i cichym pobekiwaniem owiec pasących się tuż za skałą
Tuż za chorwacką granicą czekają na nas najpiękniejsze wodospady.
Może nie są największe, nie tak znane jak PN Chorwacji, ale to w Bośni i Hercegowinie możemy podziwiać je przy świetle księżyca, a w dzień podpłynąć pod samą ścianę wody kajakiem.
Wstajemy z samego rana by z kawą w ręce ruszyć na wody Kravicy. Cykady budzą się do życia, temperatura podnosi, a my podpływamy pod samą taflę wodospadów.
Obłoczek wody zrasza nam twarze i jeden pomarszczony pyszczek.
Zadowolony Toudi mości się wygodnie na dziobie – to jak płyniemy dalej?
Canoe organizacyjnie
  • po złożeniu zajmuje bardzo mało miejsca – można je schować w plecaku ( ale uwaga, waży ok 18kg  😉 ). Z canoe na plecach i wiosłem w ręce łapaliśmy nawet stopa.
  • może wygląda niepozronnie, ale to dmuchane cudo zosatło stworzone do raftingu i jest odporne nawet na otaracia o skały
  • jest bardzo pojemne. Oprócz nas mieści się nasz mops i obowiązkowo kosz piknikowy albo  grill.
  • gdy mamy do przejechania krótki odcinek mocujemy canoe pasami na dachu.
  • pompką samochodową dmucha się dosłownie chwilę, ale zawsze w razie czego zabieramy ze sobą pompkę ręczną.
  • A jak sobie radzi Toudi?  Chwilę zajęło mu zapoznanie się z wodą i złapanie balansu na krawędzi, a teraz wszystko mu jedno – byle z nami 😀 Przeważnie patrzy się na wodę, a potem idzie pochrapać na dziobie. Kamizelkę zakładamy prawie zawsze ( taki model kupiliśmy w Juli ), a na rzekach dodatkowo przypinamy go mocną liną do naszych kamizelek.   Nasza baryłka zdecydowanie woli pływać kajakiem niż wpław 🙂
  • model naszego canoe – Gumotex Palava
Kamizelka dostępna w  Juli

Chorwacja z psem – najpiękniejsze miejsca w Chorwacji

W tym roku postanowiliśmy zrobić sobie prawdziwe wakacje.

  Z domu wynosimy prawie wszystko: od pościeli, naczyń i krzeseł, aż po kajak i  …mopsa :)!

Na ponad dwa tygodnie przeprowadzamy się do przyczepy i jedziemy do Chorwacji – a może i kawałek dalej… 🙂

Toudi w podróży: Spływ Bugiem

Za nami rewelacyjny weekend na wschodzie.
Istne sielsko anielsko!
Tam czas płynie wolniej, komórki tracą zasięg, a my przygotowujemy specjały na ognisko. Tuż przy granicy z Ukrainą możemy zapomnieć o całym świecie i zaszyć się gdzieś pomiędzy polami rzepaku…
W okolicach Hrubieszowa podziwialiśmy widoki z wieży widokowej, zwiedziliśmy Wioskę Gotów, ale największą atrakcją był oczywiście spływ Bugiem :)!

Najpiękniejszy fiord w Norwegii – Geirangerfjord kajakiem

Trzy noce spędziliśmy nad Geirangerem- nie bez powodu nazywanym królem fiodów. Mieliśy zostać tylko jeden dzień i ruszyć dalej, ale nie sposób było oderwać się od tego widoku z przyczepy…
Ma moc przyciągania o czym przekonaliśmy się już pierwszego dnia.

Ze względu na przyczepę odpuściliśmy sobie drogę Trolli i Orłów, ale czasu nie zmarnowaliśmy :)!
Bo fiord trzeba zobaczyć z perspektywy tafli wody.  .
Z koszykiem piknikowym wskoczyliśy do kajaka i wyruszliśmy zobaczyć „co jest za rogiem”. Pod nami 700metrów głębin – lepiej nie mysleć jakie potwory przepływają pod nami! Za każdym zakrętem otwierały się przed nami coraz to piękniejsze wrota- aż szkoda zawracać! 15 kilometrów dalej,z odciskami na palcach, wyjadająć ostatnie czekoladki z koszyka zupełenie „niechcący” byliśmy już na drugim końcu fiordu – w miejscowości Gereinger.

Cała trasa, z Hellesylt do Geiranger, którą  promy pokonują w 1,5h zleciała nie wiadomo kiedy . A mielliśy tylko lekko odbić od campingu… Zadzieramy głowy ku stromym szczytom, mijamy słynne wodospady i odpoczywamy stołująć się na skałach, a co jakiś czas nasz kajak okrążają wyskakujące z wody morświny! –  w końcu wyjaśniło się kto w nocy wydaje te wzgarliwe prychnięcia ;)!  I chociaż przed samym Gereingerem ręce odmawiały już posłuszeństwa. to przy hitach Abby płynących z głośnika, wiosła same wpadały w rytm!
O powrocie w drugą stronę nie było już mowy, albo śpimy w wypatrzonym wczesniej szałasie, albo … wyprosimy kapitana promu żeby zabrał nas na drugi brzeg na tzw. krechę. Prom tani nie był, a ze sobą mieliśy przysłowiowe 10 złotych. Tak się wybraliśmy! Kapitan, który na pewno mijał nas tego dnia kilka razy,  zabrał nas z  lekkim usmiechem, a zapłaciliśmy na drugm brzegu 🙂
A widoki z promu też niczego sobie 🙂

Drugiego dnia czekała nas już istna norweska sielanka.
Canoe zacumowane bezpiecznie w przystani czeka na dalsze wyprawy, a my wyławiamy z mrocznego fiordu makrele – problem kolacji rozwiązany! Po jakimś czasie ofukała nas wkurzona wydra, której wyjadaliśmy prowiant, wskakując do wody rozgoniła nam całą ławicę i musieliśmy  zadwolić się trzeba rybami 😀
Grillujemy na palenisku, rozgrzewamy się winem,a nad nami na krótką chwilę pojawiła się smuga zorzy….
Idealne zakończenie podróży <3

Camping Hellesylt – mierzymy swoje siły

Morświny!

Czas na kawę

Ostatkiem sił -Abba gra!

Teddy podróżnik

Geiranger

Bezpieczni na promie 😀

Poranki w przyczepie

Łowimy makrele

Wodospany w Hellesylt

Toudi w podróży – Kajak z psem

Pierwsze spotkanie Toudiego z wodą przebiegło pomyślnie 😀
Nie tylko od razu z impetem wskoczył do wody, ale też całkiem chętnie zapoznał się z kajakiem. Ufff, plany na weekend majowy są aktulne – jeżeli tylko pogoda dopisze wszyscy razem jedziemy na spływ :)!
A póki co zobaczcie  Brudny Weekend Toudiego – czy to jeszcze ejst mops :D?

Jak się okazało Toudi polubił tez awaryjne spanie w samochodzie – chyba jesteśmy już gotowi na większe wyprawy 😀 

Jak samemu zorganizować spływ Wisłą ? – Dmuchane canoe Gumotex

Jednodniowy spływ Wisłą dmuchanym canoe. 

Annopol – Józefów nad Wisłą

Jadąc w odwiedzimy do znajomych w razie czego wrzuciliśmy do samochodu dmuchane canoe i matarec – w końcu nigdy nic nie wiadomo! 
Przeczucie nas nie myliło, tamten wrześniowy weekend okazał się wyjątkowo piękny. Postanowione –  nie wracamy do domu! Do plecaka dorzuciliśmy jeszcze pierogi z mlecznego baru, obowiązkowo paprykarze i wino na wieczór. Pozostało tylko znaleźć miejsce do spania i zaplanować spływ – skąd -dokąd, jak się przetransportować z kajakiem ?- tym pomartwimy się przy porannej kawie. Póki co zatrzymaliśy samochód nad brzegiem Wisły, rozłożyliśmy się wygodnie w bagażniku i ucztowaliśmy przy mieszanienie blasku zachodzącego słońca i ogniska. 

Nocleg w Józefowie

Jak się okazało z dmuchanym canoe to nic trudnego 🙂
Bez większego planowania samochód zostawiliśmy na stacji w Józefowie, canoe spakowaliśmy do plecaka, podpięliśmy pompkę i ruszyliśmy łapać stopa ( bo jak się okazło na autobus nie ma co liczyć – no tak, niedziela!). Kilkanaście minut machania wiosłem zadziałało 🙂 I trafiliśmy pod most w Annopolu 🙂
Tylko kilkanaście kilometrów do przepłynięcia, czyli duży relax. Będziemy się opalać na dzikich plażach i zajadać pierogami. Trzeba tylko uważać żeby nie przeoczyć miejsca z samochodem :)!

Taką tajemniczą wsypę znaleźliśmy w okolicah Basonii.

Józefów nad Wisłą
Też nie możecie się doczekać długich wiosennych weekednów w sam taz na spływ :D?

VLOG z Lofotów: Dlaczego warto pojechać do Norwegii ?

https://www.facebook.com/plugins/like.php?href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2FLove-Krowe-nasze-podr%25C3%25B3%25C5%25BCe-668206906574432%2F%3Fref%3Dbookmarks&width=450&layout=standard&action=like&size=large&show_faces=true&share=true&height=80&appId

Mamy film- podróż poślubna – kierunek  Lofoty <3

Zdjęcia zdjęciami, ale po zmontowaniu filmu znowu na chwilę przeniosłam się do naszej ukochanej Norwegii.
Mam nadzieję, że film odda klimat całego wyjazdu 🙂
Zajrzyjcie jak to naprawdę wyglądało.

Norwegia, Lofoty – Jak wyglądają białe noce za kołem podbiegunowym ?

https://www.facebook.com/plugins/like.php?href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2FLove-Krowe-nasze-podr%25C3%25B3%25C5%25BCe-668206906574432%2F%3Fref%3Dbookmarks&width=450&layout=standard&action=like&size=large&show_faces=true&share=true&height=80&appId

Co ciekawego można robić za kołem podbiegunowym?
Leżeć na plaży i szaleć na falach 😀

Serio, wykąpaliśmy się i wcale nie było zimniej niż w Bałtyku. Ta pierwsza kąpiel co prawda była trochę nieplanowana i wymuszona niesfornymi falami, ale potem było już z górki 😉 Prądy są tu stosunkowo ciepłe, a skoro temperatury raczej nie przekraczają 20 stopni, to szoku termicznego nie przeżyjemy 🙂 Nie ma na co czekać tylko wskakiwać 😀
Wieczorem dalej byliśmy na plaży Flakstad ( KLIK ) – tej która spodobała nam się najbardziej na Lofotach.
 Pod koniec dnia plaża prawie zupełnie opustoszała. Mogliśmy więc do woli szaleć na falach i wylewać wodę z butów, bez większej grupki obserwatorów w polarach 🙂
Jak dobrze, że na Lofotach tak długo jest widno. To cudowne, że z niczym nie trzeba się śpieszyć ! Wyhasaliśmy się porządnie, a i tak spokojnie zdążyliśmy na romantyczny zachód słońca ok północy…:)

Nasza wódeczka z wesela nie raz przydała się na rozgrzanie 😉 

Początek sierpnia i białe noce.

Bez tego nie ma mowy o spaniu:)

Lofoty z kajakiem – Bobilcamping

Dzisiaj zabieram was w okolice Henningsvaer – tak zwanej Wenecji Lofotów.
To małe miasteczko zamierzamy zwiedzić następnego dnia, dzisiaj w końcu (!) nie musimy się śpieszyć i nasycamy się Lofotami.
Miłośnicy zabytków i churchingu  raczej nie odnajdą się tych rejonach. Owszem zwiedzamy – ale głównie fiordy i małe, wtopione w ląd osady. Kolekcjonujemy widoki, zachody słońca i chwile razem. Tutaj najlepiej pływa się kajakiem, łowi ryb, rozpala ogień i spędza wieczory we dwoje z butelką rozgrzewającego wina.
Norwegowie są bardzo dumni ze swojej przyrody i słusznie. Nie znam równie dzikich miejsc, gdzie można pobyć sam na sam z przyrodą i poczuć się jak mały odkrywca – i to o dziwo, w miejscach typowo turystycznych.

 Przed nami typowy „zwykły” dzień w Norwegii.
Zwykły – niezwykły, bo tutaj nawet standardowe śniadanie dostarcza emocji gdy płynie się na nie kajakiem. Rano wypatrzona poprzedniego dnia wyspa dosłownie znika w oczach – ach te przypływy! Udaje nam się jeszcze zagotować kawę, resztę dopijamy już na wodzie, bo z minuty na minutę fale coraz bardziej podbierają nam kubki. 

Ale po kolei fotorelacji.  Jesteśmy jeszcze na naszej poprzedniej miejscówce ( KLIK ).
by z samego rana wskoczyć do przyczepy i poszukać kolejnego magicznego skrawka.

 Trochę z mapą, trochę z przewodnikiem ( który i tak nic nie daje – w kółko tylko muzea dorsza 😉  ), szukamy miejsca, które urzeknie nas na tyle by spędzić tam noc. 

Bobilcamping ma to coś.Tym razem padło na camping z racji tego, że co jakiś czas trzeba się jednak umyć ( niestety dzikie kąpiele w przyczepie nie zdają egzaminu na dłuższą metę… ).
Jesteśmy tutaj

 Czuliśmy, że te okolice będą warte zakotwiczenia.
Camping otoczony jest wianuszkiem wysepek, a pod samym nosem mamy świetną bazą wypadową na rundkę kajakiem. 

Parzą , nie parzą – ktoś wie?  Woleliśmy nie sprawdzać 🙂
Znajdujemy miejsce prawie nad samym fiordem ( trzeba tylko przeskoczyć przez kępkę wrzosów ) , rozpalamy grilla i świętujemy …naszą 10 rocznicę :).
Mamy też nalewkę na specjalne okazje  😀

Nalewka w sam raz na 10 rocznicę  – Dziękujemy :D!
Wieczór pokazuje, że to miejsce było dobrym strzałem.
To chyba moje ulubione zdjęcie z wyjazdu 🙂
Takich wysp na Lofotach są tysiące.
Jak dobrze mieć kajak by opanować jedną z nich na czas śniadania 😀

https://www.facebook.com/plugins/like.php?href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2FLove-Krowe-nasze-podr%25C3%25B3%25C5%25BCe-668206906574432%2F%3Fref%3Dbookmarks&width=450&layout=standard&action=like&size=large&show_faces=true&share=true&height=80&appId

Kajak czy łódka? – Mazury i grill na łodzi

Witam po naszej mazurskiej Majówce:)
Pogoda rozpieszcza nas w tym roku. Udało nam się spędzić te trzy dni maksymalnie na świeżym powietrzu. Chociaż wcale nie nastawiałam się na opalanie w krótkich spodenkach. Prognoza na weekend majowy przewidywała tylko 30 stopni – w sumie….
Piątek 10 + sobota 10 + niedziela 10 stopni 😉
Na szczęście Dobki mają swój nieprzewidywalny mikroklimat i zaskoczyły nas słońcem. Awaryjna gra planszowa została prawie nie tknięta, a my spędzaliśmy całe dnie na wodzie.
Dla urozmaicenia od naszych rowerowych wojaży, czasami wybieramy inne środki transportu 🙂
Bo w krainie jezior warto zobaczyć świat z wodnej perspektywy.
I tu pojawia się Mazurski dylemat – wybrać kajak czy łódkę?
  ( nie ma to jak wakacyjne problemy … 😉 ).

W dzisiejszym poście małe połączenie obu mazurskich wyjazdów. Po Wielkanocy zwiedzaliśmy okolicę głównie z kajaka, natomiast na Majówce królowała łódka.
Kajak na pewno będzie idealny, gdy chcemy jak najszybciej przemieszczać się po jeziorze. A bajka dopiero się zaczyna gdy jeziora są połączone… Możemy wtedy szaleć do woli pokonując sporo kilometrów w ciągu jednego dnia. Zwrotny, szybki i niemęczliwy :)! Zawsze możemy podpłynąć gdy coś zaciekawi nas w szuwarach lub nagle zapragniemy wskoczyć na drzewo.
Ale… łowienie ryb z kajaka byłoby małym wyzwaniem, co dopiero piknik… Ale takimi rzeczami zajmie się łódka 🙂

Hitem Majówki  była duża łódka, a w zasadzie szalupa. Stara, obdrapana, ale to tylko dodawało klimatu. Jedynym jej minusem była waga , więc po paru dniach nasi mężczyźni ( bo po takim wysiłku na pewno przestali być chłopcami… 😉 ) mieli prawdziwe ręce marynarza 🙂
Plusy? Można zapakować na nią dużo osób i jeszcze więcej jedzenia.
 Dzień zaczynaliśmy więc od kawy na łódce, od czasu do czasu polując na szczupaka, który oczywiście znowu nas przechytrzył… Na rybkę z grilla chyba jeszcze trochę poczekamy. Byliśmy jednak przygotowani na taką sytuację. Wyciągnęliśmy mięsne zapasy z lodówki i najlepszy obiad  w tym roku zjedliśmy właśnie na pokładzie łodzi. Żadna restauracja nie przebije smaku udek z kurczaka zjedzonych na środku jeziora.
Pokrywę z dużego grilla ustawiliśmy na cegłach, do tego kratka i rozpoczęliśmy nasz smakowity rejs.
Pachniało na całym jeziorze.

Piesek z pomostu chyba wywęszył coś dobrego