Sv Jure – Najpiękniejsza droga widokowa w Chorwacji

Parki Nardowe Chorwacji to nie tylko Plitvickie i Krka. Koniecznie zajedżcie nasycić się górami w PN  Biokovo.
Dosłownie parę kilometrów za Makarską rozciągając się jedne z najpiękniejszych widoków na Bałkanach. A wszystko z perspektywy 1762m n.p.m.
Na szczycie Sv Jure porywający wiatr trochę ochłodzi nasze rozpalone chorwackim słońcem ciała i z rześkim powietrzem w płucach będziemy rozkoszować się widokami. Morze morzem, ale najpięknisze jest w towarzystwie gór. Z dorgi rozciaga się widok na całą Riwierę Makarską, którą zdecydowanie wolę oglądać z tej perspektywy. 

Toudi w podróży: Pieniny z psem – Sokolica

Za nami majówka w Pieninach 🙂 Byliśmy ciekawi jak spisze się Toudi na swoim pierwszym dłuższym wyjeździe. Radził sobie naprawdę świetnie ! Szalał po campingu, pływał kajakiem, a po górach wspinał się niczym kozica, a to chyba za sprawą owczych bobków, które ciągle mylił z karmą… 😉

Bieszczady – Chatka Puchatka zimą

 

Witajcie w Chatce Puchatka w zimowej odsłonie. Tak naprawdę to miał być lekki, listopadowy wypad w Bieszczady, a
skończyło się na pierwszej w tym roku śnieżycy 😀 Padało całe dwa dni, na Połoninie widoczność ograniczała się do paru metrów,  do tego gdzieś w śnieżnej zamieci posiałam mapę, akurat gdy zapadł zmrok i z latarkami zmierzaliśmy do Puchatka.

Gór nie zobaczyliśmy w ogóle – ale za to nadrobiliśmy przygodami :)!
Nie wiem czy byłoby tak ciekawie gdybyśmy spacerowali w pięknym jesiennym słońcu.
Przepis na idealny nocleg: zmęcz się, zmarznij, a pierwsze ciepłe miejsce ocenisz na 5 gwiazdek 😀

Zaraz zabierzemy was do schroniska o jakże przytulnej nazwie – „Chatka Puchatka”. Dobrze mieć taki sympatyczny cel podróży 😀 Czy pluszowy miś rzeczywiście istnieje i czy naprawę nie ma tam prądu?

Może to po części sprawa nazwy, może dlatego, że dotarliśmy tam owiani wiatrem z każdej możliwej strony, to schronisko wspominamy tam ciepło. W kółko powtarzane pytanie „Ile jeszcze do Puchatka” , w końcu zamieniło się  „Chyba widzę Puchatka!”.

W okolicach Arłamowa było jeszcze bardzo jesiennie.
Nie spodziewałam się, że  kilkadziesiąt kilometrów dalej czeka nas taki atak zimy.

Do Wetliny docieramy ok 12.
Plan  : samochód zostawiamy w Starym Siole w Wetlinie – Przełęcz Orłowicza- Połonina Wetlińska – Schronisko PTTK  Chatka Puchatka – schodzimy ze szlaku w Brzegach Górnych

 

 

Trasa dosyć łatwa, chyba że ze strachu przed zimnem i głodem spakujemy stanowczo za dużo rzeczy…

 

 

Ok 14 docieramy do Przełęczy Orłowicza i  wchodzimy na Połoninę Wetlińską. Mamy godzinę do zmroku i jakieś dwie do Chatki. Latarki są pod ręką, mapa patrząc po zdjęciach jeszcze jest 🙂

 

 

 

 

Latarki w ręce, księżyc odbijający się od śniegu oświetla nam drogę.
Gdy już prawie zdecydowaliśmy, że rozbijamy namiot ( tak, tak byliśmy przygotowani na taką okoliczność 🙂 ), w ciemnościach rysuje się Chatka. Nie dochodzą z niej żadne światła, ani odgłosy.
Stawiamy przy niej pierwsze kroki, gdy niespodziewanie otwiera się jednak okno i słyszymy „Misie, gdzie idziecie?”.
Zostajemy zaproszeni do środka przez tak zwanego Miśka, płacimy symboliczne 25zł od osoby i oddajemy się klimatowi. Latarki dają nikłe światło na około 20 głów zebranych w ciepłym pomieszczeniu. Buty obowiązkowo idą ogrzać się przy piecu, co sprytniejsi zabrali nawet klapki ( akurat tego nie spakowałam!), my latamy na bosaka.
Wyciągamy swoje konserwy i naleweczkę i dosiadamy się do stołu.

 

 

Prądu brak, wrzątek drożeje z godziny na godzinę, toaleta za granią 20 metrów dalej ( uwaga wieje!), mycie w strumyku – raczej nie polecane o tej porze roku. Klimat i wspomnienia gwarantowane 🙂
A wiadomo – im bardziej śnieg hula za oknem, tym przyjemniej śpi się na podłodze tuż przy kozie opalanym drewnem.
Na pięterku jest miejsce noclegowe dla około 20 osób.  Dostaliśmy nawet swoją pryczę, ale wolimy  zostać w „jadalni” na podłodze przy piecyku.

 

„Przy piecyku” brzmi znacznie lepiej niż „przy śmietniku” 🙂
Dobrze zapamiętać jak wyglądają twoje buty

 

 

 

Śniadanie

 

Lepiej nie pić dużo na noc.
Rano znacznie łatwiej znaleźć drogę do toalety 😀

Z punktu widokowego nie skorzystaliśmy, z toalety owszem
Droga z Chatki do WC
WC
Hulaj dusza ;)!

 

Prawie nie wieje

Teraz czas na kawę z rana.
Jeżeli mamy swój palnik i odporność na mrozy, nie musimy płacić za wrzątek i zagotować wodę w przedsionku. (Wrzątek szalenie drożał w ciągu jednej nocy, najpierw kosztował 2zł, potem cena rosła i rosła, a kubek coraz mniej pełny…)

 

Najmniejsza kuchenka turystyczna na tabletki jaką mieliśmy – sprawdza się znakomicie

 

Czekając aż zagotuje się woda

 

Niektórzy przyszli specjalnie podziwiać wschód słońca

 

A teraz gwiazda schroniska Puchatek 😀
Jest i ma się znakomicie.

 

 

 

 

 

 

Tak było 😀
To pierwsza mega noc w Bieszczadach,  następna  która trafiła do naszej Top 10 spędziliśmy w Tipi ( KLIK ) .
Ahoj :)!

 

 

 

Bieszczadzka Legenda: Bieszczady zimą i Noc w tipi

To było nasze pierwsze prawdziwe spotkanie z Bieszczadami i jedno jest pewne – rzeczywiście są pełne przygód!
Zakochaliśmy się totalnie! To miał być lekki, jesienny trekking z plecakami, a skończyło się na pokaźnym ataku zimy i spędzeniu śnieżycy w najprawdziwszym tipi!
To był akurat koniec naszego wyjazdu, ale zacznę od tego pamiętnego noclegu póki jeszcze pachnę dymem z ogniska.
Plan był nieco inny, ale śnieżyca zmusiła nas do zejścia ze szlaku.
Całe Bieszczady zasypało. Śnieżyca hula, samochody stoją, ludzie sobie pomagają.
Wróciliśmy więc stopem po samochód i postanowiliśmy poszukać noclegu w Ustrzykach Górnych.
W Ustrzykach naprawdę NIC nie ma 🙂 Są trzy restauracje, w tym tylko jedna czynna cały rok, hotel PTTK, letni camping i zamknięty sklep.
Na tipi natknęliśmy się przy barze „Bieszczadzka legenda”. Już po sezonie, więc bar był w remoncie, ze środka dobiegała jednak przyciągająca muzyka, a w „Zapominajce” tliło się ognisko. Klimat tego miejsca wręcz hipnotyzował. Zapukaliśmy więc do drzwi…
Otworzyło nam dwóch remontujących bar chłopaków.  Nie wiem czy w sezonie spanie w tipi jest płatne, ale teraz nie chcieli za to dosłownie nic ( dziękujemy bardzo za gościnność – wspomnienia bezcenne 🙂 !).
Na początku mieliśmy spać w „Zapominajce”, uprzedził nas jednak jakiś żul

 

 

 

Wstępna rezerwacja zrobiona 😀

 

To nie tak, że nie mieliśmy gdzie spać, ale nie sposób przepuścić taką okazję :D!
Na początku zaparkowaliśmy pomiędzy „Bieszczadzką legendą” a „Restauracją caryńska”. Mimo głodu restauracja poszła w odstawkę  – przy tej pierwszej stoi najprawdziwsze tipi!
Piękne, duże,z miejscem na palenisko w środku. Nocleg w tipi kusił mnie od samego początku, ale rozsądek kazał zapytać się o nocleg tuż obok – w Caryńskiej. Kameralne miejsce to to nie było, duży moloch z ekskluzywnymi pokojami. Nie po to pojechaliśmy w Bieszczady, żeby siedzieć w hotelu i oglądać filmy na Polsacie. Los chciał, że ostatnie miejsca właśnie się skończyły ( a to pech 😛 ), a w hotelu PTTK co prawda miejsca były, ale nie doszukałam się w nim ducha gór.
A że spakowani byliśmy jak pod namiot…. grzech nie zapytać się o nocleg w upatrzonym miejscu! Mamy przecież dwa cieplutkie śpiwory, testowane jak dotąd tylko na balkonie.
Super ciepły śpiwór Fjord Nansen TRONDELAND ( -9’C ). Do kupienia tutaj KLIK
Stało się, nocujemy w tipi 🙂
Rozpaliliśmy ogień, a że miejsca starczyło spokojnie dla 6 osób wieczorem zaprosiliśmy znajomych ze szlaku na wino i kiełbaski 🙂

 

Noc była niesamowita.
Na zewnątrz istna śnieżyca, wiatr wpadał przed prowizoryczne drzwi i wylatywał górą z dymem z ogniska.
Przez całą noc śnieg tłukł w namiot jak oszalały i przynosił dziwne sny.  Odwróciłam się od ogniska, które dawało jeszcze trochę ciepła, bo co chwilę budził mnie śnieg padający na twarz. Ale w śpiwory zdały egzamin!
Rano woda w kubku zamarzła, ale my nie.
Tylko buty nieopatrznie postawiłam przy łóżku i czekał mnie poranek z warstwą śniegu w środku…:)

 

 

Teoretycznie powinniśmy przetrwać w śpiworze do temperatury -20. Komfort termiczny mamy do -3 stopni. A że temperatura spadła tylko parę stopni poniżej zera, było całkiem cieplutko.
 Spalibyśmy pewnie dłużej, ale czas wstać i odkopać samochód.
Poranna kawa

 

 

No dobra, na początku było trochę zimno. Zanim zagrzałam śpiwór własnym ciepłem, próbowałam wcisnąć na nogi czwartą parę skarpetek – niestety bezskutecznie 😉
Rano żeby otworzyć „drzwi” trzeba było je skuwać z lodu.
Podsumowując – zawsze warto mieć ze sobą ciepły śpiwór. Nigdy nie wiadomo jakie atrakcyjne noclegi napotkamy na swojej drodze 😀
A „Bieszczadzką legendę” chętnie odwiedzimy kiedyś w sezonie i zobaczymy jak wygląda to miejsce nie pokryte grubą warstwą śniegu 🙂
Miejsce – po prostu czad 😀

https://www.facebook.com/plugins/like.php?href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2FLove-Krowe-nasze-podr%25C3%25B3%25C5%25BCe-668206906574432%2F%3Fref%3Dbookmarks&width=450&layout=standard&action=like&size=large&show_faces=true&share=true&height=80&appId

Morskie Oko zimą – W poszukiwaniu śniegu

Plan na Sylwestra był prosty- ruszamy na poszukiwanie śniegu i ratujemy nasze brzuchy po świątecznym obżarstwie. 
W tym roku zamiast szukać lokalu na imprezę i silić się na balowe kreacje, zakładamy „szykowne” świąteczne swetry i próbujemy dotrwać do 12… 🙂
Ale żeby doprowadzić się do takiego stanu, najpierw trzeba zmęczyć się na świeżym powietrzu i porządnie wymrozić. W końcu jest szansa, żeby wstać od stołu i w sylwestrowy poranek ruszamy nad Morskie Oko. Zaprawionymi wspinaczami nie jesteśmy, więc nawet tak oklepana trasa jak: Łysa Polana – Morskie Oko w zupełności nam wystarczy. Przejście 15 km po długim lenistwie i tak sprawia, że mimo temperatur w okolicach -14 stopni z co niektórych paruje jak z konia! 
Dużo śniegu nie odnalazłam, ale za to trafiłam do lodowej krainy. Odświeżający mróz, szadź i zupełnie zamarznięta tafla Morskiego Oka wyczarowały bajkowy klimat.
( Co do bezpieczeństwa przejścia przez sam środek stawu nie byliśmy pewni. 3 dni wcześniej tafla zaczęła pękać odsłaniając wodę, więc przy dziesiątkach skaczących po lodzie turystów zadowoliliśmy się ślizganiem przy brzegu ).
Jak dobrze jest wreszcie poczuć pierwszy głód po Świętach. Siadamy na kamieniach nad brzegiem stawu  i zmarzniętymi rękami wygrzebuję z plecaka resztki kiełbasy. Zagryzana chlebem chrupiącym od mrozu smakuje o niebo lepiej niż na świątecznym stole. Już prawie nie czujemy rąk, więc ruszamy ogrzać się w schronisku przy herbacie z sokiem i obowiązkową szarlotką. 
Miejsce przy drewnianym stole upolowane, herbata i ciepło schroniska błogo rozgrzewa. Siadamy przy oknie z widokiem na góry – mimo, że nie ma puszystego śniegu to odnalazłam swój zimowy klimat 🙂
❄ ❄ ❄

W drodze nad Morskie Oko

Nowy Rok zaskoczył nas w przytulnych swetrach, a kolejne dni słoneczną pogodą na następne mroźne spacery. A po wędrówkach, zrzucamy kryształki lodu z włosów dostając przyjemnych wypieków od kąpieli w termach i grzańca pitego pod kocem.
Ze śniegiem czy bez,  góry nigdy nie zawiodą mnie atmosferą.

Sylwester 2015

Dolina Kościeliska

Schronisko Ornak

W drodze do schroniska
Omijanie Zakopianki takie piękne! – Jezioro Rożnowskie
Bukowina Tatrzańska

Szczawnica – 10 rzeczy, które można robić w zimie

Na sylwestrowy wypad wybraliśmy Szczawnicę. 
Po części dlatego, że jak zwykle ogarnęliśmy się rychło w czas – umawialiśmy się chyba od roku, a 2-3 tygodnie przed planowanym wyjazdem jeszcze nie wiedzieliśmy gdzie… Zawsze wydaje się, że jest mnóstwo czasu, a potem nadchodzi szał bo wszystko zajęte 😉 Jeżeli chcecie spędzić sylwestra w góralskiej chatce z kominkiem radzę już teraz zainteresować się tematem. 
Ale wiedzieliśmy też, że to bardzo dobre miejsce na odpoczynek i baza wypadowa.
A co ciekawego możemy robić w Szczawnicy?

1 – samo miasto

Na początek nie trzeba nigdzie jechać, tylko przejść się po miasteczku. Położone w dolince wzdłuż górskiego potoku nie jest tak oblegane jak inne, typowe zimowego kurorty. Lubię takie kameralne miejsca. Cieszymy się klimatem, spacerujemy i idziemy nad Dunajec.

2 – spacer  Przełomem Dunajca w Pienińskim Parku Narodowym

Czy jest słońce czy pada intensywny śnieg wybierzmy się na Słowację wzdłuż malowniczego Dunajca.
  Ścieżką pieszo – rowerową ( tutaj żałujemy, że nie mieliśmy ze sobą roweru… 🙂 ) przechodzimy na stronę słowacką. Trasę ok 10 km można zakończyć w klimatycznej słowackiej knajpce. Taki cel cieszy szczególnie zimą, gdy zmarznięci grzejemy się w przy kominku i zamawiamy regionalne przysmaki. A są szczególnie oryginalne. Warto zamówić prażony syr i gazdowski talerz – czyli haluszki z bryndzą, pierogi z bryndzą i placki ziemniaczane ( jedno danie 4-5 euro. Przyjmują złotówki ). Pychota!

Talerz smakowitości : pierogi z bryndzą, haluszki i placki ziemniaczane 
Prażony syr z sosem tatarskim i frytkami.

 Dawno nie jadłam czegoś tak dobrego. Po takim solidnym daniu chyba czas na wodę z uzdrowiska !

3 – Pijalnia wód

 Najedzeni idziemy zajrzeć co ciekawego w uzdrowisku. Próbujemy zdrowotnych wód. Podchodzę do nich trochę sceptycznie, ale po kubeczku bardzo słonego Józka, czuję że mam już ochotę na kolację. Po drodze do domu kupujemy solidne oscypki i jemy z borówką .

4 – gdzie tanio i dobrze zjeść

Ceny np. w restauracji w Uzdrowisku są całkiem przystępne – talerz pierogów 15 zł. Ale jeżeli chcemy zjeść Naprawdę tanio, warto zajść do Halki. W samym centrum przy przystanku. Wystrój jak wystrój – oldschooolowy , ale tylko tutaj zjecie kwaśnicę za 2.70 🙂 Do tego jedzenie na wagę. Głodni nie głodni, szkoda było nie wstąpić codziennie na michę takiej zupy 🙂

5 – górskie szlaki

Ze Szczawnicy możemy zaplanować sobie kilka ciekawych tras. Zimą, gdy dzień jest krótki, wybraliśmy wejście przez Wąwóz Homole na Wysoką ( jak się potem okazało najwyższy szczy Pienin ). Do poczytania tutaj .
Przy bezchmurnym niebie widoki są rewelacyjne. Gdy mamy więcej czasu, możemy wjechać kolejką na Palenicę i przejść szczytami na Wysoką.

6- Wąwóz Homole

Jeżeli nie mamy ochotę na zdobywanie szczytów sam Wąwóz też jest sporą atrakcją. Wysokie na 120 m biało – czerwone kamienne ściany, a w dole potok.

7 – termy w Bukowinie

 To był strzał w 10-tke! Po dwóch dniach intensywnego chodzenia, potrzebowaliśmy regeneracji. Do Bukowiny Tatrzańskiej można dojechać w niecałą godzinkę, koszt 2,5h – 69 zł. Tyle czasu spokojnie wystarczy na wylegiwanie się w bąbelkach, zjechanie ze zjeżdżalni i pływanie. Oczywiście najlepiej wybrać się zimą. Tarzanie w śniegu było chyba największą atrakcją. Za każdym podejściem stopy paliły coraz mniej, a wskakując do gorącej wody ( 38 stopni ) od razu zapominało się o zimnie. Po kilku takich wyskokach położenie się na śniegu już nie było takie straszne 🙂  Do tego zdrowo – więc nie muszę chyba dodawać, że nikt się nie przeziębił 🙂 Jeżeli ktoś ma wątpliwości woda jest taka gorąca, że mimo dużego mrozu głowa nie marznie nic a nic. Nie myślcie więc o nausznikach 🙂

Widok z wieży ze zjeżdżalnią

Warto zabrać ze sobą wodoodporny aparat. Nanurkowaliśmy się za wszystkie czasy 🙂 My mieliśmy komórkę z podwodną opcją, ale ludzie pływali też z tabletami… 😉

Próby wykonania dirty dancing
Bałwan w kąpieli

 Już samo otoczenie Spa zachwyca. Ośnieżone świerki i widok na Tatry.

Są i Tatry 🙂 
A tak to wygląda z góry;
na zewnątrz 3 poziomy basenów: 2 gorące i 1 chłodniejszy
Ratownik na basenie rodem z Syberii – ciekawe czy w tym stroju skakałby wody 😉

8 – kulig

A najlepiej nocny z pochodniami zakończony pieczeniem kiełbasek przy grzanym winie. Czasu na przejażdżkę nam nie starczyło, ale grzańca i inne specjały pijaliśmy na własną rękę.

9 – Niedzica

Zamek z Niedzicy zwiedziliśmy dobre parę lat temu. Ale myślę, że dla takiego widoku można podjechać 20 km ze Szczawnicy.

10 – narty

Większość przyjeżdża tutaj własnie ze względu na stok.Wyciąg na Palenicę jest, więc kto ma ochotę trochę poszaleję. Trasy nie sprawdziliśmy bo rzadko wskakujemy na narty. Nie starczyłoby czasu na wcześniejsze atrakcje 😉

Zdecydowanie jest co robić 🙂

Pieniny zimą – Wysoka

Podczas sylwestrowego wyjazdu przypomniałam sobie jak bardzo uwielbiam góry. Już dawno nie byłam na szlaku, a szkoda! Muszę nadrobić zaległości w ciągu nowo rozpoczętego roku. Wstępne plany już zrobione. A ich snucie zaczęło się podczas pobytu w Pieninach, a dokładnie Szczawnicy.
Góry zimą kojarzą się głównie z białym szaleństwem na nartach czy snowboardzie, ale odkryłam, że dla mnie dużo ciekawsze są piesze wędrówki. Można spędzić czas w miejscach nieobleganych przez turystów, zrobić mnóstwo zdjęć i sprawdzić swoją wytrzymałość. Złapaliśmy kolejnego, tym razem górskiego bakcyla. Zaczęło się od wejścia na najwyższy szczyt Pienin – Wysoką  ( 1050 m.n.p.m. ) – znajdującą się w Małych Pieninach na granicy polsko – słowackiej.
Zdobycie góry może nie było jakimś wielkim wyczynem, ale za to bardzo przyjemnym, z przepięknymi widokami i dobrym wstępem do większych zimowych wędrówek 🙂   
Nasza trasa – zielony szlak

Jaworki – Wąwóz Homole – Wysoka

Ze Szczawnicy podjechaliśmy busem do Jaworków, a następnie przeszliśmy przed kamienny Wąwóz Homole ( 800m ). Szło się łatwo i przyjemnie wzdłuż rzeczki, którą przekraczaliśmy co chwilę przez utworzone mostki i schodki. Po wyjściu na polanę ruszyliśmy dalej przez iglasty, pięknie ośnieżony las. W wąwozie napstrykaliśmy mnóstwo zdjęć, które po tym co było wyżej wydają się takie sobie… 😉

Im dalej, tym coraz piękniej :)! Na drzewach i pod nogami pojawiało się coraz więcej śniegu, a nad nami coraz więcej błękitnego nieba i słońca. Podejście nie było szczególnie strome, i mimo że miejscami było ślisko w drodze na samą górę pomagały schodki i poręcze. Zdobycie szczytu licząc od początku wąwozu zajęło nam ok 2,5 h. Duży wpływ miała na to masa przystanków na robienie zdjęć… , ale to nie tylko moja wina 😉 Po śniegu nie idzie się dość szybko, zimowe ubrania jednak trochę krępują ruchy, a żeby podziwiać widoki warto zatrzymać się na herbatkę i czekoladę 🙂
Widok na Wysoką

Czeko-piknik pod Wysoką
Mimo 10 stopni na minusie było nam gorąco, a o tym jaka jest temperatura przypominały tylko czerwone policzki, szron na włosach i twarde jak lód batoniki . Zresztą kto by narzekał na temperaturę patrząc na tak cudnie ośnieżone drzewa na szczycie. Wchodząc między nie nuciliśmy „Walking in a winter wonderland”.

Wysoką zdobyliśmy tuż przed zachodem słońca. Ostatnie wyjścia promieni zza chmury oświetlały całą okolicę. 
Widoki z Wysokich Skałek.

Jedynym minusem zimowych wędrówek jest zmrok zapadający o 16, więc niestety trzeba było wracać. Schodziło się za to dużo, dużo szybciej – zbiegając albo jeszcze przyjemniej – używając butów i spodni jak sanek 🙂 
  

 Postanowienia noworoczne? Do podróży rowerowych dołączyły jeszcze górskie szlaki.
Oby w 2015 starczyło nam czasu na zdobycie kilku szczytów w Tatrach 🙂
Opuszczamy Wąwóz Homole