Kupiliśmy przyczepę

 

Przyczepa kempingowa ostatnio pochłonęła nas do reszty.
A wcale nie zamierzaliśmy jej kupować  – zaczęło się jak zwykle bardzo niewinnie od wybierania bagażnika na rowery…
Tegoroczne wakacje planowaliśmy znowu spędzić na rowerach, mieliśmy jednak trochę dosyć ciągłego składania i pakowania ich do samochodu. A gdy do tego pojawiły się norweskie deszcze zamieniające wszystko w błoto, możecie sobie wyobrazić nasz bagażnik ….
Zaczęliśmy więc poszukania. Ten idealny wymagał dokupienia haka. Bagażnik, hak, jak już szaleć to szaleć,  może jeszcze bagażnik dachowy ? – do Norwegii weźmiemy przecież dużo jedzenia  – i tak się zwróci 😉
Po przeliczeniu wszystkich wydatków nie wyszło mało…
A skoro już mamy kupić hak,..może podpiąć pod niego coś większego…?
Przyczepa 😀 !
Zaczęliśmy do szukania maleńkiej Niewiadów, która miała spełniać raczej rolę bagażnika i rozwiązałaby problem spania. Oczywiście w trakcie wymagania lekko wzrosły i tak o to mamy 4-osobowego Caravelair’a 🙂
( tylko z rowerami dalej jest problem ;P ).
Przyczepę udało nam się kupić naprawdę w dobrym stanie. Bez charakterystycznych zatęchłych aromatów. Pozostało tylko dobudować łazienkę ( to te wygórowane wymagania,,,;) ), odmalować po swojemu i można ruszać w drogę :)!
Pełną metamorfozę i każdy kąt naszego pierwszego  M0 pokażę innym razem ( musimy dopieścić jeszcze wałkiem parę ścian i dopracować detale ),
a tymczasem zapraszam was w pierwsze spotkanie z naszym  Domem 🙂
Zaczynamy
W połowie drogi.

 

Jeszcze trochę pracy przed nami.
 Pierwsza warstwa farby podeschła, czas udać się na jazdę próbną 🙂
Nauka jazdy z podwójnymi lusterkami

 

 

Gdzie teraz :)?
Ahoj :)!

https://www.facebook.com/plugins/like.php?href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2FLove-Krowe-nasze-podr%25C3%25B3%25C5%25BCe-668206906574432%2F%3Fref%3Dbookmarks&width=450&layout=standard&action=like&size=large&show_faces=true&share=true&height=80&appId

Rower: Okolice Kazimierza – Mięćmierz

Kazimierz Dolny jest niewątpliwie jednym z najbardziej uroczych miasteczek jakie znam. Ale jeżeli jesteście z okolic Lublina i tak jak nas zaczyna już powoli nudzić rytualny niedzielny spacer po rynku, może warto przedłużyć nieco trasę wzdłuż Wisły i wylądować w Mięćmierzu :)?
Zaledwie 4 km od Kazimierza znajdziemy się w miejscu gdzie czas się zatrzymał.  Chatki pokryte strzechą, plaża z opuszczonymi łodziami, a w lecie, przy studni na rozstaju dróg babcie wystawiają swoje kosze z malinami. To właśnie tam chcieliśmy znaleźć się w Walentynki. Na rowerze uciekliśmy od przepełnionego w tym dniu Kazimierza i z maślanym kogutkiem w sakwie ruszyliśmy w nieco bardziej romantyczne tereny. Te miejsca aż się proszą o piknik we dwoje.
To nasz drugi rowerowy raz w Mięćmierzu. Tym razem wybraliśmy trasę przez punkt widokowy w Albrechtówce, zjazd po skalistym zboczu w kierunku Krowiej Wyspy, kończąc w kamieniołomach pod samym Kazimierzem. ( Inne atrakcje z pierwszego letniego wyjazdu – Tutaj – KLIK ).

Zapraszam na małą przejażdżkę na otwarcie sezonu 2016 🙂

Widok na Zamek w Janowcu
Trasę do Mięćmierza nad Krowią Wyspą spokojnie pokonamy też na piechotę.
W kierunku Albrechtówki

Trochę zboczyliśmy z klasycznej trasy rowerowej – na lewo od Albrechtówki

Widok na Krowią Wyspę

Sezon 2016 oficjalnie rozpoczęty

Kogutek Kazimierski
Miejsce na piknik znalezione

Gdy kogutek stracił głowę i wyczyścił pudełka po paprykarzach, wjechaliśmy do „centrum” Mięćmierza.

Tym razem malin nie było 😉
Kamieniołomy – raj dla rowerów górskich

Atrakcje kamieniołomów.

Po małej przejażdżce po kamieniołomach czas na umycie kół w Wiśle i  (nareszcie!) kolację.

Czas wracać

Dla odmiany od pizzy kolację zjedliśmy w gruzińskiej knajpce Batumi ( przy Małym Rynku ). Bardzo pozytywnie.

Chociaż w Walentynki planowałam w końcu porządnie wytarzać się w śniegu, to pogoda wynagrodziła mi brak zimy w lutym – rowerem.
Sezon 2016 oficjalnie rozpoczęty 🙂

https://www.facebook.com/plugins/like.php?href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2FLove-Krowe-nasze-podr%25C3%25B3%25C5%25BCe-668206906574432%2F%3Fref%3Dbookmarks&width=450&layout=standard&action=like&size=large&show_faces=true&share=true&height=80&appId

Grzybobranie na Mazurach – Puszcza Borecka

Nie ukrywam, że w porównaniu z poprzednimi wakacjami nad Bałtykiem, te norweskie wcale nie należały do łatwych i relaksujących. Ale przecież nie o to chodziło :)! Było warto, a nagrodę za wszystkie trudy zafundowaliśmy sobie pod koniec września. Czyli nasze ulubione miejsce do kompletnego resetowania – psychicznego i fizycznego –  Mazury. Specjalnie nie wzięliśmy rowerów żeby nie robić po prostu nic. Naszym codziennym obowiązkiem było jedynie jedzenie, pływanie kajakiem, który stał pod domkiem i koniecznie grzybobranie!
Grzybobranie to mój ulubiony sposób na oficjalne powitanie jesieni. Ulubiony, tuż obok grzańca przy ognisku lub kominku…. I nawet fakt, że podobno nie ma jeszcze grzybów wcale mi nie przeszkadzał – bo kto to będzie potem przerabiał? ;). Bierzemy więc termos do koszyka i ruszamy do Puszczy Boreckiej.
A co najbardziej lubię w grzybobraniu?
To co czeka nas w sercu lasu i gubienie się w nim z lekką kontrolą. Grzyby jak grzyby, ale za to jakie widoki czekały na nas w puszczy. 
Po takich zakątkach warto powłóczyć się parę godzin, a jeżeli do tego wyniesiemy pełen koszyk to dodatkowy plus. 
Będzie co wspominać przy wyławianiu grzybka z wigilijnego barszczyku :).
W planach zwiedzania Puszczy Boreckiej mieliśmy jeszcze wizytę u żubrów przy Czerwonym Dworze. Nie mamy coś szczęścia do tych olbrzymów – żubry we wrześniu czynne tylko w godzinach 9-11 :/  
Albo spanie albo żubry!

 Grzyby o dziwo były. Może nie w oszałamiającej ilości, ale za to jakie. Część dorodnych prawdziwków skończyła na zdjęciach, a kolejna część być może lekko sprofanowana na zapiekance z Lidla ( ale takiej dobrej jeszcze nie jadłam 🙂 ).
Wieczorem grzyby już się suszą a my zabieramy się za kolejną atrakcję – grzańca i kominek.
To tak na mały rozruch, jesień dopiero się zaczyna, a wyczuwam jeszcze więcej grzybów w powietrzu 🙂

Wędkarskie poranki

Czy wędkowanie może być romantyczne?
A niby dlaczego tam jeżdżę ;)?
Wbrew pozorom  nie będzie to post o rybach – bo nie są tu najważniejsze… Mimo, że zanęta pachnie jak najlepsze ciasto, a Arek nawet zainteresował mnie robakami w pastelowych kolorach ( miętowy podobno w modzie? ), to na wędkowanie i tak patrzę z kobiecego punktu widzenia. Co oznacza dla mnie tylko jedno – to jedna z moich ulubionych rozrywek :)! Ale nie chodzi tu o ryby, a o całą magiczną otoczkę. Wędkowanie często kojarzy się z panem z wąsem, który znudzony popija piwko przez wiele godzin. A naprawdę może być ciekawie. Karp, krąp czy może bękart? – dla mnie to bez różnicy co się wyłoni na końcu linki, to tylko mały pretekst żeby spędzić noc nad brzegiem stawu. Zarzućmy, rozłóżmy się wygodnie i obserwujmy jak jezioro zmienia się od wschodu słońca aż do wieczora.

Ryby, rybami ale to właśnie nad brzegiem jeziora najbardziej chciałam świętować swoje urodziny. Spędziłam je w najbardziej stylowej restauracji – z rybami pod taflą wody, nietoperzami nad głową i rozgwieżdżonym niebem jeszcze wyżej.

Romantyczna kolacja
Ale to poranek przeszedł sam siebie.
Najdłuższy dzień lata – 21 czerwca, postanowiliśmy wykorzystać dosłownie całkowicie. Nie mogłam sobie wyobrazić piękniejszego wschodu słońca obserwowanego już po uniesieniu klapy bagażnika ( bo tam spaliśmy 🙂 ). Pobudka  wraz ze słońcem o 4.15, poranna zarzutka, a na wczesne śniadanie grill o 5 rano. Zauważyłam tajemniczą zależność, na 7 zjedzonych przeze mnie kiełbasek złowiliśmy 7 ryb… Chyba nie mogę ryzykować następnym razem i obniżyć poziomu 😉

Małe wytłumaczenie sytuacji ze spaniem w bagażniku… 🙂
Jest to bardzo komfortowe miejsce noclegowe 🙂 Zawsze marzyłam o samochodzie sypialnym typu kultowy ogórek lub kamper, więc świetną niespodzianką było dla mnie wyłożenie tylu samochodu dużym materacem. Spało się jak w domu, tylko z widokiem na niebo w nocy, a o świcie po przetarciu zaparowanej klapy bagażnika ukazało się jezioro we mgle. Zaparkowaliśmy nad samą wodą, więc póki nie zrobiło się na tyle ciepło, że chcieliśmy wyjść na zewnątrz łowiliśmy ryby prosto z bagażnika. Takich rzeczy nie zrobisz w swoim wygodnym łóżku 😉

Czas na kawę
Śniadanie do łóżka

Ci wszyscy wędkarze chyba mają jednak duszę romantyka 😉
Może tym sposobem, zachęcę jakąś dziewczynę do wyprawy na nocną zasadzkę na rybę :).

Kajak czy łódka? – Mazury i grill na łodzi

Witam po naszej mazurskiej Majówce:)
Pogoda rozpieszcza nas w tym roku. Udało nam się spędzić te trzy dni maksymalnie na świeżym powietrzu. Chociaż wcale nie nastawiałam się na opalanie w krótkich spodenkach. Prognoza na weekend majowy przewidywała tylko 30 stopni – w sumie….
Piątek 10 + sobota 10 + niedziela 10 stopni 😉
Na szczęście Dobki mają swój nieprzewidywalny mikroklimat i zaskoczyły nas słońcem. Awaryjna gra planszowa została prawie nie tknięta, a my spędzaliśmy całe dnie na wodzie.
Dla urozmaicenia od naszych rowerowych wojaży, czasami wybieramy inne środki transportu 🙂
Bo w krainie jezior warto zobaczyć świat z wodnej perspektywy.
I tu pojawia się Mazurski dylemat – wybrać kajak czy łódkę?
  ( nie ma to jak wakacyjne problemy … 😉 ).

W dzisiejszym poście małe połączenie obu mazurskich wyjazdów. Po Wielkanocy zwiedzaliśmy okolicę głównie z kajaka, natomiast na Majówce królowała łódka.
Kajak na pewno będzie idealny, gdy chcemy jak najszybciej przemieszczać się po jeziorze. A bajka dopiero się zaczyna gdy jeziora są połączone… Możemy wtedy szaleć do woli pokonując sporo kilometrów w ciągu jednego dnia. Zwrotny, szybki i niemęczliwy :)! Zawsze możemy podpłynąć gdy coś zaciekawi nas w szuwarach lub nagle zapragniemy wskoczyć na drzewo.
Ale… łowienie ryb z kajaka byłoby małym wyzwaniem, co dopiero piknik… Ale takimi rzeczami zajmie się łódka 🙂

Hitem Majówki  była duża łódka, a w zasadzie szalupa. Stara, obdrapana, ale to tylko dodawało klimatu. Jedynym jej minusem była waga , więc po paru dniach nasi mężczyźni ( bo po takim wysiłku na pewno przestali być chłopcami… 😉 ) mieli prawdziwe ręce marynarza 🙂
Plusy? Można zapakować na nią dużo osób i jeszcze więcej jedzenia.
 Dzień zaczynaliśmy więc od kawy na łódce, od czasu do czasu polując na szczupaka, który oczywiście znowu nas przechytrzył… Na rybkę z grilla chyba jeszcze trochę poczekamy. Byliśmy jednak przygotowani na taką sytuację. Wyciągnęliśmy mięsne zapasy z lodówki i najlepszy obiad  w tym roku zjedliśmy właśnie na pokładzie łodzi. Żadna restauracja nie przebije smaku udek z kurczaka zjedzonych na środku jeziora.
Pokrywę z dużego grilla ustawiliśmy na cegłach, do tego kratka i rozpoczęliśmy nasz smakowity rejs.
Pachniało na całym jeziorze.

Piesek z pomostu chyba wywęszył coś dobrego

Uwaga krowy! – Rowerowa krowa na Mazurach

Najwięcej krów w Polsce możemy spotkać właśnie na Mazurach. Jak już pisałam, niestety nie są już tak stałym elementem krajobrazu jak kiedyś. Gdy byłam mała, podczas podróży zawsze liczyłyśmy z siostrą krowy z samochodu – która nazbiera więcej po swojej stronie.Teraz chyba usnęłybyśmy z nudów … 😉 
Wzięłam więc sprawy w swoje łaciate ręce i urozmaiciłam mazurski krajobraz 🙂
Moje ulubione połączenie rower + krowa świetnie się spisało.
Dodam jeszcze, że jest to najlepszy strój na świecie  🙂 Ale gdy go kupowałam nie sądziłam, że założę go więcej niż dwa razy… Teraz zabieram krowę prawie na każdy wyjazd – na pomoście ochroni nas przed zimnem i komarami, w zimie ogrzeje jak najlepszy koc, po kąpieli miło wtulić się w ten ciepły polarek, sprawdza się też jako zimowa piżamka. Jak widać na rowerze też sobie poradził – obyło się wkręcenia ogonka w łańcuch 😉
Przejeżdżając uważajcie na szalejące krowy 🙂

Kobieta na rybach – wędkarstwo z punktu widzenia kobiety

Jeden dzień z tzw. Kobiecego Weekendu 7-8 marca spędziłam na… rybach. Wydaje się, że wędkarstwo jest typowo męskim zajęciem, a dziewczyny czasami z daleka omijają takie „wątpliwe” atrakcje. Jak dla mnie jest to bardzo relaksująca forma rozrywki, świetna dla obu płci. Myślę, że powinnyśmy zdecydowanie częściej to robić. A dlaczego? Już wyjaśniam 🙂
1 – relaks
Nic tak nie relaksuje jak nicnierobienie 🙂 Moim zdaniem, my kobiety zdecydowanie za często staramy się robić coś pożytecznego i boimy się marnować czas. A czasami trzeba wyjechać tam gdzie nic nie ma, nic się nie robi i wyciszyć się z dala od wszystkiego. Podobno mężczyzna ma w głowie szufladkę, której znajduje się – NIC. I tego NIC używa podczas takich czynności jak patrzenie się na spławik. Ja odnalazłam u siebie takie miejsce w mózgu i jest mi z tym bardzo dobrze 🙂 Po prostu skupiam się na bojce, kołyszącej się na wietrze i nie myślę o niczym istotnym, a już na pewno o problemach. Może potraktować to jak rodzaj medytacji ? Może wydaje się to nudne, takie siedzenie na krzesełku i wpatrywanie w nieruchomy punkt, ale po kilku godzinach takiego wewnętrznego spokoju czuję się na pewno bardziej wypoczęta niż po kanapowym serialowym maratonie.
W miejscu – NIC
2 – przyroda
A to jest właśnie powód dlaczego bardziej wypoczywam na rybach niż pod kołdrą. Na co dzień siedzimy w domach, w pracy, a wracając do domu znowu ładujemy się do łóżka z laptopem, książką lub włączamy tv.  Świeżego powietrza jest zdecydowanie za mało. Oczy też wolą widok wędki na tle stawu i lasu niż ekran komputera 🙂 To bardzo pomaga odpocząć naszym zmysłom. Dodam jeszcze, że czas spędzony na przedwiosennym chłodzie wzmocni naszą odporność lepiej niż wątpliwe suplementy 🙂
3 – piknik
Już któryś raz o tym piszę, ale jakby ktoś zapytał o moje ulubione danie, odpowiedziałabym zdecydowanie – PIKNIK 🙂 Nie ważne co, na świeżym powietrzu wszystko smakuje najlepiej 🙂 A wypad na ryby = jedzenie. I tu zaczyna się atrakcja dla każego. My możemy przygotować piknikowy kosz smakołyków,  kolorowe talerzyki, a mężczyzna rozpali ognisko lub grilla. I każdy zajmuje się tym do czego został stworzony 😉
Zapomniałam przypraw – ale i tak smakowało 😉
Jeżeli porządnie zmarzniemy  ( jak my ostatnio ) jest pretekst żeby zajechać na rozgrzewające, sycące danie.
Wszystkie drogi prowadzą do BIDY ( przecież jakoś się łączą – to nic, że naokoło 🙂 )
4 – własna wędka
Samo łowienie ryb nigdy specjalnie mnie nie pociągało. Dopóki nie dostałam własnej wędki – na taką aż chce się coś złapać 🙂 Pięknie, ręcznie zrobiona przez A. Pędy bambusa, sznurek, a także rowerowy akcent – rączkę od kierownicy jako trzymadełko. Szyszka służy za bojkę. Klasyczna, retro wędka może być kobiecym elementem stroju. Miło dobiera mi się do niej kolorowe spławiki i gumowe rybki na przynętę. Pasuje do tuniki, kaloszy i wystających spod nich ciepłych skarpet. A w lecie będzie dodatkiem do słomkowego kapelusza 🙂

5 – gdy boimy się robaków
Jeżeli nie znajdziemy nikogo do założenia białaska gubaska na haczyk, są inne wyjścia z tej sytuacji 🙂 Wcale nie musimy łowić na robaki. Niektóre gatunki ryb np. karpie mają podobny gust do nas 😉 Słodkie zanęty wkładamy do koszyczka ( pachną wanilią i ciasteczkami… przez to na rybach mam ochotę na coś słodkiego…), a na haczyk nadziewamy kukurydzę. Ryby znają się na rzeczy, i nie przepadają za tanią, twardą kukurydzą, wolą złocistą, słodką  Bonduelle lub hit – kukurydzę truskawkową, wyglądającą jak smakowite landrynki. Możemy też użyć sztucznych robaków 🙂
Nie wiem na jakie się zdecydować 🙂
6 – campingowe akcesoria
Następnym razem zamierzamy urozmaicić nasze wędkowanie kilkoma gadżetami. W ostatni weekend zauważyliśmy, że każdy karpiarz ma przy swoim stanowisku namiot, z którego może obserwować bojkę. Tego nam brakowało do ochrony przed wiatrem. Gdy zrobi się cieplej będziemy zostawać w nim na noc. Ryby są dobrym pretekstem do biwakowania nad wodą 🙂
Kolejny hit jest już w drodze – 2 osobowy hamak, do rozwieszenia między drzewami tuż przy wędkach. Dobra alternatywa dla kanapy i telewizora 🙂
7 – wspólnie spędzony czas
To chyba najważniejszy punkt. Bo czasami wystarczy po prostu posiedzieć przy sobie.Czy to zmarznięci pod kocem na wędkarskich stołeczkach , czy w przyszłości na hamaku. W spokoju, korzystając z uroków lasu i stawów.
p.s 

8 –  można jeszcze złowić rybę :)!
Zupełnie o tym zapomniałam … 😉 
 To nic, że w tym roku złowiliśmy tylko jedną, ale razem mamy podwójne szanse 🙂

Żagle – Zalew Zemborzycki

I jak tu się nie zakochać w żaglach…:)?
 Jeżeli macie taką możliwość ( ktoś z grupy powinien mieć patent albo przynajmniej znać się na pływaniu – w niektórych miejscach to wystarczy to wynajęcia mniejszej łódki ) gorąco polecam taki aktywny wypoczynek. Chociaż w moim przypadku to raczej tylko odpoczynek. Moja aktywność polega tu głównie na uciekaniu przed bomem przy zwrocie… 😉 – uwaga na głowę! ( dla  niewtajemniczonych jak ja – to to metalowe przy żaglu ) 
Mała ściąga :
( przynajmniej doszkolę się podczas pisania 🙂 )
Być może nie jest to najlepsza pora roku na zaczynanie przygody z żaglami – jak się rozkręcimy ciężko będzie wytrzymać do wiosny 😉 Póki co jest tak ciepło, że  można pływać do końca listopada.  Łódkę na razie wypożyczamy w yacht clubie, ale w przyszłości marzy nam się własna. Gdzie pojechać z taką łódką ? Można pływać od portu do portu na Mazurach śpiewając szanty, wędkować nad Soliną lub wybrać Zalew Wiślany czy Zatokę Pucką i spędzać dni raz na łodzi, raz na plaży.Taki plan byłby dobry 😉
Ale nie wybiegajmy tak daleko w przyszłość 😉 Na razie jesteśmy w Lublinie i pływamy od czasu do czasu po „Oceanie” Zemborzyckim.
I tak jest fajnie :)!
Wiatr tym razem nie dopisywał, ale za to można było się opalać i to pod koniec października 🙂
Herbatka w termosie, udko z kurczaka w łapę i płyniemy!
Może by się poopalać….?
Czas na herbatę

Udko na łodzi – pychota!
Ahoj przygodo!
First – Łódka widziana z lądu 
Gdzie się podział mój majtek ?!

Lublin: Rowerem na żagle

Wybaczcie chwilowy przestój na blogu, ale niestety wraz z początkiem października ( a u mnie na uczelni oszaleli i nawet 2 dni wcześniej ;/! ) zaczęły się studenckie obowiązki… Wiadomo najgorszy jest pierwszy tydzień. Trzeba obmyślić taktykę, jak sprawnie połączyć zajęcia z nauką, pracą itd. Do tego mama ostatnio okupuje kuchnię, więc z braku czasu jem co dają i chwilowo nie przygotowywałam sama nic smakowitego. Ostatni weekend spędziłam więc na odpoczywaniu po pełnym wrażeń tygodniu. Chociaż rozum powinien podpowiadać, żeby siąść do książek, to już od dawna wie, że z taką ilością słońca nie ma siły przebicia 😉 W październiku nie można przepuścić takiej pogody! Nigdy nie wiadomo kiedy jej się odmieni i do reszty utkwimy w kaloszach, ciepłych czapkach i kurtkach. 
Chociaż przyznam, że w sobotę rano było ciężko z motywacją i kusiło nas nicnierobienie… Bardzo długo walczyliśmy z lenistwem i śpiochami, ale na szczęście wyciągnęliśmy rowery i przez dwa dni korzystaliśmy z uroków jesieni. Kręciliśmy się rowerami po lesie, nad zalewem, po centrum Lublina, a w niedzielę wpadliśmy na pomysł żeby wypożyczyć łódkę.
Udało się! – wypożyczalnia w Jacht Klubie była otwarta.  Myśleliśmy żeby popływać małą żaglówką np. Omegą, a wynajęli nam jachcik 7,5metrowy ważący tonę…;) Szczerze mówiąc ja w ogóle nie znam się na pływaniu, robię przeważnie za balast. Zazwyczaj przerzucam się tylko przy zwrotach z jednej burty (?) na drugą. Arek żeglować umie ( chociaż na razie bez patentu ), ale taką Łodzią jeszcze nie miał okazji pływać. Po małych trudach z odbiciem od brzegu było już tylko super :)! 
 Tak trochę ostatnio narzekałam porównując nasz Zalew Zemborzycki z zalewem w Janowie… ( przede wszystkim w naszym lepiej się nie kąpać… ) ale właśnie – wynajęcie łódki może być kolejną atrakcją w Lublinie 🙂
Koszt nie jest taki duży – 35zł pierwsza godzina, kolejna 30zł, następne jeszcze taniej. Warunek – trzeba jednak jako tako znać się na żaglach. Ale każdy znajdzie coś dla siebie. W innych wypożyczalniach są dostępne mniejsze żaglówki, łódki na wiosła, rowerki wodne –  nawet w kształcie łabędzia lub kaczki 😉 

Łódka była na tyle duża, że czasami z roli balastu musiałam przechodzić w rolę sternika, lub od czasu do czasu ściągać i luzować jakieś liny. Wkrótce mam się dowiedzieć jakie są ogólne zasady operowania żaglami i w jakim celu to wszystko robiłam…  – domowe nauczanie początkowe na…. Virtual Skipperze 😉 

Nasze paliwo

Gdy zrobiło się chłodniej bardzo przydała się budka na łódce. W środku miejsca jest naprawdę sporo. 2 osoby mogą spać na końcu, kolejne 2 po obu stronach rozkładanego stolika, a na upartego jak się przytulą, to zmieściłoby się jeszcze parę.
Wiem, że moje nazewnictwo jest żeglarsko nieprofesjonalne, ale to dopiero początki 😉 Jak będę częściej pływała na pewno się nauczę i nie będę zastanawiała się gdzie jest rufa 🙂
Widok ze środka
Chowam się przed wieczornym chłodem
Zemborzyce
Z księżycem w tle dobijamy do brzegu

Jeżeli macie ochotę rzućcie okiem na filmik. Lepiej oddaje wygląd całej łódki i jej wnętrza.
My dopiero zaczynamy przygodę z żeglowaniem, ale czuję że będzie to dłuższa znajomość 🙂 To świetny sposób spędzania wolnego czasu, szczególnie gdy mamy łódkę dla siebie na cały dzień. Na pewno dobrze by było zrobić patent i wynająć ją w jakimś ciekawym miejscu np. nad Soliną czy Mazurach. (Z tego co się orientuję, całodniowe wynajęcie np. Sasanki kosztowało kiedyś ok. 180zł, a zmieści się kilka osób). Można tu spać, gotować i tak płynąć i relaksować się bez końca :). Na pewno warto 🙂

Rower: Jesień w magicznych Lasach Janowskich

I znowu przyszła jesień…
Ale jak się okazuje, koniec upalnego lata wcale nie oznacza rezygnacji z odpoczynku na świeżym powietrzu i tylko i wyłączne leżenia pod ciepłym kocem. Chociaż zgadzam się że jest to bardzo miła rozrywka – przytulna kołderka i moja ulubiona krowia piżamka już jest w użyciu i bardzo się tego cieszę 😀
Prawdziwa polska jesień właśnie rozkręca się na dobre i szkoda by było przegapić ten piękny czas w naszym kalendarzu. Każda z pór roku ma swoje uroki.   Lasy Janowskie znajdują się ok 50km od Lublina i często jedziemy właśnie tam, żeby odetchnąć trochę i wyszaleć się na rowerach.  Byliśmy tu już tyle razy, a nie odkryliśmy jeszcze wszystkich miejsc w Puszczy Solskiej. Teren jest naprawdę ogromny i niesamowite jest to jak dzikie pozostały te tereny. Mamy więc cel – zjeździć puszczę wzdłuż i wszerz , co wcale nie jest takie łatwe 😉 
Krótkie, nawet weekendowe wypady za miasto mogą zdziałać cuda 😉 Koszt takiego miłego weekendu nie jest duży – odkrywamy powoli tutejsze leśne agroturystyki, i okazuje się, że ich ceny wahają się granicach 30-35zł od osoby. A w domu przecież i tak trzeba coś jeść 😉 Musimy częściej robić takie wypady – 2 dni w lasach i człowiek wraca jak po wakacjach 🙂 Myślę, że czekanie na taki wyjazd będzie moim sposobem na zbliżające się chłodne dni 😉 
Mogę z całą pewnością polecić agroturystyki, w których już byliśmy. Na wiosnę nocowaliśmy w Doboszówce, a w ostatni weekend w agroturystyce w Momotach Dolnych. Parę zdjęć z pierwszego noclegu zamieściłam w  wiosennym janowskim poście. W Momotach zdjęcia na stronie, nie oddają w całości przyjemnego klimatu tego miejsca. Tutaj bardzo podobał nam się duży salon do dyspozycji gości, z kominkiem i stołem do ping ponga. 
Widok z naszego pokoju w Momotach Dolnych
Momoty witają !

Myślę, że najlepiej przedstawić atrakcje w zdjęciach 🙂
Po 1 – rower!
To chyba najlepsze urządzenie na ziemi 😉
A na pewno najlepsze do zwiedzania.  Za pierwszym razem pojechaliśmy na rowerach z Lublina prosto do Janowa, a w zasadzie do wsi Kalenne w samym lesie. Teraz kiedy już wiemy, że możemy dojechać tam sami, wpakowaliśmy rowery do samochodu, żeby mieć więcej czasu na leśne pedałowanie. Warto zwrócić uwagę na opony. W swoim rowerze mam tzw. uniwersalne – dobre na trasy, ale nadające się też na mniej utwardzony teren. Jednak na takie okazje przydałyby się grubsze opony z bieżnikami, bo niekoniecznie utrzymywałam równowagę na ścieżkach z piaskiem 😉
Co zobaczyliśmy tym razem?
Na pewno przepiękną przyrodę, tym razem w jesiennej odsłonie
Byliśmy tu już tyle razy, a za każdym przyjazdem zachwycam się widokami.
Inna pora dnia, pora roku, inne polana czy staw, a wydaje mi się jakbym tu była pierwszy raz i nie mogę się powstrzymać od robienia zdjęć. Jesienią lasy są naprawdę magiczne. 
Pierwszego dnia było trochę deszczowo. Gdy przestało mrzeć, postanowiliśmy zbadać okolicę Momotów. Co by nie było – deszcz też może wyjść na dobre. Zjechaliśmy ze szlaku na małą polanę i otoczyła nas gęsta mgła. Uroku dodawała wynurzająca się z białej mgiełki budka myśliwska. Na którą oczywiście wdrapaliśmy się, żeby podziwiać widoki – idealne zakończenie dnia. 

W okolicach Momotów zachwyciły nas drewniane szałasy.
W przebłyskach zachodzącego słońca wyglądały jak domku z bajki. Chcielibyśmy pobawić się w hobbitów i przespać się na podłodze wyłożonej mięciutkim mchem ( ktoś się nieźle napracował! Mech „porastał” nie tylko podłogę domostwa ale i dach 🙂 ) ale w październiku chyba to nie najlepszy pomysł – chociaż kuszący… 😉

Chatka „hobbita”

Kolejna atrakcja – grzyby!

Chociaż teraz nie skupialiśmy się na ich zbieraniu, to jednak wypatrzyliśmy parę sztuk z siodełka. Szkoda by było nie zebrać. Co prawda trochę się pomaśliły w sakwie, ale jak to maślaki…

Dumna krowa
Na tym jednak nie koniec. Jest tu sprawdzona polanka, na której prawie zawsze można znaleźć dorodne kanie.
Wrzosowiska
Było grzybobranie, teraz czas na zbieranie wrzosów. Jak dla mnie to jedne z piękniejszych kolorów jesieni.
 W niedzielę pokręciliśmy się trochę po okolicy i za kolejny punkt obraliśmy Porytowe Wzgórze. Miejsce to ma swoją historię – miała tu miejsce jedna z największych bitew partyzanckich w dziejach Polski. Za upamiętniających to zdarzenie pomnikiem, ruszyliśmy górzystym szlakiem w głąb lasu. I z wilgotnego, zielonego terenu przenieśliśmy się na piaszczyste, słoneczne wrzosowiska. Najlepsze jest to, że w tych terenach można w 100% nacieszyć się kontaktem z przyrodą i sobą nawzajem – nikogo tu nie ma ;)!

Zbiory ze wzgórza
 Były rośliny i grzyby – to czas na leśne zwierzęta ! 🙂
Koniki biłgorajskie

W Szklarni utworzono naturalną ostoję tych sympatycznych zwierzątek. Koniki mają w sobie coś z kucyka. Jak znudzą się jedzeniem trawy podbiegają na swoich krótkich nóżkach i nawet dają się pogłaskać. Pewnie że nie bezinteresownie. Dostały kawałek chleba, a potem szukały jeszcze czegoś dobrego w sakwach…
Koniki można też podziwiać ze specjalnej podwyższonej platformy.

Konik nieco się rozochocił 😉

Na początku jednak było długie kuszenie piętką chleba…

Koniki u siebie
Taki widok z okna budzi mnie z samego rana !
Nie, nie jaszczurka powyżej, a pan na rowerze wyprowadzający krowę. Jak miło 🙂 Jednak jest to odwiecznie dobry zestaw 🙂

Park linowy 

To dopiero była dobra atrakcja. Trochę znużeni po zjedzeniu ogromnej pizzy (ale jakiej pysznej…) rozbudziliśmy się dawką adrenaliny na tyrolce :)! Nad samym Zalewem Janowskim jest świetny park linowy z rozbudowanymi trasami. Teraz skorzystaliśmy ze zjazdu na linie nad zalewem. Podczas zrzucenia się z Wieży Mocy czułam mały strach, ale sam zjazd jest bardzo przyjemny i bezpieczny. Koszt chyba 14zł i warto 🙂
Sam zalew bardzo rozbudował się w ostatnim czasie. W Zoomie Natury, w którego skład wchodzi park linowy, alejki z fontannami i interaktywne zabawki, będę niedługo dostępne laboratoria natury. Do tego przejrzysta woda i czysta plaża. Szkoda, że w Lublinie nie ma tak oczyszczonego zalewu…
 Janów jest świetny na wypoczynek 🙂

Zalew Janowski 
Wieża Mocy 
Zjazd tyrolką nad zalewem – całkiem wysoko….. 😉 

I krótki filmik – jak wygląda tyrolka 🙂

A na koniec aktywnego dnia….

Grill na dworze, zrobione kiełbaski już na stole, a grzyby suszą się przy kominku…
Chyba nie muszę już nikogo dłużej przekonywać żeby wyskoczyć na weekend do lasu 🙂