Marrakesz – bezpieczeństwo. Jak jest naprawdę? Nasze wrażenia.

Marrakesz – bezpieczeństwo

Nasze wrażenia z Marrakeszu

W Maroku jest wiele miast, ale chyba żadne nie wzbudza takich emocji jak Marrakesz. Marrakesz – drugie co do wielkości miasto w Maroku. Zwane czerwonym miastem, bramą Południa, wrotami na Saharę.

Jedni je kochają i niczym prowadzona grą fakira kobra, suną płynnie jego ulicami. Inni nienawidzą i przytłoczeni gwarem miasta, czym prędzej uciekają zza bram Marrakeszu.

Dopóki nie wpadniesz w wir miasta Marrakesz, nie wiesz do jakiej grupy się zaliczasz.

My na początku też nie wiemy.

Na Marrakesz trzeba się przygotować – psychicznie.

Będzie głośno, będzie gorąco, może śmierdzieć.

 

Pierwsze wrażenie z Marrakeszu

Oglądaliście film „Helikopter w ogniu”? Akcja miała co prawda miejsce w Somalii , ale obrazek był podobny. Wielkie targowisko, budynki, gwar, tumany kurzu. Ludzie kotłujący się jak w gnieździe szerszeni. Tylko kolor skóry ludzi się nie zgadzał. Pierwsze słowa Arka po przyjeździe – „Mogliby to kręcić w Marrakeszu”. Okazało się, że bardzo blisko – film kręcono w Rabacie 😉

Przed przyjazdem do Marrakeszu czytałam o nim dużo relacji. Każda inna, wiele było sprzecznych. Od „najgorszy wyjazd w życiu”, po „byłem już 5 razy  i  Marrakesz nigdy mi się nie znudzi”. Byliśmy strasznie ciekawi jak w końcu jest w tym Marrakeszu? Jest strasznie czy fascynująco? Jednego mogliśmy być pewni – zaraz trzeba będzie się targować.

Pierwsze stracie przegrywamy 😉 Nie udało nam się wytargować dobrej ceny na taksówkę z lotniska, ale jesteśmy już niedospani, w długich spodniach, a temperatury sięgają 40 stopni – dajemy za wygraną.

Chwilę później mkniemy z plecakami przez labirynty Medyny. Staramy się być twardzi i odbijać jak ping-pongowe piłeczki napływających naciągaczy. Na widok turystów z plecakami, o lekko zagubionych twarzach, „przewodnicy”  lgną jak muchy do miodu.

Tym razem jesteśmy twardzi – w końcu kupiliśmy internet na lotnisku i z GPSem sami znajdziemy drogę. Dzięki nawigacji chyba niedługo skończą się złote czasy „pomocników” wskazującym drogę. Lepiej ich unikajcie, jeżeli nie chcecie płacić kilku ładnych euro za wskazanie drogi.

Skutery regularnie przejeżdżają kilka centymetrów obok naszych nóg, w niektórych uliczkach ciężko jest się minąć dwóm osobom, a na końcu, drogę tamuje nam osiołek. Nie jego wina – i tak jest bardzo objuczony. Przeciskamy się naśladując wszechobecne tutaj koty i w końcu trafiamy do oazy spokoju – naszego Riadu.

Oddychamy z ulgą. Po pierwszej godzinie w Marrakeszu uczucia mamy mieszane. Czujemy się przebodźcowani, chcemy posiedzieć w ciszy i zmyć z siebie marokański kurz. Sami nie wiemy czy nam się podoba.

Uczucie trwa tylko chwilę, bo Marrakesz kusi by wyjść po jeszcze.

Z tarasu na dachu naszego Riadu widać minaret meczetu Kutubijja. Jego 69 metrowa wieża góruje nad całym miastem, a z niej słychać nawoływanie do modlitwy. Nas też wyciągnęła – nie wytrzymujemy i zanurzamy się w wir Marrakeszu.

plac Dżami al- Fana
Plac Dżami al-Fana

Jest magia!

Pierwsze wrażenie było przytłaczające, ale szybko wracamy po jeszcze. Marrakesz jest jak zakazana miłość, łobuzerski kochanek. Ma swoje wady , ale szelmowskich uśmiechem przyciąga cię do siebie i chcesz, musisz!, wrócić po jeszcze.

Marrakesz hipnotyzuje

Tym razem idziemy jak zaczarowani. Wkraczamy na główny bazar – souk. To targ rozmaitości, rozciągającą się kilometrami w plątanina uliczek. Znajdziesz tu wszystko, co można wymarzyć sobie w arabskim świecie. Kurz, hałas, gorąc nie zniknęły, ale teraz widzimy to inaczej. Drobinki kurzu wyrzucane spod kół rozpędzonych skuterów wzbijają się w górę i tańczą z smugach światła. Gra kolorów. Smaków. Zapachów. Jak tu pięknie!

Jest jak w baśni, szalonym śnie, innym świecie. Kolory wirują, sklepiki kuszą, błyszczą, przyciągają. Blaskiem lamp jak z 1000 i jednej nocy, mozaikowych talerzy, szali, kolorami tkanin i skórzanych butów. Kuszą smakiem bułki prosto z pieca, słodkości aż przelanych słodyczą i buchających gorącem tadżinów.

Na jednym stoisku kupisz garść daktyli, na drugim uświadamiasz sobie, że tuż obok ciebie leży głowa krowy. Kupisz świeże melony, na drugim jeszcze świeższe kury i króliki.

Marrakesz jest pełen kontrastów. Pokochasz czy znienawidzisz?

Trzeba być na to wszystko przygotowanym.  Marrakeszem nie zachwyci się każdy, ale jeżeli tak, będzie to miłość na zabój. Niekoniecznie od pierwszego wejrzenia. Jeżeli po pierwszych godzinach będziecie przytłoczeni, warto schować się przed tętniącym życiem soukiem, w jednym z pięknych ogrodów Marrakeszu lub zaciszu Riadu. Wyjść znowu i dać miastu jeszcze jedną szansę.

Le Jardin Secret
Le Jardin Secret

Ludzie Marrakeszu

Marrakesz jest super, ale ludzie to ciężki orzech do zgryzienia. Przyzwyczajeni do jordańskiej gościnności – ludzi zapraszających na kawę i herbatę, w zamian za  rozmowę i co najwyżej papierosa, tutaj zderzamy się ze ścianą. Ludzie owszem są mili, ale przeważnie chcą od ciebie jednego – pieniędzy. Zdarzały się wyjątki, i luźne wymiany uprzejmości tak po prostu, ale generalnie – w Marrakeszu biznes jest biznes.

Szybka lekcja targowana

Na początku uczymy się na błędach i prawie dajemy się naciągnąć, na hennę za miliony monet . Uważajcie na panie na głównym placu, to istne biznes women w hidżabie i ciężkie do pokonania negocjatorki 😉 Nie dajcie się namówić, że zapłacicie „all you want” – zawsze ustalcie wcześniej cenę. Po 2 minutowej robocie, miła pani pokazuje cenę w katalogu. W cenniku henna kosztuje 30 euro. Nie muszę mówić, ze cena jest kolosalna, jedno zero obcięliśmy i po po prostu odeszliśmy, ale łatwo nie było.

Po tym nabraliśmy już wprawy. Z dobrą „poker face” okazuje się, że naciągacze nie są wcale tacy straszni. Owszem traktują cię jak chodzący bankomat, z którego powinna wylecieć kasa, ale ogólnie są nieszkodliwi. Jeżeli nie chcemy  czegoś kupić lepiej nie pytać o cenę, ani nawet skupiać na niej wzroku. Handlarze nie są niemili ( wręcz za mili 😉 i nikt na siłę niczego nikomu nie wciśnie, ale przed wyjazdem lepiej poćwiczyć asertywność – np. w odmawianiu przysmaków psu… Jak wiecie u nas bywa z tym ciężko 😉  .

Zaraz będzie awanturka 😉

Czy w Marrakeszu jest bezpiecznie?

Moim zdaniem w Marrakeszu jest bezpiecznie. Jest tu bardzo dużo turystów, nawet z małymi dziećmi. My czuliśmy się bezpiecznie, ale nie od razu. Następnego dnia zaszywaliśmy się już w ciemnych uliczkach, bez śladu turystów i nie mieliśmy żadnych nieprzyjemności. Byleby uważać na czyhających w ukryciu „przewodników”.

Wybierając się do Marrakeszu trzeba mieć jednak na uwadze, że każdy inaczej odczuwa poczucie bezpieczeństwa. Miasto jest szalone, jest głośno jak w ulu. Dla nas było bezpiecznie, ale dla kogoś innego już samo przejście wąskimi uliczkami wśród pędzących skuterów, może wywołać już zawrót głowy.

Jak w każdym mieście na pewno mogą zdarzać się rabunki, ale ja bym bardziej uważała na to czy nie przepłacamy i czy wydają nam dobrze resztę.

Im dalej od Marrakeszu, tym ludzie przyjemniejsi. Jak opowiadał pewien berberski chłopiec na pustyni:

„W Marrakeszu ludzie żyją dla pieniędzy,

w Górach Atlas dla miłości,

a my Berberzy by być szczęśliwi”

Marrakesz jest jak cyrk

I to z niesamowitym spektaklem! Chociaż na początku miałam mieszane uczucia i czułam się jak w spadającym helikopterze – po chwili przepadłam i zakochałam się do reszty w arabskim świecie.

Ale nawet na najlepszym spektaklu nie można siedzieć wiecznie. Po dwóch nocach w Marrakeszu ruszyliśmy więc na pustynię. Ale wrócimy po jeszcze – już w czasie Ramadanu.

Czy będzie się różnił ?

Co podróż to inna opinia o Marrakeszu.

Jestem ciekawa Waszych historii 🙂

Dodaj komentarz