Bieszczady – Chatka Puchatka zimą

 

Witajcie w Chatce Puchatka w zimowej odsłonie. Tak naprawdę to miał być lekki, listopadowy wypad w Bieszczady, a
skończyło się na pierwszej w tym roku śnieżycy 😀 Padało całe dwa dni, na Połoninie widoczność ograniczała się do paru metrów,  do tego gdzieś w śnieżnej zamieci posiałam mapę, akurat gdy zapadł zmrok i z latarkami zmierzaliśmy do Puchatka.

Gór nie zobaczyliśmy w ogóle – ale za to nadrobiliśmy przygodami :)!
Nie wiem czy byłoby tak ciekawie gdybyśmy spacerowali w pięknym jesiennym słońcu.
Przepis na idealny nocleg: zmęcz się, zmarznij, a pierwsze ciepłe miejsce ocenisz na 5 gwiazdek 😀

Zaraz zabierzemy was do schroniska o jakże przytulnej nazwie – „Chatka Puchatka”. Dobrze mieć taki sympatyczny cel podróży 😀 Czy pluszowy miś rzeczywiście istnieje i czy naprawę nie ma tam prądu?

Może to po części sprawa nazwy, może dlatego, że dotarliśmy tam owiani wiatrem z każdej możliwej strony, to schronisko wspominamy tam ciepło. W kółko powtarzane pytanie „Ile jeszcze do Puchatka” , w końcu zamieniło się  „Chyba widzę Puchatka!”.

W okolicach Arłamowa było jeszcze bardzo jesiennie.
Nie spodziewałam się, że  kilkadziesiąt kilometrów dalej czeka nas taki atak zimy.

Do Wetliny docieramy ok 12.
Plan  : samochód zostawiamy w Starym Siole w Wetlinie – Przełęcz Orłowicza- Połonina Wetlińska – Schronisko PTTK  Chatka Puchatka – schodzimy ze szlaku w Brzegach Górnych

 

 

Trasa dosyć łatwa, chyba że ze strachu przed zimnem i głodem spakujemy stanowczo za dużo rzeczy…

 

 

Ok 14 docieramy do Przełęczy Orłowicza i  wchodzimy na Połoninę Wetlińską. Mamy godzinę do zmroku i jakieś dwie do Chatki. Latarki są pod ręką, mapa patrząc po zdjęciach jeszcze jest 🙂

 

 

 

 

Latarki w ręce, księżyc odbijający się od śniegu oświetla nam drogę.
Gdy już prawie zdecydowaliśmy, że rozbijamy namiot ( tak, tak byliśmy przygotowani na taką okoliczność 🙂 ), w ciemnościach rysuje się Chatka. Nie dochodzą z niej żadne światła, ani odgłosy.
Stawiamy przy niej pierwsze kroki, gdy niespodziewanie otwiera się jednak okno i słyszymy „Misie, gdzie idziecie?”.
Zostajemy zaproszeni do środka przez tak zwanego Miśka, płacimy symboliczne 25zł od osoby i oddajemy się klimatowi. Latarki dają nikłe światło na około 20 głów zebranych w ciepłym pomieszczeniu. Buty obowiązkowo idą ogrzać się przy piecu, co sprytniejsi zabrali nawet klapki ( akurat tego nie spakowałam!), my latamy na bosaka.
Wyciągamy swoje konserwy i naleweczkę i dosiadamy się do stołu.

 

 

Prądu brak, wrzątek drożeje z godziny na godzinę, toaleta za granią 20 metrów dalej ( uwaga wieje!), mycie w strumyku – raczej nie polecane o tej porze roku. Klimat i wspomnienia gwarantowane 🙂
A wiadomo – im bardziej śnieg hula za oknem, tym przyjemniej śpi się na podłodze tuż przy kozie opalanym drewnem.
Na pięterku jest miejsce noclegowe dla około 20 osób.  Dostaliśmy nawet swoją pryczę, ale wolimy  zostać w „jadalni” na podłodze przy piecyku.

 

„Przy piecyku” brzmi znacznie lepiej niż „przy śmietniku” 🙂
Dobrze zapamiętać jak wyglądają twoje buty

 

 

 

Śniadanie

 

Lepiej nie pić dużo na noc.
Rano znacznie łatwiej znaleźć drogę do toalety 😀

Z punktu widokowego nie skorzystaliśmy, z toalety owszem
Droga z Chatki do WC
WC
Hulaj dusza ;)!

 

Prawie nie wieje

Teraz czas na kawę z rana.
Jeżeli mamy swój palnik i odporność na mrozy, nie musimy płacić za wrzątek i zagotować wodę w przedsionku. (Wrzątek szalenie drożał w ciągu jednej nocy, najpierw kosztował 2zł, potem cena rosła i rosła, a kubek coraz mniej pełny…)

 

Najmniejsza kuchenka turystyczna na tabletki jaką mieliśmy – sprawdza się znakomicie

 

Czekając aż zagotuje się woda

 

Niektórzy przyszli specjalnie podziwiać wschód słońca

 

A teraz gwiazda schroniska Puchatek 😀
Jest i ma się znakomicie.

 

 

 

 

 

 

Tak było 😀
To pierwsza mega noc w Bieszczadach,  następna  która trafiła do naszej Top 10 spędziliśmy w Tipi ( KLIK ) .
Ahoj :)!

 

 

 

Dodaj komentarz