Norwegia, Preikestolen : Najlepsze miejsce na nocleg w Norwegii

Być może to jest to tajemnicze miejsce, w którym zaszywał się przed światem Włóczykij z Muminków?
Ja na jego miejscu przywędrowałabym właśnie tutaj.
Pulpit rock – kultowa półka skalna Preikestolen, wygrała w moim prywatnym rankingu na magiczne miejsca.
A skrawek na brzegu klifu ( o wysokości 604m – to prawie 3 Pałace Kultury! ), to zdecydowanie mój ulubiony metr kwadratowy Norwegii.
Pierwsze miejsce otrzymała oczywiście za widoki zamieniające nasze nogi w galarety, ale doszły też do tego inne emocje.
Radość, że po snutych zimą planach widzimy to miejsce na własne oczy, a nie tylko ludzikiem z Google maps.
 W lipcu z podróży po mapie przenieśliśmy się do samochodu i długo sunęliśmy w stronę Bergen. Stamtąd daliśmy się ponieść rowerom, aż na camping pod Preiekstolen, a potem naszym nogom na sam szczyt.
Widok pojawiał się powoli, jak delikatnie rozpakowywany, długo wyczekiwany prezent.
 Warto było.
Myślę przełamując nerwowy dreszczyk i spuszczając nogi nad przepaścią.
Przygotowania
 Wszystkie nasze przygotowania skupiły się wokół rowerów, a te typowo górskie były w zasadzie nijakie i spontaniczne…
Chociaż wejście nie było żadnym alpinistycznym wyczynem ( po drodze można było dyszeć ramię w ramię ze starszą panią, owczarkiem coli czy rodziną z małym dzieckiem ), to buty górskie są tu na pewno obowiązkowe.
 Chociaż nie mieliśmy pewności czy wyjdziemy w góry, to przez cała drogę woziliśmy na rowerach trapery. Całe szczęście, że w przypływie załamania pogodą sandały zostawiłam w samochodzie i zamieniłam na górskie buty ( które wtedy jeszcze przeklinałam ). Sandałem mogłabym co najwyżej ubić pomrowa, które atakowały nasz namiot po każdym deszczu ( czyli codziennie…)
Rozbicie namiotu na szczycie marzyło mi się od samego początku.
Pomysł rewelacja – gorzej z wykonaniem. Jak przenieść namiot, materace, śpiwory i jedzenie bez plecaka? (Plecak jakoś nie kwalifikował się do sprzętu rowerowego, a cudem zapakowany zająłby całą sakwę. )
Pojawiło się inne rozwiązanie.
Skoro nie możemy wpakować plecaka do sakwy, to sakwy staną się naszymi plecakami!
Bo zamontowaniu dwóch elastycznych linek z hakami, każdy wyruszył z nowym plecakiem, upychając pod niego poduszkę żeby mniej ocierał…Ale swoją misję wypełnił znakomicie 🙂

 

 

 
Camping
 
Na campingu pod Preiekstolen spędziliśmy dwie noce czekając na rozwianie chmur. Trzeciego dnia mimo, że niebo pozostawiało jeszcze wiele do życzenia postanowiliśmy zaryzykować. W końcu urlop nie jest z gumy, a w razie czego wyobrazimy sobie co znajduje się pod chmurami 😉
Sam camping okazał się najlepiej wyposażony z dotychczasowych, ale też najdroższy. To duże pole namiotowe z małym jeziorkiem, po którym można popływać kajakiem ( jeżeli wozicie go ze sobą, my na rowery nie zapakowaliśmy…), ciepła woda bez ograniczeń ( szaleństwo! ), wi-fi i restauracjo-sklepik gdzie można kupić nawet wino ! ( tak, trzeba doceniać takie miejsca w Norwegii 🙂 ).
Z campingu codziennie kursują busy pod punkt wyjściowy na Preiekstolen ( ok. 35 zł od osoby )
Zapakowaliśmy najważniejsze rzeczy do sawko-plecaka, rowery z resztą dobytku spięliśmy razem i zostawiliśmy samotnie na campingu ( powoli przyzwyczajamy się, że tu raczej nic nie ginie bez przyczyny ).
Wszystko gotowe – no to wskakujemy do busa !

 

Preiekstolen – podejście
 Preiekstolen jest najbardziej rozpoznawalną atrakcją w Norwegii ( zaraz obok Trolltungi ) i jak można się było spodziewać – dosłownie każdy chciał się na niej znaleźć. Ludzie pędzili tam jak po odbiór cennej nagrody i to jedyny, chociaż męczący minus tego typu atrakcji. Pozostawało skupić się na celu i cierpliwie ruszyć gęsiego pod górę.
Na  szczęście czas nas nie ograniczał – a nawet nam sprzyjał i niedługo mieliśmy mieć górę prawie tylko dla siebie 🙂
Podejście nie jest bardzo wyczerpujące i myślę, że naprawdę każdy byłby w stanie wejść. Pniemy się łagodnie pod górę, według przewodnika 3-4 godziny, ale moim zadaniem głównie ze względu na tłumy. Nam udało się wejść po ok. 2 godzinach, ale wybraliśmy porę „na spanie w namiocie”  i większość ludzi już zaczynała schodzić ( aż się boję myśleć co było rano ).

 

 Nareszcie stawiamy pierwsze kroki na półce skalnej.
 Parę godzin wcześniej musielibyśmy pogodzić się z tym, że patrząc w dół widzimy tylko otchłań pełną mętnej zupy… Leniwe chmury, które leżakowały tak cały dzień, postanowiły jednak wynagrodzić nam cały trud i odleciały zasłaniać widoczność innym turystom.
Bramy odsłonięte – przed nami jeden z najpiękniejszych fiordów – Lysefiord.
Ale dopiero patrząc pionowo w dół widać jego przerażające piękno.

 

Rozbijamy namiot

 Lysefjord zaczyna się mienić w zachodzącym słońcu. Stoimy na skalnym kawałku o kształcie idealnego kwadratu – 25 na 25 metrów, czas wybrać jeden z nich na rozbicie namiotu. 
Podczas gdy wszyscy latają po skale pozując do zdjęć, my mamy dużo czasu. Spokojnie zbieramy kamienie potrzebne do obciążenia namiotu, dmuchamy materace i powoli zadomawiamy się w naszym podniebnym lokum. Nie wierzyłam, że 5 Japończyków może przez 40 minut wymyślić tyle póz do zdjęcia, ale w końcu skała jest nasza 🙂
Czekaliśmy aż wszyscy pójdą, żeby rozkoszować się tym widokiem w spokoju, ale też dlatego, że przy skałach zauważyłam porzuconą Bardzo Ciepłą czapkę…. a moja zmarznięta głowa Bardzo chciała ją przymierzyć (  w takim momentach zasady higieniczne schodzą na dalszy plan 😉 ).

 

Opatulamy się śpiworem (  czapka jest już moja! ), otwieramy wino i kotleciki rybne – rozkoszujemy się naszym wieczorem w restauracji marzeń.
 Była to wisienka na torcie naszego wyjazdu.
Teraz siedzieć i patrzeć się przed siebie bez końca.

 

Nasz na miot ukrywa się za tym głazem po lewej

 

 

 

 

 

 

 

Czapka już na głowie

 

Pierwsze i jedyne wino jakie udało nam się kupić w Norwegii

 

 Czy było wygodnie?

 

Nie pamiętam 😉 Ale byłam taka podekscytowana, że zasnęłabym nawet w samym śpiworze wpatrując się w wody Lysefjordu. Z zimnem rozprawiliśmy odpalając od czasu do czasu butlę w namiocie i  nie zdejmując kurtek, ale za to czy można wymarzyć sobie lepsze miejsce na kawę o poranku ?
Mój „camping” Nr 1 🙂

 

Taka kawa dopiero obudza!

 

 

 

Śniadanie

 

 

 

 

 

Wiecie, że namiot „przybijaliśmy” wrzucając kamienie do środka zamiast śledzi.
Wydawałoby się, że ciężko jest je przeoczyć przy składaniu namiotu.
Najwidoczniej nie jest to niemożliwe!
Po przejechaniu kolejnych kilometrów i rozbijaniu się w następnym miejscu słyszę:
” Czy Ty mnie nienawidzisz ?! ” – mówi A. wyjmując 2 kilogramowe kamienie ze swojego worka…
🙂

 

 

0 thoughts on “Norwegia, Preikestolen : Najlepsze miejsce na nocleg w Norwegii

  1. Piękne miejsce na nocleg. Podziwiam Was, że mieliście odwagę stanąć na krawędzi tej skalnej półki. Mi się kręci w głowie od samego patrzenia na zdjęcia 🙂 Mam też pytanie odnośnie tej małej kuchenki turystycznej. Rozglądam się za podobną na wiosenne wycieczki rowerowe 🙂 Co to za model? Czy dobrze i szybko się na niej gotuje?

  2. Hej 🙂 Kuchenkę mieliśmy taką http://allegro.pl/kuchenka-turystyczna-gazowa-naboje-gazowe-kartusz-i5710372434.html i jestem bardzo zadowolona. Kuchenka tania, naboje kosztowały grosze ( chyba po 2 zł jeden ) , na 3 tygodnie poszły nam niecałe 4 – a gotowaliśmy całkiem sporo. Jeżeli chodzi o czas, to moim zdaniem w miarę szybko – wiadomo zależy od wiatru, bo on wszystko utrudnia i wydłuża 😉
    I najważniejsze – jest tak mała, że zmieści się nawet w kobiecej torebce 😛

  3. Właśnie zależy mi, żeby mało miejsca w sakwie zajmowała. Jeszcze muszę skompletować namiot i jakaś matę do spania, bo na przyszły rok szykują się wycieczki rowerowe ze spaniem pd namiotem 😉

  4. ze strachu , oglądam Wasze zdjęcia tylko jednym okiem , a co dopiero usiąść tam przy Was . Bardzo fajnie opisujesz wyprawę z przyjemnością się czyta i wykorzystuję Twoje spostrzeżenia do własnych skromnych wycieczek rowerowych , pozdrawiam serdecznie

  5. Jezeli szukasz namiotu zwroc uwage na hitec twin2. W srodku jest niewiele miejsca i nawet przebieranie sie jest problemem a o schowani bagazy jesli spią 2 osoby mozna zapomniec ale waga i rozmiar wiele rekompensują (i nigdy nam nie przemokl)

  6. Jeżeli mowa o HiTec to chyba mamy taki sam :)! Tylko nazywamy go „trumienka” 😉 – zdjęcia w tym poście http://love-krowe1.blogspot.com/2014/07/rowerowe-poczatki-lublin-kazimierz-dolny.html

    Trumienkę uwielbiam i rzeczywiście jest świetna tak jak piszesz 🙂 Jednak ze względu na pogodę w Norwegii zdecydowaliśmy się na większy. Przynajmniej można było ugotować obiad w namiocie czekając na koniec ulewy… 🙂

Dodaj komentarz