Norwegia rowerem: Kierunek Stavanger

 To już ostatni odcinek przed kulminacyjnym punktem naszego wyjazdu – kultowej skały Preikestolen.
Dzieli nas od niego niecałe 100km, które pokonamy nadzwyczaj szybko. Pomoże nam w tym płaski teren, promy, a nawet autobus ( siła wyższa – tunele! ).
Nasza trasa wiedzie przez piękne okolice. Mogłabym leżeć na łące godzinami, ale nie mogę się doczekać widoku ze skały – i to napędza mnie do gnania przed siebie – w końcu pogoda może się zmienić lada dzień i nie zobaczymy nic oprócz gęstej śmietany. 
Tego dnia tuż przed wejściem do namiotu znalazłam czterolistną koniczynkę – to będzie szczęśliwy dzień ! 
Zapakowana na rower zdziałała cuda.
W ciągu najbliższych 24 godzin działo się dużo, szybko i przede wszystkim na pozytywnych obrotach.
Tak naprawdę kolejna tura dobrej passy zaczęła się już podczas rozbijania namiotu.
Pogoda zaczynała się psuć, a wieczorne chmury zafundowały nam na kolację chłodny kapuśniaczek… W pojawiającej się mgle zauważyliśmy Norwega sunącego w naszą stronę.
Rozbiliśmy się na wylocie jego domku letniskowego, a przyzwyczajeni do naszych krajowych obyczajów, raczej spodziewaliśmy się nagłego przypływu miłości do głośnej muzyki, mającej na celu odstraszenia nieproszonych gości…( walka na style i siłę głośników nie raz wprowadzała nasze bębenki w disco-polowe wibracje…  ).
Zamiast tego zostaliśmy obdarowani herbatką powitalną – bo pada i musi być nam zimno – a także zaproszeniem do wspólnego połowu ryb na jego łodzi.
 Ciepła herbatka rozlała się jak miód po moim sercu, a w wietrze z nad fiordu wyczuwałam już dużą rybę 🙂 
Camping Melkevik: Nasz namiot to ten niebieski punkcik przy plaży po prawej stronie
Wspaniale jest zacząć dzień od wyłowienia dorsza.
On też miał szczęście. Byliśmy po solidnym śniadaniu, więc być może pływa jeszcze w okolicach Melkevika 🙂
Powoli przyzwyczajamy się do życia w ciągłym ruchu. Namiot rozbijamy i zwijamy już tak sprawnie, jakbyśmy brali udział w konkursie campingowym. Przeprawy promami, przejazdy tunelami, skakanie do góry z radości na widok sklepu – kolejny dzień jak co dzień w Norwegii 🙂
Oczywiście zdarzają się małe niespodzianki. No tak, znowu nie zrobiliśmy zapasów chleba – dalej zaskakuje mnie brak sklepów przez blisko 50-60 km…a między czekoladą a konserwą przydałby się jakiś neutralizujący kąsek…
Ale wciąż byłam pod wrażeniem ciągu pomyślnych wydarzeń i przyjaznego nastawienia Norwegów.

Że też zwykły chleb może zamienić się w wymarzone danie 🙂 !
Po przejechaniu szeregu wysp, przed samym Stavanger, czekały na nas już ostatnie dwa nieprzejezdne dla rowerów tunele. Już się ich nie boimy – mamy pewność, że autobusy kursują w tym rejonie.
Być może nie jest to ulubiony środek transportu rowerzysty, ale do wyboru mamy tylko krążenie między tunelami…
Teraz bardziej przerażała nas cena za bilet.
Nafaszerowani upragnionym chlebem, czekaliśmy cierpliwie na autobus.
Bardzo cierpliwie… Okazało się, że ponad godzinę za długo, ale w ogóle nie zdawałam sobie z tego sprawy. Mój brzuch pieczałowicie wypełniony chlebem z oliwą i..serkiem ( a zaszalałam!) nie posiadał się ze szczęścia i nie zawracałam sobie głowy upływającym czasem. W takim rozanielonym, spokojnym nastoju zobaczyłam nadjeżdżający autobus.
Uwaga, teraz czekała mnie mała poobiednia pobudka.
Kierowca nie dość, że pomógł nam wpakować cały nasz dobytek do środka,
to niezmiernie nas przepraszał i odmówił przyjęcia zapłaty ( prawie 300zł ).
  Spóźnił się 40 minut z powodu awarii w tunelu, to oczywiste, że nie płacimy!
 Uwielbiam Norwegię :)!
( Kiedyś w naszym PKP koleżanka dostała Prince Polo za kilkugodzinne opóźnienie 😉 )
Czekając na autobus – Sklepik z krabami
Pędzimy dalej – już się ściemnia.
 W Stavanger przeprawiamy się promem do Tau.
Towarzyszy nam optymistyczny zachód słońca i zwariowani Holendrzy na motorynkach z lat 70-tych ( pod niektóre góry trzeba je pchać 😉 !, ale spokojnie, w razie czego wożą ze sobą kanisterek z benzyną 🙂 ).

Koniec lipca daje zrozumienia, że trzeba pożegnać długie białe noce. Po raz pierwszy używamy latarki przy szukaniu miejsca pod namiot.
Jestem tak zmęczona, że nie będziemy wybrzydzać – znajdujemy skrawek między budkami na obrzeżach miasta.
Padam prawie jak zabita, ale w głowie krąży mi scena z autobusu i powoli nabiera barw i sensu…:
Trzymam nasze rowery, a Arek długo słucha historii kierowcy ( który okazał się Polakiem ), o jego życiu w Norwegii.
 Nagle odwraca się do mnie z uśmiechem i krzyczy przez cały autobus  – Zostajemy tutaj !
W pierwszym odruchu odkrzykuję – Czemu nie :)? 
Pierwsza i może najwłaściwsza myśl. Dawno nie czułam się tak dobrze, jak w tym kraju. 
Rano okazuje się, że przez noc myśleliśmy o tym samym. Już poważniej.
Może te wakacje przerodzą się w coś więcej…?
Być może to początek jeszcze większej przygody … :)?

Wracając do przyziemnych spraw – miejsce znalezione

Znowu cały chleb „gdzieś” zniknął…

Moja mina może nie wyraża zachwytu śniadaniem – ale łyżkę mamy wyśmienitą :)! 

0 thoughts on “Norwegia rowerem: Kierunek Stavanger

  1. Jak zwykle z niecierpliwością czekałam na Twój kolejny wpis 🙂 Norwegia to naprawdę piękny kraj, ale i dość specyficzny. Zszokowała mnie cena za bilety, 300 zł za taki krótki odcinek..

  2. Z tego co pamiętam wychodziło ok 70 zł od osoby + tyle samo za każdy rower. Dla nas rzeczywiście cena kosmiczna ( tym większa była radość z gratisowego przejazdu ;)! ), ale przy ich zarobkach w zasadzie normalna… 😉
    Ale kraj tak mnie uwiódł, że cały czas śledzę norweskie profile i nie mogę się doczekać kolejnego wyjazdu 🙂

Dodaj komentarz