Norwegia rowerem: Haugesund i nieprzejezdne tunele

Norwegia może poszczycić się wspaniale rozbudowaną siecią dróg. Pomijając górzysty teren, ich nawierzchnia jest wprost stworzona pod koła rowerów. Nawet w najbardziej opuszczonych miejscach nie mogliśmy doszukać się żadnej skazy. Raj dla rowerzystów? Tych podróżujących z sakwami spotkaliśmy zaledwie kilku… Przypadek czy może siła tuneli?
Norwegowie dużo inwestują w ciągłe ulepszanie komunikacji. Cały kraj jest poprzecinany tunelami, przeszywających góry i rozciągających się pod fiordami. Niektóre mają nawet po 25km!
Wystarczy zerknąć na mapę i spróbować znaleźć drogę bez tunelu.
 Jednak nie każda mapa zakłada, że jesteśmy rowerzystą i byłoby nam na rękę ( a raczej na nogę ) wiedzieć czy przejazd przez dany tunel w ogóle jest możliwy… Czasami zdarza się, że tunel nie ma objazdu i stajemy na drodze z wielkim znakiem zapytania nad głową.
Gdy na naszej drodze pojawi się tunel mamy trzy wyjścia:
zawrócić i spróbować inaczej wydostać się z drogowego labiryntu,
wsiąść do autobusu – o ile taki kursuje
albo… złapać stopa.
Niedługo mieliśmy stoczyć swoją strategiczną walkę z tunelami.
Tego wieczoru jeszcze tego nieświadomi docieramy do Haugesund. Jak zwykle już ostatkiem sił i przed samym zmrokiem.
Ale za to z jakim widokiem!
Przed samym wjazdem na camping przywitał nas przepiękny zachód słońca nad Morzem Północnym. Zdjęcia zdjęciami, ale trzeba się pospieszyć z rozbijaniem obozowiska. Gdy słońce tylko zajdzie robi się potwornie zimno i najlepiej jak najszybciej zaszyć się z gorącym kubkiem w namiocie. 
Zadowoleni idziemy spać, a po pobudce miał się zacząć nasz cykl szczęścia w nieszczęściu … 🙂

Haugesund – pomnik upamiętniający zjednoczenie Norwegii

Camping – Haugesund

Nasyceni zachodem słońca, zaszyci w namiocie snuliśmy wspaniałe trasy na kolejny dzień.
W końcu byliśmy już bardzo blisko Stavanger i upragnionego Preikestolen !
Plan zakładał przejazd przez kolejną wyspę i przeprawę promem z Skudenshavn prawie pod nasze docelowe miasto. Prosta sprawa. Tak przynajmniej wynikało z naszej wspaniałej mapy…
Dzień jednak nie zaczął się najlepiej….
Wiatr był tak silny, że ledwo złożyliśmy namiot, do tego nadszedł dzień mycia głowy, co stało się przykrym obowiązkiem przy złej pogodzie ( bo przecież nie wożę takich zbędnych ciężarów jak suszarka 😉 ). Ale Dzień Dziecka trwał już zdecydowanie za długo, a z odgłosów suchego szamponu wynikało, że nie będzie ratował mnie wiecznie. 
Po stoczeniu walki z włosami, wiatr nie dawał za wygraną. 
Wjeżdżając przez olbrzymi most na kolejną wyspę, musieliśmy prowadzić rowery, bo wiał w nasze sakwy jak w żagle i chwila nieuwagi groziła wylądowaniem na ulicy.
Tego dnia jechało nam się wyjątkowo mozolnie, wiatr niepokojąco hulał i po przejechaniu ok. 30 km coś nas tknęło żeby zapytać o prom. Chcieliśmy trochę skrócić trasę i wsiąść na prom startujący z połowy wyspy ( Kopervik ), a nie jak początkowo planowaliśmy z końca w Skudeshavn. Według mapy istniała i taka i taka możliwość…
Wymęczyliśmy każdą napotkaną osobę, ale niestety ich wersje były zgodne –  promy były, ale 2 lata temu.. Po wybudowaniu tunelu pod wodą, nie było potrzeby ich utrzymywania. Oczywiście tunel jest przejezdny tylko dla samochodów.
No tak pyszny obiadek oddalił się bardzo daleko, 30 km zmarnowane, trzeba wrócić na miejsce i zacząć dzień od początku.
Nasz zapał fizyczny i psychiczny opadł do zera. Podjedziemy autobusem do Haugesund i tam zaczniemy dzień od nowa – to chyba nie takie oszustwo?
Wtoczenie naszych potworków do autobusu wymagało trochę siły i cierpliwości innych pasażerów. Ale na siedzeniu obok widzę jakieś nieznajome sakwy rowerowe…
Mamy towarzystwo. Nie tylko my nie odświeżamy  mapy co 2 lata. Rowerzysta – Niemiec, jedzie dokładnie tam gdzie my. Niestety cofał się z samego końca wyspy 😉
Wysiadka w Haugesund i suniemy ponownie do celu krajową E39.
Przynajmniej tak nam się wydaje.
Ocknęliśmy się dopiero niedaleko Fosen.

Siedzimy na przystanku przegryzamy coś na szybko, żeby zostawić miejsce na obiad – w końcu już niedaleko, prawda?
A tu zjawia się nasz czarny omen!
Ze strony, w którą się kierujemy nadjeżdża Pan Niemiec!
Przekaz jest  jasny „Bad idea!” – wcale nie jechaliśmy E39 tylko równoległą, na końcu której czeka na nas kolejny tunel nieprzejezdny dla rowerów.
!!!
Autobusy tutaj nie chodzą, on wraca do Haugesund i ruszy Właściwą trasą następnego dnia.
Fatalnych pomyłek było już za wiele jak na jeden dzień. Nie chcę już trzeci raz trafić do tego miasta i to tego samego dnia! Czuję się jak w „Dniu Świstaka”. 
Spokojnie mam plan: najpierw planuję się objeść i zaraz pomyślę co dalej. Jedną ręką wprowadzam coś energetycznego ( w końcu mój obiad przepadł bezpowrotnie ), w drugiej kurczowo trzymam mapę. Drążę ją żądnym rozwiązania wzrokiem – musi być jakaś tajna ścieżka, jakieś rozwiązanie z tej sytuacji.
Niemiec patrzy na mnie i podśmiewuje się pod nosem ” Ona myśli, że znajdzie jakieś wyjście. Przecież trzeba zawrócić!” . Ni to siebie, ale po angielsku, więc chce żebym zrozumiała i dała za wygraną razem z nim. W kółko burczy coś pesymistycznie „Nie ma innej opcji, NIE ma”. Już mam ochotę rzucić go posiłkiem trzymanym w ręce, ale szkoda marnować jedzenia w takiej sytuacji.
Ten złośliwy troll strasznie działa mi na nerwy swoją „bad ideą” i powoli zaczyna mi się udzielać jego nastawienie.  Postanawiam jednak jeszcze chwilę wytrzymać z chęcią – siąść i popłakać, zostało jeszcze rozwiązanie.
 ” Złapię stopa” , 
Troll burknął coś pogardliwego pod nosem i odjechał.
I tu zaczęło się nasze szczęście w nieszczęściu 🙂
Minęła może minuta. Kierująca samochód Norweżka zaproponowała, że musi rozwieźć swoich przyjaciół, ale jedzie do Haugesund i może nas zabrać z powrotem jeżeli chwilę poczekamy. Dobre i to 🙂
 Przyjechała jednak z radosną propozycją – wskakujcie przewiozę was przez tunel !
Dodam, że „przewieźć przez tunel” oznacza  30 km drogi i opłaty za przejazd ok 60 NOK ( rachunek wysyłany jest kierowcy pocztą ). Takie „tunele” to istne podwodne autostrady.
Selfried – bo tak miała na imię nasz norweski anioł, z uśmiechem pomogła nam załadować rowery do środka. Nie chciała nic w zamian , zależało jej jedynie na tym żebyśmy dobrze zapamiętali jej kraj. 
 Jednak oprócz dokuczliwych trolli można też spotkać przyjazne skrzaty :)!
Tego dnia przygód nam już starczyło.Szukamy noclegu. Znaleźliśmy camping parę kilometrów od wyjazdu z tunelu i nie mogliśmy uwierzyć w nasze szczęście. Przekazana pozytywna energia rozpierała mnie od środka 🙂 Udało się pokonać ten przeklęty tunel ! A pasmo dobrych zdarzeń i wspaniałych ludzi miało jeszcze trwać.
 Nie wiem gdzie był tym czasie Niemiec, ale nam opłaciło się w uwierzyć w Coś dobrego 🙂
  To zdarzenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że jeżeli o coś poprosisz to to dostaniesz – wystarczy chcieć 🙂

0 thoughts on “Norwegia rowerem: Haugesund i nieprzejezdne tunele

  1. No faktycznie niezła przygoda 🙂 Nie wiedziałam, że podróżowanie w niektórych rejonach Norwegii wiąże się z takimi problemami. Dobrze, że ktoś Was poratował 🙂

Dodaj komentarz