Norwegia rowerem: Wyspa Bomlo i pierwsze góry.

Wydostanie się z Wyspy Bomlo wcale nie było takie łatwe jak zakładaliśmy. Tego dnia poczuliśmy w nogach pierwsze norweskie nogobolce.
Za 20 km miał na nas czekać prom ( przynajmniej tak zakładała nasza nędzna mapa – czyli na szybko cyknięte zdjęcie atlasu samochodowego, który porzuciliśmy w samochodzie ), a potem już tylko przejazd wzdłuż morza i rozbijamy się w Haugesund.
 Przejechanie tych „małych” 20 kilometrów zajęło nam jednak większość dnia. Jak się ponownie okazało w Norwegii nie można nic zaplanować.  Wcześniej poznaliśmy deszczowe oblicze Norwegii, teraz mieliśmy poczuć ją w nogach. Wyspa Stord z poprzedniego dnia okazała się łaskawa i chyba za bardzo nas rozpieściła… Nagle wielce zdziwieni i z przekleństwami pod nosem, pedałowaliśmy na przerzutkach 1-1.  Powoli zaczynało do nas docierać, że przecież wiedzieliśmy, że prędzej czy później pojawią się góry. 
A i tak był to dopiero przedsmak prawdziwych norweskich gór. Początkowo wyspa wyglądała tak niepozornie… Wjechaliśmy na wyspę i na prawie dwa dni odcięliśmy się od cywilizacji. Na Bomlo znaleźliśmy się pośrodku Niczego – góry, fiordy i zupełny spokój. Ze zlokalizowaniem owiec nie mieliśmy problemu, ale gdzie się podziali ci wszyscy ludzie? Domy owszem były, ale w otaczających je ogrodach nikt się nie krzątał, nie grillował i nigdy nie widziałam żeby na trampolinach przed domem  skakały jakieś dzieci. Huśtawki, place zabaw też były puste..?? Widok trochę zaskakujący, tak jakby wsypa została nagle opuszczona przez wszystkich. Nie widzieliśmy żywej duszy, słońce zaczynało prażyć na swój skandynawski sposób, a ruiny po wysadzanych pod drogi górach dodawały tej scenerii przedsmak zaczynającego się horroru… Od czasu do czasu mijały nas jednak samochody zmierzające w tym samym kierunku co my – na prom! Uff to znak, że nasza „profesjonalna” mapa jednak nie kłamie i zmierzamy w dobrym kierunku !

Tylna sakwa po brzegi wypchana jedzeniem

2-gi dzień na rowerze

Brak ludzi niespecjalnie mi przeszkadzał, raczej dziwił, ale brak ludzi oznacza też, zero sklepów… Na szczęście byliśmy dobrze przygotowani i mieliśmy zapas jedzenia na dwa dni. Tutaj bez sakwy pełnej jedzenia nie czułabym się bezpiecznie ( bo nawet złowioną rybę przydałoby się zagryźć chlebem ). 

A górzysty teren pochłaniał nasze zapasy w zastraszającym tempie.

Co dobrego dodawało nam energii?

Znaczenie słowa „dobre” różniło się nieco od tego używanego w domu. Ale tam wszystko smakowało jak wykwintne danie.
 Do ulubionych przysmaków zależał np. chleb polany oliwą i zagryziony czekoladą.
Natomiast mozolnie pnąc się pod górę wyobrażałam sobie, którą konserwę otworzę w nagrodę na szczycie…To był smak! 
Czasami sił nie starczało, i nie było mowy o pokonaniu góry bez wprowadzenia tu i teraz czekolady – emocje przy losowaniu smaku z sakwy jak przy lotto 😉
Niezastąpione okazały się też musujące multiwitaminki, które zamieniały wodę z potoku w orzeźwiający napój.

To naprawdę niesamowite, jak tak kiepskie zestawy mogą smakować na wyjeździe ;)! 

Rarytasik – chleb z oliwą na postoju

Oznaki cywilizacji

Losowanie zakończone pomyślnie – moja ulubiona Milka Oreo :)!

Dojeżdżamy na koniec wyspy. Niedziela popołudnie, trasa niezbyt uczęszczana – mam nadzieję, że prom jednak przypłynie…W końcu o dwóch dniach marzy mi się prysznic. Tego dnia jakoś nie mam ochoty myć się w fiordzie, a suchy szampon zaczyna tracić moc…
Jest prom :)!

 Przybijamy piątkę  – kolejna wyspa, kolejny etap za za nami 🙂

Jesteśmy na promie!

Hodowle łososi – wszędzie ich pełno

Już się bałam, że utkniemy na Bomlo – płyniemy dalej :)!

Dodaj komentarz