Grzybobranie na Mazurach – Puszcza Borecka

Nie ukrywam, że w porównaniu z poprzednimi wakacjami nad Bałtykiem, te norweskie wcale nie należały do łatwych i relaksujących. Ale przecież nie o to chodziło :)! Było warto, a nagrodę za wszystkie trudy zafundowaliśmy sobie pod koniec września. Czyli nasze ulubione miejsce do kompletnego resetowania – psychicznego i fizycznego –  Mazury. Specjalnie nie wzięliśmy rowerów żeby nie robić po prostu nic. Naszym codziennym obowiązkiem było jedynie jedzenie, pływanie kajakiem, który stał pod domkiem i koniecznie grzybobranie!
Grzybobranie to mój ulubiony sposób na oficjalne powitanie jesieni. Ulubiony, tuż obok grzańca przy ognisku lub kominku…. I nawet fakt, że podobno nie ma jeszcze grzybów wcale mi nie przeszkadzał – bo kto to będzie potem przerabiał? ;). Bierzemy więc termos do koszyka i ruszamy do Puszczy Boreckiej.
A co najbardziej lubię w grzybobraniu?
To co czeka nas w sercu lasu i gubienie się w nim z lekką kontrolą. Grzyby jak grzyby, ale za to jakie widoki czekały na nas w puszczy. 
Po takich zakątkach warto powłóczyć się parę godzin, a jeżeli do tego wyniesiemy pełen koszyk to dodatkowy plus. 
Będzie co wspominać przy wyławianiu grzybka z wigilijnego barszczyku :).
W planach zwiedzania Puszczy Boreckiej mieliśmy jeszcze wizytę u żubrów przy Czerwonym Dworze. Nie mamy coś szczęścia do tych olbrzymów – żubry we wrześniu czynne tylko w godzinach 9-11 :/  
Albo spanie albo żubry!

 Grzyby o dziwo były. Może nie w oszałamiającej ilości, ale za to jakie. Część dorodnych prawdziwków skończyła na zdjęciach, a kolejna część być może lekko sprofanowana na zapiekance z Lidla ( ale takiej dobrej jeszcze nie jadłam 🙂 ).
Wieczorem grzyby już się suszą a my zabieramy się za kolejną atrakcję – grzańca i kominek.
To tak na mały rozruch, jesień dopiero się zaczyna, a wyczuwam jeszcze więcej grzybów w powietrzu 🙂

Dodaj komentarz