Jaka jest pogoda w Norwegii? Największy z fiordów – Sognefjord

Wiedziałam, że w Norwegii będzie padać, ale nie sądziłam, że nastąpi to tak szybko.
W ciągu jednej nocy nasz malowniczy nocleg z widokiem na góry zmienił się nie do poznania. Nie widzieliśmy już nic więcej poza ścianą mgły gęstej jak śmietana.
  Co jakiś czas sprawdzałam, czy krople deszczu aby na pewno nie zamieniają się w płatki śniegu – przy tej temperaturze specjalnie by mnie to nie zdziwiło… 😉 W dzień termometr na campingu wskazywał 8 stopni i nawet nie chcę wiedzieć ile było w nocy. Co ciekawe pewien Norweg powiedział nam, ze właśnie w tych okolicach jego żonę złapała burza śnieżna w środku lipca!
 Nic tu po nas. Pogoda miała nie zmienić się przez najbliższe dni, a siedzenie w mroźnej dolince nie przybliżało nas do wyruszenie w góry. Nie będziemy czekać na lepienie bałwana. Wyczekaliśmy moment, aż ulewa okładająca namiot zamieni się w lekkie opady i z wodą w butach zwinęliśmy nasze obozowisko.
Ścigamy się z deszczem i ruszamy na północ odnaleźć trochę słońca nad Sognefjordem.

I po widokach z namiotu…
Czekając na prom. Ratujemy się kanapką z niezawodnym paprykarzem.
Warstwy – wersja prawie kompletna. Przynajmniej w te wakacje nie muszę się zastanawiać jak wyglądam w kostiumie 😉

Uff chwilowo udało nam się przechytrzyć pogodę. Deszczowe chmury poruszają się wolniej niż my.
 Chociaż widać, że tego miejsca też nie oszczędziły. Znalezienie suchego miejsca graniczyło z cudem.

Ja: – Rozbijmy się tutaj. Jest taki ładny, zielony, miękki mech
A: – ?! Bo napuchnięty od wody.

 Już wiem dlaczego większość ludzi na campingu spała w kamperach lub domkach, a pod namiotem byliśmy czasami tylko my 😉
Może mamy parę kałuż przy wejściu, ale rozbijamy się nad najdłuższym fiordem w Norwegii ( i drugim na świecie ). Szerokość waha się od 1,5 do 6km. To robi wrażenie.

Wiatr znad fiordu nie przynosi już powiewu z lodowca. Siadamy więc na skałach, wyciągamy wędkę i garnki i każdy wykonuje swoje ulubione zadanie.
 Carbonara gotowa, na rybę jeszcze chwilę poczekamy ( ale warto było czekać 🙂 ).

Dojeżdżamy nad Sognefjord. Widać promienie słońca – jest nadzieja 🙂
Dzisiaj carbonara 🙂

Mam nadzieję, że nikogo nie zrażę tym mało pogodnym wpisem ( podobno trafiliśmy na wyjątkowo zimne lato ), bo warto tam pojechać. Mimo, że te dwa dni przerażały ilością deszczu i chłodem, to nie chcę ich pomijać. Wspomnienia i tak –  a może właśnie dlatego, są niesamowite. Przygody nie przeżyje się w ciepłym łóżku i w wannie z hydromasażem. Wiedziałam, że będzie ciężko, ale wolałam wybrać wakacje, które będę wspominała latami, a wydarzeniem dnia nie będzie niedostatecznie podgrzana hotelowa jajecznica.
Chociaż przyznam, że jak na urlopie śni ci się słońce, a po przebudzeniu zdajesz sobie sprawę, że znowu Pada… zaczynasz się martwić – w co ja nas władowałam….

Deszczowa budka,  którą okupowałam cały dzień.

Przed wyjazdem trochę śmiałam się z powiedzenia „To nieprawda, że w Norwegii często pada – w Norwegii ciągle pada „.
Tego dnia można się już było tylko pośmiać z prognozy pogody. Zapowiadała przelotne opady, co oznaczało, że przelotnie owszem –  ale nie padało 🙂

Myślałam, że spakowałam się naprawdę nieźle. Miałam kurtki na każdy rodzaj deszczu: od ulewy, przez przelotne opady aż po mżawkę. Do tego kurtkę puchową, która w zimie spisywała się nawet podczas chodzenia po górach. Ciepła, zapinana po samo czoło. Wszystko byłoby ok gdyby nie chwila nieuwagi podczas łowienia ryb. Wstrzymałam się o chwilę za długo z pójściem do namiotu po pelerynę i z puchówki została tylko mokra, zimna szmata. I tutaj nastąpił kryzys. Wiedziałam, że będzie padać, że może będzie zimno, ale  połączenie wszystkiego naraz i to tak szybko, rozbiło trochę moją pewność, że wytrwam w każdych warunkach. Bez ciepłej kurtki nie byłam w stanie wytrzymać nad fiordem dłużej niż pół godziny. Przy takiej wilgoci nic nie chciało schnąć nawet w łazience. Uratowała mnie budka z kuchnią na campingu, którą okupowałam cały dzień jak jakiś Cygan. Było mi trochę głupio, że tam prawie zamieszkałam, ale z mokrymi ubraniami miałam do wyboru tylko leżenie plackiem w namiocie. Nałożyłam wszystkie możliwe warstwy, a raczej wcisnęłam je na siebie. W ruch poszły nawet dwie pary spodni… Czułam się tak atrakcyjnie jak Pani Bulwa. Ledwo mogłam wykonywać manewry podczas mieszania ryżu.
 Organizm bronił się jak mógł i cały czas nakłaniam mnie do wyjadania zapasów słodyczy na rower. I tutaj ze smutkiem patrzę jak znika ostatni „Góralek”. A miałam ich chyba 10. No nie no, moje ulubione.
Eh… odechciało mi się już ryzykować przemoczeniem, zamknęłam się w namiocie z winem i gulaszem angielskim. Siedziałam bojąc się, że jak zasnę w nocy znowu obudzi mnie moje szczękanie zębami. Połączyliśmy śpiwory ( jak kupujecie dla pary to tylko takie, rewelacyjnie ciepła opcja ) i jakoś sen nadszedł. I jak to bywa, po największym zwątpieniu zawsze przychodzi słońce.
 Już mi się nie śniło tylko było naprawdę. Jasne, grzejące, radosne i suszące rozwieszone na namiocie ubrania.

Pogoda tutaj zaskakuje. W ciągu jednego dnia możesz przejść przez całą paletę ciuchów od polarowej czapki po kostium kąpielowy. Ale te dni dały mi do myślenia, że warto jednak dostosować nasz plan podróży do warunków w tym roku. Odechciało mi się wchodzenia na lodowiec w PN Jostedalsbreen, a tym bardziej spania pod nim. Skierowaliśmy się na południe i przebiliśmy przez góry na wybrzeże, gdzie klimat jest bardziej łagodny. I to był dobry ruch. Najgorsze było za nami i nawet w Bergen, które jest najbardziej deszczowym miastem w Europie słońce się nas trzymało.
Ruszamy więc na zwiedzanie tego miasta, a następnego dnia będziemy już jechać na rowerach w stronę Stavanger 🙂

Dodaj komentarz