Norwegia rowerem – wstęp

Wróciliśmy chyba z największej przygody w naszym życiu.
Do Norwegii dotarliśmy samochodem, który porzuciliśmy w okolicach Bergen.
Przepakowaliśmy dobytek w sakwy i ruszyliśmy na dwóch kółkach w stronę Stavanger.
Pod Preikestolen opuściliśmy nasze rowery, sakwy przerobiliśmy na plecaki i ruszyliśmy w góry spędzić noc na półce skalnej.
Po noclegu na najpiękniejszym „campingu” w życiu, oczarowani widokami odzyskaliśmy rowery i ruszyliśmy z powrotem odnaleźć samochód 🙂
W ciągu 3 tygodni
samochodem pokonaliśmy 4400km,
rowerem ok 400km,
dodatkowo promami  600km,
do tego przez nieprzejezdne dla rowerów tunele przeprawialiśmy się autobusami, a nawet stopem 😉
Bilans kilometrowy jest więc ciężki do przeliczenia (tym bardziej, że licznik nawalił ) 🙂
Trasa  2 – tygodniowa.  Ok 400km rowerem – ale moim zdaniem te pod górę powinny liczyć się podwójnie 🙂
Norwegia zupełnie mnie zauroczyła. Było jak w bajce, chociaż niekoniecznie tej dla księżniczek 😉
Z 30 stopniowych upałów przenieśliśmy się do tajemniczej krainy, a temperatury zaczęły oscylować wokół kilku stopni powyżej zera…. Zjeżdżając z gór poprzecinanych fiordami znaleźliśmy się gdzieś pomiędzy wioską Hobbita a Doliną Muminków ( teraz rozumiem strach przed Buką 🙂 )
Kraina trochę mroczna i tajemnicza przepełniona magią. Jadąc przez góry w półmroku nie dziwię się, że ludzie wierzyli w małe zgryźliwe trolle, które nie mają nic wspólnego z naszymi sympatycznymi krasnalami. Złośliwości na krętych, wąskich dróżkach to ich specjalność.

Droga zarówno samochodem jak i rowerem była dość ciężka i w trudnych warunkach, ale w życiu nie byłam w piękniejszym kraju. Opłacało się wykonać pewien wysiłek i pokonać zdarzające się kryzysy. Bo chyba tylko do Bilbo Bagginsa przygoda sama puka do drzwi, warto było postanowić, że ruszamy w drogę nie planując prawie nic.
I dobrze – bo tak naprawdę i tak nie dało się nic zaplanować :)!
Ze względu na nieprzewidywalną pogodę, Norwegia rządzi się swoimi prawami i odwlekała naszą przesiadkę na rowery przez kilka dni.
Mieliśmy ruszyć rowerami na północ, a pojechaliśmy na południe. 
Chcieliśmy wejść na Trollungę, a rozbiliśmy namiot na półce skalnej Preikestolen.
Nie wiedzieliśmy ile kilometrów zrobimy, jaki teren nas czeka i gdzie będziemy spać.
I to było cudowne 🙂
Spędziliśmy na rowerze 2 pełne wrażeń tygodnie.
W porównaniu z ubiegłoroczną wyprawą Świnoujście – Hel  Norwegia była dużo większym wyzwaniem.
Nie wystarczyło już przejechać prostą, sprawdzoną drogą wzdłuż wybrzeża, a kombinować jak ominąć nieprzejezdne tunele, nie wkopać się z najwyższe góry (co nie zawsze się udawało ), jak uciec przed deszczem ( to już zadanie niewykonalne ;)! ) i ile jedzenia załadować do sakw, bo zdarzało się nie trafić na sklep przez kilka dni.
Nie spodziewałam się aż tak niskich temperatur, nie wiedziałam, że chmury mogą mieć takie pokłady deszczu i poznałam co znaczą prawdziwe podjazdy „nogo-bolce”  🙂
 Ale nie wyobrażam sobie teraz piękniejszego miejsca na wakacje, a nawet do życia… 🙂
Ale nie chcę wyprzedzać faktów i opisywać wszystkiego po łebkach.
Będzie jeszcze o pogodzie, drogach, cenach i przyrodzie.
Zacznę więc od początku…. 🙂
Dzień przed – przygotowania
Trochę dla żartu spakowałam czapkę z reniferem i była to moja najlepsza decyzja. Uratowała nie jeden wieczór 🙂
Moim najsmakowitszym obowiązkiem było zapewnienie zapasów słodyczy na rower. Czułam się jak po wizycie Mikołaja prosto z Laponii. Nie przewidziałam, że wszystkie ulubione „Góralki” znikną jeszcze przed przepakowaniem się na rower, zjedzone w czasie pogodowego kryzysu…
Mamy kupiony tylko bilet na prom w jedną stronę: Świnoujście – Ystad. Reszta wyjdzie po drodze.
 A nogi jeszcze nie wiedzą, że po raz ostatni raz cieszą letnimi sandałakami… 😉
W oddali kultowy wiatrak w Świnoujściu
Z promu widzimy wiatrak, spod którego rozpoczynaliśmy wyprawę równo rok temu.
Tym razem zamiast na wschód ruszamy na północ i ciut dalej.
Szwecja ciągnęła się jak jedna wielka, złota wieś. Przywitała nas słonecznymi polami, które powoli zamieniały się w lasy, aż zupełnie przeszły w spowite mgłą norweskie góry.
A po drodze niespodzianka :)!
Nie tylko ja jestem krowiaście zakręcona. Po drodze minęliśmy najprawdziwszą krowią przyczepę.
To chyba znak, żeby powoli zacząć myśleć o większym środku transportu, by ruszyć dalej na północ w jeszcze chłodniejsze rejony 😉
 
W Norwegii daleko za sobą zostawiamy szalejące upały i na chwilę trafiamy do krainy śniegu…
Tego się nie spodziewałam 😉
Ale o tym niedługo.
Szukając miejsca na namiot 🙂

Dodaj komentarz