Pomost na Mazurach – nic mi więcej nie potrzeba

Jeżeli chcę naprawdę wypocząć jadę na Mazury. Wtedy nie potrzebuję kilkugwiazdkowych hoteli w modnych miejscach, wręcz przeciwnie – do szczęścia wystarczy mi parę drewnianych desek wychodzących na taflę jeziora. Mój przepis na udany odpoczynek: znaleźć kompletne odludzie, swój kawałek pomostu i przesiedzieć na nim cały dzień.  Tak, naprawdę cały dzień. Tutaj to możliwe, bo wbrew pozorom wcale nie jest nudno. Patrzenie na wodę bardzo uspokaja, a życie toczące się w szuwarach jest bardzo wciągające. Mogę przez kilka godzin śledzić telenowelę perkozów i inne ptasie zaloty, a potem zastanawiać się co to za okrzyki w trzcinach…. 😉 Trzeba być prawdziwym znawcą, żeby odróżnić wszystkie dochodzące odgłosy i rozgryźć kto z kim i dlaczego. Tu nie ma przerwy na reklamy. Odejdziesz na chwilę zwabiony myślą skubnięcia kiełbaski z lodówki, a może ominąć Cię nadlatujący klucz łabędzi. Co ciekawe, patrząc z punktu widzenia kaczki byliśmy tu chyba najnudniejszym gatunkiem – tylko siedzą, jedzą i nawet ryby nie złowią … 😉 ( na swoją obronę mogę dodać, że ryby podobno jeszcze „śpią” )  
Tak jak w domu  najlepsze imprezy zawsze są w kuchni, tak na mazurskich wyjazdach życie toczy się na pomoście. Tutaj budzimy się ze snu poranną kawą, a wieczorem jemy kolację o zachodzie słońca. Przy każdym posiłku warto zarzucić jeszcze raz wędkę, a nóż coś w końcu weźmie i będzie na drugie danie? Odcięci od potrzeby mierzenia czasu zaczynamy funkcjonować w rytmie natury. Gdy tylko się ściemni zasypiamy zmęczeni namiarem tlenu, przy najlepszym telewizorze na świecie – kominku. Budzimy się z samego rana wypoczęci jak nigdy, zbudzeni beczeniem owiec pasących się tuż za oknem. I witamy kolejny dzień obfitym śniadaniem na pomoście 🙂
Pogoda udała nam się jak nigdy – w końcu okolice Suwałk to Polski biegun zimna. Podczas naszych ostatnich pobytów na Mazurach zawsze trafialiśmy na „porę deszczową”… 😉 Teraz byliśmy w szoku, że pierwszy raz nie pada i mogliśmy nacieszyć się wiosennym słońcem. Chociaż w powietrzu czuć było jeszcze pozimowy mrozik, to nie zrażało nas to od spędzania dnia na dworze – bo nie ma złej pogody, co najwyżej złe ubrania. A opatulona w kilka koców i strój krowy/małpy mogłam wygrzewać twarz cały dzień. W ten sposób pierwsze opalanie na pomoście mamy już zaliczone 🙂
Dopełnieniem wylegiwania na deskach pomostu jest jeszcze dobra książka. Na wyjazdach najlepiej czyta mi się  książki podróżnicze. Jeszcze bardziej wyostrzają zmysły i uruchamiają wyobraźnię. Mój ostatni nabytek – klasyka Arkadego Fiedlera, idealnie wkomponowała się w krajobraz. Czytając o przeprawie w canoe przez lasy Kanady, co chwilę odrywałam wzrok od książki. Rozglądałam się dookoła jak jest pięknie i  myślałam – tutaj też nic mi więcej nie potrzeba…

Dodaj komentarz