Zwierzyniec – Roztocze rowerem

Na blogu zamieściłam już wszystkie rowerowe wpisy z wakacji, jak i pierwszą wycieczkę do Kazimierza. Żeby mieć komplet, czas napisać o naszej pierwszej w życiu 100-kilometrowej wyprawie Lublin – Zwierzyniec. Szczególnie ciepło ją wspominam, bo były to moje rowerowe początki, jeszcze przed pojawieniem się Rowerowej Krowy. Cofnijmy się więc na chwilę do końcówki września tamtego roku.
 Dostaliśmy zaproszenie na imprezę w Hutkach na Roztoczu ( oczywiście u Chmurki! 🙂 ). Dopiero tydzień wcześniej odkryłam swoją miłość do roweru. Tzn. zawsze lubiłam rower, ale raczej jako środek transportu po mieście lub relaksacyjne kółeczko wokół Zalewu Zemborzyckiego. Ale po przejechaniu trasy Lublin – Kazimierz zakochałam się ;)! Byłam z siebie taka dumna, że bez większych kryzysów i otarć pokonałam taki dystans, że było dla mnie oczywiste że jedziemy na imprezę, ale… rowerem ;).
Trasę podzieliśmy  na 2 części. 
Dzień pierwszy Lublin- Zwierzyniec  ok 103 km
Endomondo przekłamało – padło chwilę przed wjazdem do miasta 😉
Dzień drugi 
Zwierzyniec – Hutki ok 20 km

Pola kwitnącego tytoniu 

Oczywiście nastąpiło niezamierzone zboczenie z trasy – Nielisz

Roztocze jest cudowne i na pewno chciałabym tam jeszcze wrócić z rowerem. Zdjęcia chyba jednak nie oddają całego uroku Roztocza i malowniczego Zwierzyńca. Jako że była to pierwsza taka trasa, musiałam walczyć ze sobą, żeby nie zatrzymywać się przy każdym ładnym widoczku. Zamiast więc szaleć po polach z aparatem, skupiałam się na dość częstych podjazdach przy wyjeżdżaniu z naszej Wyżyny Lubelskiej. Nie było to takie oczywiste, że po jednej 60km trasie przejadę taki kawał, więc w skupieniu pedałowałam. Arek pod koniec dopytał się czy na pewno chcę jechać dalej, mieliśmy przecież namiot i karimaty, żeby w razie spadku sił rozbić się gdziekolwiek. Ale celem był Zwierzyniec i tego się trzymałam 🙂 I udało się.  Dotarliśmy tuż przed zachodem słońca. W Zwierzyńcu byliśmy już nie raz, ale piwo „Zwierzyniec” w kultowej karczmie „Młyn” jeszcze nigdy tak nie smakowało :)! I oczywiście, jak to po takiej przeprawie  wystarczyło tylko jedno na dobry sen 😉

Widok na Pałacyk na Wodzie z karczmy „Młyn”

Zatrzymaliśmy się na starym campingu niedaleko głównego ronda. Jak to my, miejsce wybrane sentymentalnie. Na tym samym campingu wynajmowaliśmy domek podczas pierwszym szalonych wakacji bez rodziców 😉

2013 
To samo drzewo na przełomie lat.
Po lewej –  wakacje 2006, po prawej – Sylwester 2007

Nasz sprzęt rowerowy na szczęście przeszedł przemianę przez ostatni rok. Spanie pod koniec września na karimatach kupionych na szybko za 10zł, raczej nie przyniosło nic dobrego 😉 Dlaczego wybraliśmy namiot a nie domek ? Tak już lubimy, to nic, że trochę się nie wyspaliśmy 🙂
Początkowo senna pogoda nie pomagała i leniliśmy się chwilę nad Stawami Echo, ale jak już ruszyliśmy dostaliśmy zastrzyk energii ( który jednak nie trzymał do końca imprezy… ;> ).

Dlaczego akurat teraz naszło mnie na wpis o Roztoczu?
Razem z Eweliną niedługo planujemy upiec pieroga biłgorajskiego – tak bez okazji, po prostu jest bardzo dobry, a nie mam gdzie go kupić 😉
Na Roztoczu natomiast jest często pieczony w domu. Pierwszy raz spróbowałam go właśnie podczas tej wyprawy i zjedliśmy na raz cały kawał. Przepyszna mieszanka kaszy gryczanej i białego sera pod chrupiącą skórką. W czasie trasy bardzo lubię kupować lokalne jedzenie i jeść na starych stolikach przy sklepach ( o ile nie okupują ich miejscowi piwosze 😉 ).

Sycący pieróg jedzony pod sklepikiem. A na imprezę Lubelski cydr.

Kolejna atrakcja napotkania na drodze. 
Następnym razem przejażdżka + paintball obowiązkowo 🙂

Mądre hasło :)!

Powrót już pociągiem 🙂
Duży plus za mnóstwo miejsca na rowery w połączeniu kolejowym Zwierzyniec – Lublin.
Jednak można 🙂

Kraina pieroga biłgorajskiego to świetne miejsca na rowerowe wycieczki. Mamy jeszcze wiele do zobaczenia – nie przejechaliśmy jeszcze najpiękniejszych zakątków jak np. Józefów, Szumy czy Susiec. Jest na co czekać do wiosny 😉
A niedługo smakowity pieróg 🙂

Dodaj komentarz