Rower: Lublin – Nałęczów po skarby jesieni

Udało Wam się wykorzystać wolny weekend tak ja chcieliście :)? Chociaż wiadomo – Zawsze brakuje tego jednego dnia żeby odpocząć całkowicie… 😉 Ja spędziłam go częściowo na wspaniałym nicnierobieniu ( czasami aż prosi się o wynudzenie ), w niedzielę skończyłam kurs z podstaw pilatesu ( mnóstwo ciekawostek i ćwiczeń do wykorzystania ), a w wolny wtorek udało nam się wreszcie wyjść na rower. Trasa może niezbyt szalona, bo Lublin – Nałęczów ( ok. 26km w jedną stronę ), ale tego mi było trzeba. Jakoś tak się złożyło, że od września nie mieliśmy zbyt dużo czasu i nie wyjeżdżaliśmy dalej niż nad Zalew Zemborzycki. Ale dopiero oddalając się trochę od miasta czuć Ten klimat. Zalew oczywiście też jest sympatyczny, ale to nie do końca to samo, gdy trzeba wymijać slalomem stado rowerzystów i pieszych, którzy mieli taki sam pomysł na spędzenie słonecznego dnia. Jedziemy więc dosłownie kilka km szosą za Lublin i już inna bajka – a raczej piękna wieś. Wjeżdżamy w mniejsze gminne ulice, można już spokojnie porozmawiać i cieszyć się widokami. A było czym. Jak na 11 listopada, w powietrzu czuć było wiosnę. Pod kolorowymi liśćmi kwitły kwiaty, wokół nich kręciły się pszczoły, miejscowi latali po polnych dróżkach w krótkich rekawkach, a po polach biegały kuropatwy i bażanty, i wcale nie szykowały się do zimy. Nie wiem czy rolnicy są zadowoleni z takiej zmiany temperatur, ale ja nie miałabym nic przeciwko gdyby tak zostało. Mogłoby tylko przymrozić w okolicach Świąt – tak żeby poczuć klimat 😉 Jedyny minus listopada? O 16 tak szybko się ściemnia, że mimo dobrych chęci przypedałowaliśmy dopiero po zmroku 😉
A co do trasy Lublin – Nałęczów. Każdy lubelski rowerzysta pewnie ją zna, ale wspomnę że jest bardzo przyjemna, prawie płaska, tylko z jednym tzw. nogobolcem przy powrocie do Lublina. Początek i koniec trasy przebiega głównymi drogami, a reszta już przez wioski i pola.
   
A oto nasze skarby jesieni upolowane aparatem. 
Wiosna się nie poddaje!
Jesienny Kanada style
A takich atrakcji nie znajdzie się nigdzie w mieście!
Buraczkowe pole dostarczyło wiele radości 😉
„Cukrowy czy pastewny – oto jest pytanie!”
„Coś mi mówi, że cukrowy”
Pola kukurydzy, o każdej porze roku tworzą magiczny klimat. Wchodząc w tajemnicze alejki zawsze czuję się jakbym grała w  filmie grozy….. Ostatnio czytałam, że w Kobierzycach powstał olbrzymi, okrągły labirynt w kukurydzy, którego przejście może zająć nawet 40min. Kolejny jest w okolicach Tarnobrzega. Tak przy okazji trzeba kiedyś zajechać…. 😉

Symbol wsi? Jak dla mnie jest nim krowa 🙂
Co dziwne po drodze spotkaliśmy tylko dwie. Jest ich teraz zdecydowanie mniej. Jako dziecko jadąc gdzieś samochodem, zajmowałam się liczeniem krów mijanych po drodze, teraz chyba umarłabym z nudów…
Od wakacji tak przywiązałam się do torby Crosso z pamiątkową naklejką z Chałup, że krowiej torby dawno już nie zakładałam ( Crosso jednak bardzo łatwo się odpina i przypina ), ale dzwonek z krowim łebkiem po prostu musi mi towarzyszyć :)!

Czy to uciekające towarzystwo to perliczki?

Znaleźliśmy też alternatywę dla krasnali ogrodowych.

Zamiast krasnala – MIG w ogródku
14-15 i słońce już zaczyna zachodzić…
A sam Nałęczów jest miłym przystankiem na dobre jedzenie czy spacer z lodami po parku.
 Łabędzie zawsze dotrzymują towarzystwa, ale wiadomo nie bezinteresownie… 😉
My przekąsiliśmy tylko sernik z domu i ruszyliśmy z powrotem na kolację z okazji Święta Niepodległości. 

Ach te mosteczki w Nałęczowie… 🙂
Dotarliśmy.
A teraz czas na pyszną gęś z jabłkami i żurawiną, a na deser rogal marciński. Co prawda nie z Poznania a prosto z…z Lidla 😉

0 thoughts on “Rower: Lublin – Nałęczów po skarby jesieni

  1. A mnie znowu omija najpiękniejsze! Zaś w Toruniu było trochę bardziej tajemniczo- mgła tak gęsta,że stojąc na przystanku nie widziałam nadjeżdżającego tramwaju;)

Dodaj komentarz