Rowerem wzdłuż Bałtyku – Chałupy

To już ostatni wpis z naszej tegorocznej wyprawy Świnoujście – Hel.
Najwyższy czas. Za oknem robi się już szaro i zimno.
Mam nadzieję, że tymi zdjęciami nie pogłębię u nikogo jesiennej chandry, tylko wniosę trochę słońca do pokoju 🙂
Władysławowo od strony Zatoki Puckiej – widać już ostatni punkt naszej podróży

Chałupy były naszym ostatnim noclegowym etapem.
Wybraliśmy je trochę sentymentalnie. Nasze pierwsze wspólne 2-tygodniowe wakacje (kiedy to było? 6 lat temu…? 😉 ) spędziliśmy własnie tutaj.
Wakacje parę lat temu wyglądały u nas zupełnie inaczej.
Byliśmy bardziej „stabilni”. Siedzieliśmy głównie nad morzem lub zatoką, robiąc krótkie wypady na Hel czy do Władysławowa. Teraz chyba nie wytrzymalibyśmy dwóch tygodni w jednym miejscu. Mieszkaliśmy wtedy w 4-osobowym namiocie, w środku mieliśmy nawet wentylator ( nie wiem kto wpadł na pomysł żeby dźwigać go w plecaku 😉 ), a przez pewien czas makaron gotowaliśmy w czajniku (takie zwyczaje dużo się u nas nie zmieniły). Dopiero rok później na Krymie poczuliśmy prawdziwy zew podróżowania.
Chałupy 2008 r.
To my z 2008 😉 Port Chałupy
2008 – ta sama łódka, ten sam port w Chałupach co w tym roku
Parę lat temu zapakowaliśmy wszystko: od wentylatora po czajnik, a nie pomyśleliśmy o garnkach i talerzach 😉
To wszystko wydawało się tak niedawno, a tyle się pozmieniało.
Z tego co pamiętam na campingu był tylko mały sklepik i bar, a teraz powstał  camping rodem z ‚Życia na Fali’ ;). Teraz chyba tylko my byliśmy z takim małym podstawowym namiotem na wielkim, zatłoczonym campingu. Cudem znalazło się dla nas miejsce. A wokół nas olbrzymie namioty, kampery i przyczepy campingowe. Bardzo popularne lampki choinkowe, pozawieszane na wakacyjnych domostwach wieczorem tworzyły magiczny nastrój. Naszą uwagę zwrócił fakt, że ludzie przyjeżdżają pod namiot naprawdę z całym dobytkiem. Przy zmywakach natknęliśmy się na ludzi myjących wielką frytkownicę, widzieliśmy też domowe pokaźne ekspresy do kawy. Sam camping też stał się bardzo nowoczesny. 
Wyciskarka do soków, pralnia (e tam już nie opłacało się korzystać, w końcu kupiłam sukienkę po to żeby wykręcić się od robienia prania 😉 ), klimatyczny surferski barek. Nie poznawaliśmy zwykłego, surowego pola campingowego nr 6 z przed lat.
Śniadanie w barze – Camping Chałupy 6
Rano zaszaleliśmy i kupiliśmy jajecznicę 🙂
Ale smakowała po dwóch tygodniach głównie na kultowych paprykarzach szczecińskich jedzonych na zmianę z drożdżówkami 😉
Zachody słońca pozostały niezmiennie przepiękne
Same Chałupy nie zmieniły się na za to nic a nic.
Te same sklepy, te same  bary i nasz ulubiony port w Chałupach!
Spędziliśmy tu dwie noce, przeznaczając jeden pełny dzień na totalne wakacje. Ostatni dzień plażowania w pełnym słońcu. Plaża tutaj jest cudowna. To nic, że na campingu jest tłok. Większość i tak chyba pływa na desce, a na plaży jest prawie pusto. Trzeba tylko przejść przez jedyną ulicę na półwyspie, przeskoczyć przez tory i za małym laskiem rozciąga się piaszczysta plaża.
 Następnie spędzamy 3 godziny na żaglówce.
Tej samej co parę lat temu. Zostało trochę odnowiona, ale poznaliśmy ją po sterze w kształcie głowy kaczki. Wiatr we włosach, zapach morza i płyniemy. W przyszłości marzy nam się zakup własnej małej łódeczki.
Zatoka Pucka jest świetna do pływania. Bardziej prawdopodobne jest, że osiądziemy na mieliźnie niż nam się coś stanie.

Wieczór w Porcie Chałupy
2008 – Arek z kapitanem Czesiem Kościotrupkiem
2008 – Czesio poleca Port Chałupy
Chociaż w Porcie Chałupy oprócz ryb nie ma za bardzo nic dobrego do jedzenia, to uwielbiam tam przebywać. Zamawiamy co popadnie – raz zapiekankę, raz pizzę – i tak są z tego samego ciasta, więc różnica jest tylko w wielkości, innym razem wędzoną rybę. Pijemy piwo i tak można przez cały wieczór patrząc się na łódki, niebo pełne gwiazd i słuchać wiatru. Kiedyś spędziliśmy tak cały deszczowy dzień jedząc i grając w karty. Tym razem niestety spóźniliśmy się na dancing  w porcie. Są tylko w soboty, a po rozbiciu namiotu zajęliśmy się puszczaniem lampionu, romantycznym piciem wina o zachodzie słońca i impreza przeszła nam koło nosa. Ale sami puściliśmy z głośnika „Chałupy welcome to” Wodeckiego. Co prawda nie robiliśmy pociągu na pomoście jak kiedyś, ale i tak było przyjemnie 🙂 Słuchając tego przeboju, w nocy na plaży przeglądaliśmy zdjęcia z całego wyjazdu, czuliśmy już ogromną satysfakcję z przejechanych kilometrów. Cieszyliśmy się, że wszystko się udało, pokonaliśmy małe kryzysy, zobaczyliśmy tyle wspaniałych miejsc, a jednak zaczęłam odczuwać smutek – jak to już koniec? Mogłabym zostać w trasie kolejne 2 tygodnie.
Zasypiamy przy kojących odgłosach pociągów, jadących wzdłuż całego półwyspu. Już następnego dnia będziemy nim wracać do domu….
Poranek, ostatni dzień – Kuźnica
To już nasza mała tradycja, że w dzień wyjazdu z Chałup jedziemy na śniadanie do Kuźnicy oddalonej o ok 6 km. Tak zrobiliśmy i tym razem. Kupiliśmy siatkę świeżych drożdżówek, litr mleka i na ławce nad zatoką w Kuźnicy zjedliśmy przepyszne wakacyjne śniadanie. Następnym razem może zostaniemy tu nieco dłużej. Jest tu jeszcze spokojniej niż w Chałupach i pięknie. Typowa kaszubska wioska. Życie toczy się tutaj powoli. Podwójne nazewnictwo ulic (po kaszubsku), rybacy kręcący się przy swoich kutrach, nieliczni turyści i spokojna plaża nad zatoką pełna muszelek.  

Kuźnica – śniadanie z toastem wzniesionym mlekiem

Trzeba przepłukać naczynia przed podróżą
Mała plaża przy zatoce była pełna muszelek

6 lat temu zrobiłam sobie zdjęcie przy wielkiej malwie w Kuźnicy.
Miejsca dokładnie nie pamiętałam, trzepak który był obok zniknął w tajemniczych okolicznościach, ale wydawało mi się, że to ta sama malwa co kiedyś.
Lubię po latach wracać do starych miejsc i obserwować ile się zmieniło, ale najbardziej cieszą małe detale, które zostały bez zmian. Takie jak ten kwiat czy stary kuter.
2014
Rok 2008 – pomyłka, to chyba jednak to nie ta sama malwa…Ale musiała być gdzieś tuż obok.
2008 – czekamy na pociąg Kuźnica – Hel. Dobrze, że teraz nauczyliśmy się ograniczać ilość bagażu.
Jedziemy dalej na Hel. Droga rowerowa ciągnie się wzdłuż głównej ulicy, przebiega częściowo przez lasek dający trochę cienia. Mamy jakieś 2 godziny do odjazdu pociągu. Hel jest strasznie zatłoczony, więc wjeżdżamy tylko na molo robimy pamiątkowe zdjęcie
 – Tak jest! Dojechaliśmy na koniec półwyspu!,
kupuję pamiątkowy magnesik (to w zasadzie jedyne pamiątki jakie kupuję na wyjazdach)
i wracamy na peron, a następnie przez Gdynię do Lublina… 
Teraz czekam już do następnych wakacji. W głowie pojawiają się różne pomysły. Marzy nam się Gruzja, Norwegia, może Finlandia czy Szkocja….? Jest tyle pięknych miejsc na świecie, że ciężko wybrać.  Sprzęt rowerowy mamy praktycznie skompletowany, możemy więc przeznaczyć trochę więcej na bilety. Ale co będzie ciekawsze gorące, dzikie drogi w przyjaznej Gruzji czy np. fiordy? Ciężka decyzja, ale mamy jeszcze trochę czasu na wybranie miejsca i przemyślenie jak dostać się tam z rowerem. Póki co,  nie zamierzam odstawiać roweru do garażu na całą zimę żeby obsiadły go różnego pokroju pająki…
Jeździ ktoś  w zimie? Planuję zakup opon na śnieg. Ale jestem bardziej niż opon jestem ciekawa tego czy ja się sprawdzę 😉
Mam nadzieję. że niebawem pojawią się jeszcze jakieś wycieczki do opisywania 🙂
Było cudownie! Karolina i Arek pozdrawiają z Helu :)!

0 thoughts on “Rowerem wzdłuż Bałtyku – Chałupy

  1. Wyrobiłaś się z relacją do Pierwszego Dnia Jesieni – prawidłowo!:) Ale super! Aż szkoda, że to koniec nadmorskich zdjęć..
    A połączenie z tymi sprzed 6 lat cudowne! (Arek właściwie nie zmienił fryzury;P)

Dodaj komentarz