Rowerem wzdłuż Bałtyku – Świnoujście i przewóz roweru pociągiem



Niby nie wyjeżdżaliśmy z Polski, ale żartowalismy sobie, że podróż pociągiem będzie na miarę wcześniejszej wyprawy ma Krym,
Lwów – Symferopol. I dużo się nie pomyliliśmy – było ciekawie 😉 
Sakwy prawie załadowane, urlop wzięty, sprawdziliśmy na stronie o której odjeżdża nasz pociąg, ale coś nas tknęło żeby kupić bilet osobiście…
Według strony pkp nasz pociąg miał odjechać w piątek o 20tej z minutami. Można go było kupić przez internet. Chcieliśmy dopytać się o rowery więc pojechaliśmy na stację. „Przemiła” pani w okienku odpowiedziała nam, że taki pociąg nie istnieje, a ona nie ma internetu i nie wie co jest na stronie pkp. Scena jak z „Misia” 😉 Pociąg owszem był, ale o 18.30, jeżeli chodzi o rowery „to powodzenia haha” bo są tylko 3 miejscówki na cały pociąg dawno już wyprzedane. Więc zależy czy konduktor nas przyjmie 🙂
No tak. pociąg jedzie przecież przez całą Polskę, rowerzystów nie brakuje a miejsca tylko 3 ;). 
Kupiliśmy bilet bez miejscówek przed samym odjazdem, licząc że jakoś się dogadamy z konduktorem co do rowerów.
Dobrze, że nie kupiliśmy biletu przez internet. Siedzielibyśmy przed 20tą na stacji spakowani, zadowoleni czekając na pociąg, podczas gdy do Świnoujścia już dawno odjechał 😉 

Ok, mamy bilety! Radość jak po zdobyciu biletów na Krym w aptece na dworcu 😉
Wyjazd 18.30, przesiadka w Warszawie Wschodniej, Świnoujście ok 7.40.
Liczymy na to, że jakos uda nam się ulokować rowery i nie będziemy musieli stać przy nich całą noc.
Do Warszawy luksus 🙂
Sami w przedziale rowerowym, rowery dyndają nam nad głowami, pijemy spokojnie kawę.

Jeszcze tyle miejsca :)!

W Warszawie zaczyna się robić ciekawie. Oprócz nas jest jeszcze 5 osób, a każda z nich ma wykupioną miejscówkę na te 3 biedne wieszaki ;). My przynajmniej mamy taki komfort, że nie musimy kłócić się o wieszak bo go po prostu nie mamy 😉 Upychamy rowery jak najdalej w kąt, bo wysiadamy ostatni, spinamy je razem, i zaczyna się przypianie pozostałych rowerów. Siadamy na swoich dmuchanych poduszkach w rowerowym ( bo przecież nie mamy miejscówek ) pijemy piwo i cieszymy się, że mamy gdzie siedzieć 🙂

To jeszcze jest dużo miejsca
Nasze tymczasowe miejscówki

Potem zaczyna się zabawa. Na kolejnych stacjach dosiadają się kolejni rowerzyści z biletemi na te 3 wieszaki 🙂 Zaczyna się logistyczny tetris. Jak w rowerowym na 3 rowery, zmieścić ich kilkanaście. do tego osoby wysiadające pierwsze muszę je mieć na samej górze. Tetris ogarnięty. Jest 2 w nocy, miła pani konduktor śmieje się z naszej konstrukcji. Na pytanie jak można sprzedać tyle miejscówek na kilka wieszaków i dlaczego nie można po prostu dołączyć wagonu rowerowego  odowiada ze śmiechem, że w wakacje na koleji nikt nie wie co się dzieje 😉
Potwierdzamy, ten kto projektował przedziały rowerowe chyba nigdy nie widział roweru 😉
Wszystko jest tak zapakowane, że dla nas miejsca już nie ma, ale znajdujemy jakieś wolne w przedziale i udaje nam się trochę pospać. Dopiero jak strasznie marznę nad ranem decyduję się na próbę wykopania bluzy z sakwy spod sterty rowerów :).
W drodze powrotnej miejsca na rowery było jeszcze mniej. Słynne trzy wieszaki były w ostatnim przedziale w wąskim przejściu na przeciwko WC. Każdy wychodzący z łazienki dostawał w oko lub po głowie wiszącą kierownicą 😉 Mieliśmy szczęście, że wsiedlismy w Gdyni, osoby dosiadające się musiały całą drogę stać z rowerami.
Dobry duży przedział był tylko na odcinku Hel – Gdynia Główna.
Miejsca starczyło i na wygibasy 🙂

Mamy opóźnienie 40min…Czy w Gdyni pociąg  będzie na nas czekał? Zaczekał :)!

Za każdym razem przy wkładaniu roweru do pociągu trzeba było odpinać wszystkie sakwy – mało nie ważył. Jadąc z Helu do Gdyni gdzie mieliśmy przesiadkę, opóźnienie wynosiło 40min. Przy dużej ilości czasu odpinanie całego sprzętu nie robi większej różnicy. Ale przy sprincie po schodach przy zmianie peronu, na którym pociąg czekał już tylko na nas, trochę się zmachaliśmy. Na szczęście pomógł nam jakiś chłopak z przedziału. Upał 30 stopni, wszyscy nieźle się zmachaliśmy 🙂

Podróż nad morze i z powrotem dostarczała nam atrakcji 🙂 
Dojeżdżamy na miejsce, zaspańcy idziemy na prom. Do centrum Świnoujścia trzeba przeprawić promem. Jeżdżą często i są bezpłatne.
Wpadamy na kamping, rozbijamy się  i zasypiamy na godzinkę…
( jak dobrze, że nie trzeba dmuchać materacy 😉 ! )

Pogoda jest świetna, idziemy więc na plażę.
Smaki wakacji
Jak to w dużej miejscowości jest trochę ludzi, ale miasto bardzo nam się podoba. Ładne budownictwo, nie ma przesadzistych hoteli tylko małe zadbane, ładne domki lub apartamenty do wynajęcia. Przez całe miasto ciągnie się deptak, plaża jest szeroka, do wody da się wejść na chwilkę 😉
Czuję się trochę jak za granicą. Do Niemiec jest stąd tylko parę kilometrów, więc pełno tu obcokrajowców.
Co ciekawe dopiero w Kołobrzegu dowiadujemy się od ludzi, że na naszym campingu ( Relax ) trzeba było chodzić do łazienki przy domkach dla Niemców, wyższy standard i zawsze mieli ciepłą wode…! 😉 
Zostajemy 2 noce, żeby nacieszyć się morzem. W końcu mamy wakacje, trzeba chwilkę odpocząć przed długą drogą 🙂 Relaksujemy się objadamy się rybami, typowe nadmorskie atrakcje :). Wieczorem robimy piknik z makrelą w głównej pod malowniczym wiatrakiem, który przywoływał wspomnienia z Santorinii 🙂 

Pierwsza makrela nad morzem
Moje ulubione danie to… piknik :)! Nie ważne co, byle by w ładnym miejscu 🙂
Coś na deser?

Tradycja jest – koła zamoczone

Statyw rowerowy świetna rzecz 🙂

Na tej plaży piasek był tak ubity, że można było jeździć po niej rowerem
Wiatrak musiałam obfotografować z każdej strony 🙂

Warto było czekać na taki piękny zachód słońca

Na koniec „fishburger”, który strasznie nas rozbawił
-czyli śledź w bułce.
Jak wracaliśmy ze spaceru już go nie było… 😉

Było pięknie, czas wyruszać w kierunku Międzyzdrojów.

Dodaj komentarz